Komunikaty

pagina

Aktualności

Pominąłeś menu

menu

Brytyjski nalot na Cytadelę

Robbie Williams wzruszył największych twardzieli i rozniósł scenę charyzmą megagwiazdy lat 90., Twenty One Pilots wznieśli się na wyżyny interakcji scenicznej oraz rusztowania, a zjawienie się muzyków Gorillaz w ludzkiej postaci miało coś z doświadczenia teofanii. Od czwartku do soboty na Cytadeli odbywała się druga edycja Bitter Sweet Festiwal. Oficjalnie mamy w Poznaniu festiwal na skalę największych europejskich wydarzeń muzycznych! Niestety - im większy festiwal, tym większe kontrowersje mu towarzyszą.

. - grafika artykułu
Gorillaz, fot. Hubert Grygielewicz

O kontrowersjach Polska pozapoznańska mogła dowiedzieć się głównie za sprawą działań aktywistów ze Strony Czynnej, którzy protestowali przeciwko organizacji festiwalu w Cytadeli, zwracając uwagę m.in. na szkody wyrządzone naturze podczas ubiegłorocznej edycji, toalety w pobliżu grobów i trzech nocy hałasu, na który skazany jest cały Poznań. Argumenty strony przeciwnej dotyczyły głównie zysków dla branży hotelarskiej i gastronomicznej oraz olbrzymiej promocji miasta. Kilka godzin przed pierwszymi koncertami internet obiegły nagrania ukazujące brutalną szarpaninę aktywistów z ochroną festiwalu i inne nieprzyjemne incydenty. Jak nietrudno się domyślić - festiwal odbył się i bez wątpliwości pod względem artystycznym czy rozrywkowym okazał się olbrzymim sukcesem. Wielkość festiwalu - na którym bawiło się około 40 tysięcy (według Robbiego Williamsa - aż 50 tysięcy) uwydatniła jednak pewne organizacyjne mankamenty, które po raz kolejny, choć w innym kontekście, każą zadać sobie pytanie, czy Cytadela jest odpowiednim miejscem do organizacji wielodniowych festiwali na - bez cienia przesady - międzynarodową skalę.

Na tegorocznej edycji BitterSweet odbyło się około 50 koncertów na trzech scenach głównych i kilku mniejszych, oprócz tego liczne sety dj-skie, panele dyskusyjne i ogrom innych atrakcji, które czekały na odkrycie przez zabłąkanych festiwalowiczów. W powietrzu czuć było zioło, dym z nachalnie sprzedawanych podgrzewaczy tytoniu Ploom i ciężkie męskie perfumy. Nad głowami unosiły się bańki i kilka dronów, a fioletowe i różowe oświetlenie wraz kryształkami na twarzach kobiet przywodziły na myśl "Euforię" i charakterystyczny makijaż Rue Bennett. Makijaż ten wykonywano w jednym z punktów partnerskich. Swoje stanowiska pełnie niespodzianek na terenie festiwalu miały choćby Nivea, PKO i Play, na jednej z polan stanął nawet domek-młyn Lubelli wypełniony makaronem i pluszowymi grzybami, na szczycie którego zwycięzcy konkursu mogli zjeść kolację marzeń.

Zacznijmy jednak od spraw pierwszych, czyli headlinerów. Panuje konsensus co do tego, że Gorillaz,Twenty One Pilots i Robbie Williams zagrali koncerty na najwyższym poziomie. Zarówno Damon Albarn z Gorillaz, jak i Robbie Williams, wywodzą się z brytyjskiej sceny lat 90., możemy mówić więc o tegorocznej brytyjskiej dominacji na głównej scenie, która wzbudzała potężna nostalgię.

Zawsze wtedy, gdy zespół Damona Albarna, Gorillaz, gra na żywo, przełamuje swój budowany przez ćwierć wieku wirtualny wizerunek, za który odpowiada Jamie Hewlett. Opadają maski i ludzie na scenie wydają się mniej prawdziwi od doskonale wypalonych w wyobraźni obrazów, jednak muzyka, którą słyszymy, udowadnia, że mamy do czynienia właśnie z tą kapelą, której lata temu oddaliśmy serca. W trakcie koncertu mogliśmy posłuchać m.in. "The Happy Dicator", "Last Living Souls", czy "Rhinestone Eyes". Na sam koniec muzycy zachowali najbardziej znane kompozycje, czyli "Feel Good Inc." i "Clint Eastwood". Nie trzeba chyba dodawać, że muzyce towarzyszyły mistrzowskie wizualizacje ukazujące jedne z najbardziej rozpoznawalnych postaci animowanych we współczesnej popkulturze. Olbrzymią niespodzianką było pojawienie się na scenie rapera Posdnuosa z De La Soul, który uświetnił swoim udziałem "Feel Good Inc." Drugim gościem czyniącym widowisko jeszcze bardziej wyjątkowym był Joe Talbot z zespołu Idles, który wsparł zespół w utworze "The God Of Lying".

Tak jak pierwszego dnia można było dostrzec w tłumie setki osób w charakterystycznych koszulkach formacji Gorillaz, tak dnia drugiego w krajobraz festiwalowy wdarli się fani Twenty One Pilots, nie tylko w merchu amerykańskiego zespołu, ale też wytatuowani lub wymalowani jak wokalista Tyler Joseph. Trudno ocenić koncert, który wielu uczestników nazwało wręcz najlepszym koncertem w życiu. W pamięci pozostanie występ Josha Duna, który w pewnym momencie wspiął się na kilkunastometrową platformę, by tam grać na perkusji, czy momenty, w których Tyler Joseph śpiewał z unoszonej przez fanów platformy.

Muzycy z Twenty One Pilots wielokrotnie pokazywali, na czym powinien polegać kontakt z publiką wielkiego wakacyjnego festiwalu. Na jeszcze wyższy poziom wniósł go ostatniego dnia festiwalu Robbie Williams w zielonej koszulce Warty Poznań, ucieleśnienie scenicznej charyzmy i luzu, który w pewnym momencie wziął od jednej z fanek w pierwszym rzędzie telefon i w trakcie wideorozmowy wyśpiewał jej matce, oddanej fance, "She's the One". Fragment koncertu z miejsca stał się viralem. Williams wielokrotnie zbliżał się do ludzi, przytulał i ojcowsko całował w czoła płaczące fanki, żartował z jednym z fanów na temat seksualnych przygód w latach. 90. Oprócz złotych hitów z dorobku artysty, czyli "Angels", "Feel" oraz "Rock DJ" wybrzmiały także niespodziewane covery przebojów jak "Ace of spades", "Another one bites the dust" czy "YMCA" - każdy z nich dedykowany był innemu z członków zespołu muzyka, którego instrument odgrywał w danym utworze przysłowiowe pierwsze skrzypce.

Oprócz tych trzech najważniejszych koncertów fanów zebranych w Cytadeli usatysfakcjonowały - raczej bardziej niż mniej - dziesiątki innych występów. Ciara, mimo playbacku i psującej dynamikę występu bitwy tanecznej, przypomniała czasy, gdy na Vivie i 4Fun TV obok "bangerów" 50 Centa i Nelly Furtado dominowały "One two step", "Ride" i "Goodies"; grający na zastępstwie Tommy Cash pobudził bardziej niż kofeina swoim "Espresso Macchiato", a Jessie J zgotowała bardzo udany performance, pozwalając wyśpiewać partie swoich przebojów utalentowanym wokalnie fankom. Zmysłowo seksualny i estetycznie wulgarny, ale jakże efektowny występ dała kontrowersyjna Ashnikko, łącząca cukierkowy pop z rapem, agresywną elektroniką czy j-popem. Gdy natomiast mowa o wyciskaczach łez - prym wiedli tu Tom Odell czy Rita Ora, upamiętniająca zmarłego Liama Payne'a. Mrozu, który nie przepuści żadnej okazji, żeby zagrać w Poznaniu, i tym razem udowodnił, że należy do najważniejszych postaci polskiej muzyki rozrywkowej. Fani polskiego rapu dostali Okiego - wybór oczywisty, patrząc na jego zasięgi i częstotliwość grania w Poznaniu, ale jednak nie tak dobry jak ubiegłoroczny Taco Hemingway odgrywający pierwszy raz od dekady cały "Trójkąt Warszawski". Z okolic rapowych był również Sobel, ale o wiele ciekawszy okazał się mini koncert Tedego w jednym z barów Jägermeistera. Tede czuł się tak dobrze, że w najlepsze rapował "Mam tak samo jak ty" sprzed 28 lat (!!!) wtedy, gdy na scenie głównej zaczynali już słynni Goryle.

Skoro już mowa o Jägermeisterze - problemem podczas festiwalu było to, że w pawilonie marki, "Strefie Jelenia", odbywała się nieustanna impreza, która interferowała z dźwiękami dobiegającymi ze sceny. Tym, którym nie udało się dopchać bliżej sceny, Jägermeister znacząco utrudniał czerpanie radości z muzyki. Kolejny problem to tłok - w porównaniu z tym, co dzieje się na takim Męskim Graniu, to obłęd - tak musiały maszerować przed wiekami wielotysięczne armie piechurów. Tłum znacząco utrudniał przemieszczanie się między scenami (ludzie, którzy, na przykład, po zakończeniu koncertu Robbiego Williamsa chcieliby dostać się na koncert Okiego, straciliby 10-15 minut koncertu), do których droga prowadzi między takimi atrakcjami jak czołgi, armaty czy samoloty bojowe. Nie pomagał nieskuteczny nadzór nad ludźmi stojącymi w przejściu czy na schodach, ani nawet system dróg jednokierunkowych i komunikaty kobiety z megafonem (czemu nie można było puszczać z nagrania - "do sceny głównej w prawo, do sceny Enea w lewo?", a pracowniczce pozwolić na nieco większą spontaniczność, w końcu miała świetny kontakt z ludźmi?). Jeśli niemożliwe jest udrożnienie ruchu, konieczne są dłuższe odstępy między koncertami, nie ma innej opcji.

Naturalnie jako dziennikarz miałem dostęp do dziennikarskiej toalety i wodopoju, co czyniło życie piękniejszym i o niebo łatwiejszym, bo kolejki do tych festiwalowych wiły się jak wściekłe węże i pożerały własny ogon. Tłum mimo to, trzeba zaznaczyć, rozkładał się bardzo nierównomiernie na obszarze Cytadeli, dzięki czemu zawsze można było znaleźć skrajne miejsce do odpoczynku od przebodźcowania, a nawet zabłądzić i spóźnić się na kolejny występ. Duży minus za wyłożenie jednego z podejść pod górkę płytami, który zamienił niegroźne kilkumetrowe wzniesienie w Orlą Perć - ludzie w obawie przed ześlizgnięciem się musieli iść szeroko, jako zawodnicy sumo w pozycji shiko-dachi.

Myślę też o tym, że zarówno dzieci, jak i osoby po 60 płaciły tylko połowę ceny biletu. To atrakcyjna zachęta do tego, żeby na przykład przyjść na koncert z rodzicami, którzy żyli brit popem na przełomie lat 90. i 00.. Chciałbym jednak, żeby mój ojciec mógł gdzieś usiąść między koncertami. Może więc jakaś niewielka strefa wypoczynku dla seniorów byłaby dobrym pomysłem?

Gdyby oceniać wyłącznie poziom muzyczny - ograniczyłbym się do zalet i zachwytów, które znacząco przeważały nad niewielkimi wpadkami jak pomyłki muzyków czy cringe'u jak polska flaga na barkach Ciary. W ogólnym rozrachunku stwierdzam jednak, że to dobry festiwal w złym miejscu - jako osoba zajmująca się miejskimi ptakami nie mogę inaczej na to patrzeć. Trudno też pochwalić organizatorów za zapewnienia o rewitalizacji otoczenia, bo przecież to obowiązek. Skoro i tak trzeba było chodzić koło samolotów, to może za rok Ławica, gdzie odbywa się Rockowizna i nie ma drzew? Chciałbym powiedzieć, że być może trzeba ograniczyć rozmach festiwalu i sprzedawać mniej biletów, żeby obecni bawili się jeszcze lepiej, ale doskonale wiem, że tak się nie stanie. Apeluję jednak do rozważania organizacji festiwalu na otwartym terenie na obrzeżach miasta.

Tak czy inaczej BitterSweet to trzy dni wypełnione wielkimi wydarzeniami muzycznymi - pisałem zaledwie o kilku koncertach, oprócz tego występowali też artyści niszowi i tacy, którzy za kilka lat mogą wystąpić na którejś ze scen głównych. Grały orkiestry, śpiewali chórzyści, festiwal zwieńczył fascynujący projekt "BITTER Chopin, SWEET Chopin", w którym Bassa Astrala wsparli muzycy z Filharmonii Poznańskiej i Zitong Wang, zwolennicy tzw. wiksy mogli za to nadwyrężać gardła, mięśnie i ścięgna na Major Lazers. Line-up był skonstruowany tak, że każdego dnia coś dla siebie mogli znaleźć zarówno poszukiwacze łagodniejszych, jak mocniejszych brzmień, wyznawcy Apolla i wyznawcy Dionizosa. Choć ci drudzy mieli ogółem o wiele łatwiej, bo potężnym patronem wydarzenia był alkohol w postaci shotów.

Rozmach wydarzenia, a także świetny marketing organizatora, Good Taste Production, sprawił, że BitterSweet stał się jednym z najmodniejszych wydarzeń wakacji, do tego ma nad Offem czy Open'erem tę przewagą, że jest świeży i ma bardzo wyrazistą identyfikację graficzną. Wszystko to wpływa na przejęcie trendów w social mediach. Zrobienie sobie ładnego zdjęcia w bramie festiwalu to punkt obowiązkowy nie tylko dla osób, które miały nań karnet.

Jacek Adamiec

  • BitterSweet Festival
  • Cytadela
  • 13-15.08

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2026