Jakie są Pana najważniejsze wspomnienia związane z Teatrem Animacji?
Nie jestem z Poznania, więc moje pierwsze wspomnienia związane są dopiero z życiem zawodowym. Pamiętam, jak prawie 20 lat temu zaproszono mnie do współpracy nad "Kto pocieszy Maciupka" w reżyserii Ewy Sokół-Maleszy. To było specyficzne spotkanie, bo odbywało się w świecie Tove Jansson. Byłem młodym kompozytorem i spotkanie z biegającymi w trykotach Hatifnatami zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Jeszcze przez wiele lat Teatr Animacji kojarzył mi się wyłącznie z Muminkami. Odczarowałem go dopiero po spotkaniu z Lechem Chojnackim przy pracy nad "No Coś Ty" w 2011 roku. W ciągu tych ostatnich 10 lat zdarzyło się też wiele poruszających momentów. Bo kiedy ktoś bierze twoją pracę i przenosi na obraz, ruch...
A wydarzyło się coś strasznego albo śmiesznego?
Czasami pracuję po nocach, mam tutaj w gabinecie taki podgląd na korytarze i scenę. Zdarzyło się - ze trzy razy - że widziałem na nim przebiegającego golasa. Ale czy to było śmieszne? Jesteśmy w teatrze i coś takiego ma prawo się zdarzyć na codziennych zasadach. Ale tak serio, taki szczery śmiech zdarza się nam najczęściej podczas improwizacji aktorskich, kiedy poszukujemy jakichś rozwiązań na scenie.
Co jest trudniejsze? Komponowanie czy kierowanie teatrem?
To dwa zupełnie inne światy. Biorąc pod uwagę swój wiek i doświadczenie, nie mówiłbym o trudnościach, tylko o tym, że prowadzenie teatru daje dużo więcej satysfakcji. Komponuje się samotnie i rzadko dostaje natychmiastowy feedback. A dyrektorowanie i pracę w teatrze można porównać do gotowania. Jak komuś smakuje, to daje od razu znać. Jak nie smakuje - od razu widać. Kolejna rzecz, która odróżnia bycie kompozytorem od bycia dyrektorem, to współodpowiedzialność. Bycie dyrektorem wymaga rozmów o wspólnym dobru.
Na trzech stronach trudno zmieścić 80 lat, więc skupmy się na najistotniejszych zjawiskach i nazwiskach. O czym i o kim trzeba pamiętać?
Cały czas niedostatecznie została opowiedziana historia Leokadii Serafinowicz. Uważam, że gest, który wykonała pierwsza, a potem powtórzył go Janusz Ryl-Krystianowski, był szalenie ważny. Uczyli poważnego mówienia do dziecka. Uważali, podobnie jak Korczak, że dziecko należy otoczyć opieką, ale że trzeba mówić do niego na serio, o rzeczach ważnych. Byli pionierami tej absolutnie rewolucyjnej myśli. Ale to się niestety wciąż nie udaje w większej skali. Rodzice i nauczyciele dalej chcą, żebyśmy seplenili i zdrabniali, mówiąc do dziecka, bo tak jest łatwiej, bo tak mamy wkodowane w kulturę. A teatr dla dzieci i młodzieży ma sens, kiedy uczymy młodego człowieka samodzielnego, krytycznego myślenia. Kiedy prowokujemy do rozmowy i uważnie słuchamy komunikatu zwrotnego. Sam jestem tego zwolennikiem, więc walczę o taki teatr, choć wiem, że jest to po trosze walka z wiatrakami. Nie mam jednak poczucia klęski, wiem, że to bardzo powolny proces.
Teatr zmienił siedzibę tylko raz, natomiast nazwę kilkakrotnie. Był m.in. Poznańskim Teatrem Marionetek czy Teatrem Lalki i Aktora Marcinek. Teatrem Animacji jest najdłużej. Co właściwie kryje się za pojęciem "animacja"?
To bardzo trafiona nazwa, choć bywa kontestowana. Większość teatrów, które mają w nazwie lalkę, aktora albo zabawną nazwę własną, zmaga się z syndromem "teatru kukiełkowego dla dzieci". To idiom, który w wyobraźni społecznej znaczy tyle, co dawniej komedia dell'arte albo teatr jarmarczny. Mam na myśli ten właśnie poziom dowcipu albo formułę "miłej bajki dla dzieci". Po pierwsze, nasz teatr to Teatr Animacji, bo animujemy animantem, nadajemy życie obiektowi nieżywotnemu. Po drugie, animujemy wyobraźnię widza. I chyba to właśnie jest dla mnie głównym zadaniem tego teatru.
Czy przy okazji jubileuszu policzył ktoś, ile odbyło się premier od 1945 roku w Teatrze Animacji?
Nie jestem przygotowany do tej odpowiedzi, bo mówiąc szczerze, nigdy element ilościowy nie był dla mnie ważny. Na początku jak każdy nowy dyrektor chciałem robić dużo spektakli, ale z czasem wiem, że lepiej zrobić trzy zamiast sześciu, ale takie, które nie zejdą z afisza. Szacuję jednak, że nasz teatr zdołał przygotować w ostatnich 80 latach około pięciuset premier.
Z których spektakli, które powstały za Pana kierowania Teatrem Animacji, jest Pan najbardziej dumny?
Absolutnie poruszony jestem spektaklem "Ślimak i lew, czyli bajka o...", który bardzo szybko zszedł z afisza wskutek agresywnych reakcji widzów. Był to spektakl będący zapisem autentycznej narracji dziecięcej zabawy. Według mnie to, co zrobili Malina Prześluga i Artur Romański, było rewolucyjne. Dzieci czytały to świetnie, ale rodzice byli wkurzeni, bo nie była to opowieść liniowa i dosłowna. Bardzo udały nam się też "Zmysłowiska", do których najprawdopodobniej wrócimy w nowym sezonie. To też była forma, której nikt wcześniej nie próbował. Otworzyliśmy nowe drzwi, przesuwając percepcję teatru poza sferę dominacji zmysłu wzroku. Bardzo dobrze wspominam "Barona Münchhausena" w reżyserii Konrada Dworakowskiego. Chciałbym, żeby wrócił na naszą scenę, zanim pożegnam się z Teatrem Animacji. "Baron Münchhausen 2.0" inaczej komentowałby obecną rzeczywistość. Jestem też wielkim fanem "Don Kichota" i "Czarnoksiężnika Oz" tego samego reżysera. Kolejnym bliskim mi spektaklem jest "Teatrzyk Zielona Gęś czyli wstrząs metafizyczny w piętnastu konwulsjach" w reżyserii Pawła Aignera. Wcześniej zrealizowana przez niego "Miłość do Trzech Pomarańczy" bawi naszych widzów do dzisiaj - po 6 latach od premiery. Myślę również o "Za-Polskiej" Agaty Biziuk, jako o ważnej przestrzeni do dyskusji na temat naszej polskiej mentalności.
"Opowieści z niepamięci" Dudy Paivy powstały, zanim się tu pojawiłem, ale trzeba o nich pamiętać, podobnie jak o spektaklach "Całe królestwo króla" w reżyserii Marcina Jarnuszkiewicza czy "Lustrzana chmura" Roberta Jarosza. To widowiska, które szybko zniknęły z afisza, bo nie były łatwe w odbiorze, choć z pewnością są wybitne. Zbyt rzadko decydujemy się dziś na wyjście ze strefy komfortu celem nabycia nowych doświadczeń.
Sezon jubileuszowy dobiegł końca. Doczekaliśmy się jeszcze premiery spektaklu "Arabela" w reżyserii Piotra Ratajczaka, a w planach macie jeszcze remont...
Miałem nadzieję, że taki prezent - w postaci odrestaurowanego wnętrza - dostaną nasi widzowie jeszcze w tym sezonie, ale to niestety się nie uda. Od połowy maja w prawie każdy weekend odbywały się przeglądy naszych najbardziej popularnych spektakli ostatnich kilkunastu lat, taki showcase. Sezon skończyliśmy 14 czerwca. Na wyremontowaną scenę zapraszamy po wakacjach. Będą nowe fotele, oświetlenie, nagłośnienie, klimatyzacja... Do końca września powinniśmy zamknąć wszystkie prace.
Historia Teatru Animacji to również historia lalek, które możemy oglądać w Galerii Lalek. Możemy wskazać najcenniejszą?
To, która jest najcenniejsza, zależy od opowiadacza ich historii. Dla Agaty Drwięgi, odpowiedzialnej w naszym teatrze za edukację, to pewnie ta pierwsza Kasia od zgubionych gąsek, która swoją drogą pozostaje w zbiorach łódzkiego Muzeum Etnograficznego. Dla mnie - to przedwojenna główka Baby-Jagi, którą otrzymałem z rąk Zespołu w dniu objęcia dyrektorskiego stanowiska, a którą przedstawiono mi jako dobrego ducha Teatru Animacji. Dla każdego pracownika teatru będzie to prawdopodobnie inny lalkowy bohater. W naszych zbiorach znajdują się też dzieła obiektywnie wybitnych artystów plastyków, z Leokadią Serafinowicz i Janem Berdyszakiem na czele. Z tą myślą wraz z otwarciem sceny po remoncie zaprosimy naszych widzów na zupełnie nową odsłonę ekspozycji Galerii Lalek. Anita Piotrowska razem z Agatą już ją przygotowują. Galeria będzie składała się z dwóch części: w jednej będziemy oglądać lalki, a w drugiej zobaczymy, jak działają różne formy lalkowe w dedykowanych im scenografiach. Goście będą je mogli animować i poznawać tajniki lalkarstwa od strony praktycznej.
Jak i gdzie archiwizujecie stare filmy albo fotografie? Przez 80 lat na pewno sporo się tego nazbierało.
Archiwizacja odbywa się na trzy sposoby. Mamy zabezpieczone lalki w magazynie. Mamy osobne, profesjonalne archiwum na drugim piętrze CK Zamek, i jest to fenomen na skalę kraju. To duża przestrzeń, w której nasze materiały są konserwowane, rekonstruowane i digitalizowane. Są to partytury, rysunki, dokumenty. Świadomie budujemy publiczne archiwum, które opowiada historię tej instytucji. Trzecią odnogą jest wspomniana Galeria Lalek. To zakulisowa, wielka rzecz, którą robią pracownicy archiwum dla Teatru Animacji. Co ważne, w ramach programu "Wszystko na pokaz" prezentujemy to zainteresowanym widzom i grupom zorganizowanym. Taka działalność jest istotna, bo wciąż nie powstała żadna publikacja, która opowiada w pełni historię Teatru Animacji.
Czego życzyć Teatrowi Animacji z okazji urodzin?
Wytrwałości i niepoddawania się światu.
Rozmawiała Monika Nawrocka-Leśnik
© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2026