Kultura Poznań.pl

Film

opublikowano:

PROSTO Z EKRANU. Smocza legenda

W dwudziestym piątym filmie kinowego uniwersum Marvela po raz pierwszy swoje origin story dostaje bohater azjatyckiego pochodzenia, poza tym wprowadzone zostają elementy chińskiej mitologii oraz sztuki walki.

. - grafika artykułu
fot. materiały dystrybutora

Shaun aka Shang-Chi oraz Katy pracują jako parkingowi przy luksusowym hotelu, w nocy podbijają kolejne sceny w barach karaoke. Oboje doskonale się bawią, nie mają powodów, by brać życie na poważnie. Jednak kiedy zostają zaatakowani przez grupę przeszkolonych zbirów, chłopak w końcu zostaje zmuszony do ujawnienia przyjaciółce swojej przeszłości - za młodu uciekł od swego ojca Xu Wenwu i jego tajnej organizacji, w której był szkolony na zabójcę. Teraz, kiedy jego życie jest zagrożone, postanawia odnaleźć siostrę, która podobnie jak on, nosi na szyi podarowany przez tragicznie zmarłą matkę kamień, będący celem nasłanych bandytów.

Zwiastuny poprzedzające premierę mogły budzić obawę, że motyw sztuk walki zostanie przesłonięty przez nadmiar efektów komputerowych - na szczęście nic takiego w filmie Destina Daniela Crettona się nie dzieje. Choreografii w scenie na rusztowaniu wieżowca, w której główny bohater wraz z siostrą stawiają odpór mordercom, nie powstydziłby się Jackie Chan za swych najlepszych lat, a jeszcze bardziej spektakularna walka w autobusie z całą pewnością stanie się klasykiem tegoż uniwersum. Nieco gorzej jest w finale, ale wszak mamy tu do czynienia z chińskimi legendami, trudno więc czynić zarzut z dominacji CGI, kiedy na ekranie materializuje się mitologia w pełnej krasie.

Marvel podbija więc kolejne obszary kulturowe, ale fabularnie pozostaje na bezpiecznych wodach. Klasycznie bohater musi przejść niełatwą drogę, na której będzie mierzył się z własnymi słabościami i trudną przeszłością, zanim zostanie kolejnym obrońcą świata. Wcielający się w Shang-Chiego Simu Liu wydaje się w tym nieco zagubiony i mało wyrazisty, w przeciwieństwie do przecudownej Awkwafiny, która jako Katy odnajduje się w każdej sytuacji, a w cięższych chwilach potrafi rozładować napięcie celnym żartem. Do Xu Wenwu, czyli głównego superzłoczyńcy, mam natomiast ambiwalentny stosunek. Jego opowieść, wedle której po tysiącu latach zaspokajania żądzy władzy nagle się zakochuje i postanawia zmienić życie, ale z uwagi na okoliczności wraca na ścieżkę zła, sprawia wrażenie grubymi nićmi szytej, jednak etatowy aktor Kar Wai Wonga, Tony Leung, wyciąga z postaci wszystko, co najlepsze. Wisienką na torcie jest całkiem znacząca rola gwiazdy Przyczajonego tygrysa, ukrytego smoka Michelle Yeoh, która w latach dziewięćdziesiątych odważnie przecierała szlaki skazanym wcześniej na drugi plan kobietom w hongkońskim kinie akcji.

Za sprawą Shang-Chiego i legendy dziesięciu pierścieni czwarta faza zdaje się rozkręcać na dobre, wszystko bowiem wskazuje na to, że niektóre poruszone w filmie wątki będą miały ogromny wpływ na dalsze losy uniwersum. Po szokującym i spektakularnym zwieńczeniu trzeciej fazy w Avengersach: Końcu gry wydawało się, że Marvel Cinematic Universe może dostać zadyszki, szczególnie że ostatni film, Czarna Wdowa, stał na dość przeciętnym poziomie. Włodarze komiksowego imperium po raz kolejny udowadniają jednak, że wiedzą, jak się realizuje dobre widowisko, dając przedsmak tego, co nas czeka w niedalekiej przyszłości.

Adam Horowski

  • Shang-Chi i legenda dziesięciu pierścieni
  • reż. Destin Daniel Cretton

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2021