Komunikaty

pagina

Aktualności

Pominąłeś menu

menu

Muszę, bo się uduszę

Wiedzą powszechną jest to, że dziecięca publiczność jest najbardziej szczerym, ale też wymagającym odbiorcą. Dlaczego organizatorzy Festiwalu ClassicON Junior nie zawsze spojrzeli na swoje propozycje z ich perspektywy? To przecież najlepiej sprawdzony klucz do sukcesu.

Czterech elegancko ubranych mężczyzn grających na klasycznych instrumentach. - grafika artykułu
"Podróż do źródeł rytmu" grupy Repercussion, fot. Piotr Łysakowski

Bardzo dużo obiecałam sobie po pierwszej edycji Festiwalu ClassicON Junior. Organizatorzy z Fundacji Fabryka Sztuki przekonali mnie, że zrobili wszystko co można, by potrzeby dzieci (na różnych poziomach) zostały zaspokojone. Miałam okazję uczestniczyć w trzech wydarzeniach - dwóch kierowanych do widzów w wieku 4-6 lat (czytaniu wrażeniowym do muzyki na żywo i spotkaniu "Dotknij dźwięku") oraz koncercie "Podróż do źródeł" dla nieco starszej publiczności.

Ćwierka, śwista, kwili

Zacznijmy od początku, czyli od spotkania z animatorką i aktorką Agnieszką Mazur oraz siedzącym przy pianinie Jakubem Czerskim. Czytanie wrażeniowe dostarczyło mi... mnóstwa wrażeń! Wydawałoby się, że o wszystko zadbano - przestrzeń przed pokojem w którym odbywało się czytanie wypełniły balony, były też naklejki, które dzieciaki uwielbiają, a także  kolorowanki, żeby zająć głowę (i ręce) w oczekiwaniu na rozpoczęcie wydarzenia. Wyobraźcie sobie jednak moje zdziwienie, kiedy prowadząca zaprosiła dzieci do środka (miały wchodzić pojedynczo, w pokoju przygaszono światła), a opiekunom zakomunikowała, żeby najlepiej zostali za drzwiami, chyba, że -  tu cytat - "ktoś musi, bo się udusi".

Miałam szczęście, byłam w uprzywilejowanej sytuacji i zajęłam miejsce wśród maluchów. Dostrzegłam jednak niezadowolenie na twarzy prowadzącej, bo scenariusz czytania był inny. Dzieci miały być same, wlecieć do pokoju jak ptaki - czytane było "Ptasie radio" Juliana Tuwima - a potem z niego wyfrunąć w tej samej kolejności, w której wcześniej do niego weszły. Nikt jednak nie wspomniał o tym na początku (przynajmniej ja tego nie słyszałam), więc brak zrozumienia prośby na finał czytania nie powinien dziwić. Podobnie jak to, że mniejsze dzieci potrzebowały obok kogoś bliskiego. Bo wszystko wokół było nowe. Nieznane maluchy, nowi dorośli, inne miejsce.

Agnieszka Mazur zapowiadając festiwal i opowiadając o jego genezie mówiła, że "narodził się z wieloletniej pracy z dziećmi i rodzinami oraz z przekonania, że kontakt z kulturą powinien zaczynać się jak najwcześniej". Że "badania z zakresu psychologii rozwojowej, pedagogiki muzycznej i neuronauki pokazują, że pierwsze lata życia mają ogromne znaczenie dla rozwoju uwagi, języka, pamięci, wyobraźni oraz kompetencji społecznych i emocjonalnych". A czego miały nauczyć się dzieci, kiedy widziały płaczącą koleżankę, którą nie zaopiekował się nikt z prowadzących to wydarzenie? Sama w końcu zakłóciłam mir czytania i zapytałam dziewczynkę o co chodzi, po czym odprowadziłam ją do czekającej za drzwiami mamy. Przepraszam że wyszłam poza scenariusz, ale jako dorosła/mama nie mogłam inaczej! Komfort tego maluszka był dla mnie najważniejszy. Kilkoro innych rodziców zdecydowało się (po moim akcie samowoli) wejść do środka.

Interpretacja "Ptasiego radia" w wykonaniu Agnieszki Mazur jest daleka od tych powszechnie znanych i lubianych, choćby Piotra Fronczewskiego czy Krzysztofa Kolbergera. Była głośna, wręcz dzika. Z pewnością znajdzie swoich zwolenników, jednak mnie wśród nich nie ma. Tam rzeczywiście doszło do kłótni! "Ptasie radio" właśnie o niej "ćwierka, śwista, kwili, pitpilita i pimpili", ale jej "ściszenie" czy nadanie temu konfliktowi swoistej miękkości nie spowodowałoby upupienia małych odbiorców, a właśnie zwrot ku, moim zdaniem wciąż jeszcze istotnej dla nich, potrzebie spokoju, równowagi czy opanowania. Tym bardziej, że w sali było naprawdę głośno. Szkoda, że organizatorzy nie pomyśleli o słuchawkach tłumiących "hałas". Jedna z festiwalowych wolontariuszek na szczęście to odnotowała! Od razu po wydarzeniu robiono zresztą sondę. Organizatorzy ClassicON Junior nie bali się opinii. Świetnie, bo tylko w taki sposób można zbudować coś wartościowego. Dali też wyraźny sygnał, że są ciekawi efektów swojej pracy, że nie jest to wyłącznie "sztuka dla sztuki".

Jakub Czerski z kolei, kompozytor i pianista, nie tylko uśmiechem przykuwał uwagę widzów (próbował - kiedy tylko sytuacja na to pozwoliła - nawiązać kontakt wzrokowy z dzieciakami), ale też wyczuciem z jakim podjął się zagrania "Ptasiego radia". Było intensywnie, angażująco, no i oczywiście głośno. To co usłyszeliśmy było absolutnie kompatybilne z tym, co zaprezentowała aktorka.

Czy widzom się podobało? Trudno powiedzieć. Wydarzenie wymagało koncentracji i skupienia przez pół godziny. Dzieci podołały zadaniu, ale większość potrzebowała ruchu. Poduszki przesuwały się po podłodze, dzieci szukały wzorkiem punktu, na którym mogłyby się zatrzymać. Wydarzenie miało "rozwijać wyobraźnię, uważność słuchową i koncentrację, a także pomóc dzieciom stworzyć skojarzenia między obrazami literackimi a muzyką", stąd efekt pustego (jesiennego, pozbawionego wszystkiego, co kojarzone z dziecięcym kątem) pokoju. Nadmiar bodźców wizualnych udało się zminimalizować. Nad "przyjaznym sposobem wprowadzania" maluszków w świat muzyki klasycznej jednak jeszcze bym pomyślała. Podobnie jak nad ostentacyjnym wyrażeniem zachwytu wobec reakcji jednego spośród wielu dzieci tuż po zakończeniu spotkania... bo to nie była rozmowa kwalifikacyjna.

Cymbałki nie istnieją

Uśmiechniętymi (to ważne) profesjonalistami - podobnie jak Jakub Czerski - okazali się też muzycy: Anastazja Kołodziejczak i Albert Kołodziejczak, prowadzący spotkanie "Dotknij dźwięki". Do zaproponowanej przez nich konwencji dzieciaki są przyzwyczajone. A lubimy przecież to, co znane. Pewna przewidywalność (nie mówiąc o osobie opiekuńczej obok) daje też poczucie bezpieczeństwa.

Lekcja wyniesiona z "Dotknij dźwięku"? Cymbałki nie istnieją! Wy też to zapamiętajcie. Są dzwonki chromatyczne lub diatoniczne. Z jakimi jeszcze instrumentami zapoznano dzieci? Były klasyczne skrzypce, ale też np. kij deszczowy. Widzowie/uczestnicy mogli (ale nie musieli, to ważne!) zaangażować się bardziej i chociażby dyrygować razem z Panem Albertem, potrząsać szejkerami... albo użyć tank druma. Anastazja Kołodziejczak, wyliczając wszystkie części skrzypiec, nawiązała do budowy człowieka, więc najmłodsi widzowie raczej nie zapomną, że instrument ten również ma główkę, szyjkę czy strony... Brawo!

Genialna w prostocie była również decyzja, żeby zagrać fragmenty dobrze znanych utworów. Po czytaniu wrażeniowym wybór Kołodziejczaków wydaje się być bardziej trafny, a na pewno mniej ryzykowny - było zarazem refleksyjnie, jak i skocznie. Coprawda mały widz zawsze może zaskoczyć, stąd potrzeba elastyczności na tego typu spotkaniach, ale wybór "Skrzypka na dachu" czy muzyki Alana Silvestri do "Forresta Gumpa" okazał się gwarantem sukcesu. Muzycy z pozycji znających się na rzeczy (ale nie ex cathedra) opowiedzieli o tym, jak z instrumentów wydobywają się dźwięki, ale też poinstruowali, gdzie trzeba położyć rękę albo głowę, żeby np. poczuć wibrację. Na bieżąco reagowali na pytania/działania dzieci. Zapewne modyfikowali scenariusz wydarzenia, ale byli na to przygotowani. Stanowili, nie tylko jako para, ale również wraz z widownią - zgraną drużynę. Widać było przejęcie prowadzących. Widać było zainteresowanie widzów. Akurat ta muzyczna podróż mogłaby dłużej trwać, ale na swoją kolej czekali już następni pasażerowie...

Udany eksperyment

Przyznam szczerze, że moje sceptyczne nastawienie do wydarzeń w ramach Festiwalu zmieniało się z czasem. Zaufanie wzrosło. Widowisko perkusyjne grupy Repercussion "Podróż do źródeł rytmu" kierowane dla całych rodzin (z dziećmi w wieku 6-12 lat) było w końcu tym, na co czekałam! Na scenie Auli Artis (czego na niej nie było!) pojawił się wrocławski zespół Repercussion (Jacek Muzioł, Bartłomiej Dudek, Radosław Jędraś, Miłosz Rutkowski) i udowodnił, że zagrać można na... wszystkim (nawet na własnym ciele). Grupa na co dzień wykonuje muzykę z wykorzystaniem bogatego instrumentarium perkusyjnego. Arsenał orkiestry "Podróży do źródeł rytmu" zasilał np. ksylofon. Ale były też m.in. grzebień, metalowe i szklane miski, kieliszki, klawiatura, pudełko cukierków, mop, kanister z wodą, wielkie rury, rakieta do tenisa, bęben od pralki... i piłki do koszykówki.

Repercussion w czasie koncertu poruszał się w różnych stylistykach - od muzyki etnicznej, przez hip-hop, aż po blues. Widzowie Festiwalu ClassicON Junior poznali kilka nazwisk, nazywali nurty. A przez ten gąszcz wiedzy przeprowadziła ich wspomniana już wcześniej Agnieszka Mazur. Ze starszą publicznością poradziła sobie zdecydowanie lepiej niż z maluszkami. Nie uciekała od pytań, ciągnęła widzów za języki.  

Była "Melodia" Johna Cage'a, który - jak zaznaczyła Mazur - był nie tylko kompozytorem, ale też eksperymentatorem. Amerykanin eksperymentował m.in. z przedmiotami codziennego użytku. Każdy widz wyszedł z koncertu z wiedzą, że to właśnie on powiedział, że cały świat wokół i my sami jesteśmy instrumentami. Że wszyscy mamy narzędzia do tego, by komponować i tworzyć muzykę. 

Częścią koncertu była też "Fuga geograficzna", utwór Ernsta Tocha, niemieckiego kompozytora. Przy tej okazji widzowie poznali pojęcie "muzyki mówionej". Mazur poprosiła publiczność o zamknięcie oczu, wyprostowanie pleców i zanurzenie się w świecie bardzo smutnego robota, który został porzucony gdzieś w odległej galaktyce... A potem sprowadziła ją (dosłownie) na ziemię i zabrała do kuchni (ciekawe, ile dzieciaków udało się do niej po koncercie i spróbowało grać na tym, co znajdzie w szufladach), dalej na boisko... Z wyczuciem zainteresowania wśród publiki, bez niepotrzebnej infantylizacji, prowadząca wprowadziła też kolejne zagadnienia, które pojawiły się na koncercie, wśród nich muzykę konkretną i związane z nią dźwięki miasta.

"Podróż do źródeł rytmu" to więcej niż koncert. Muzycy bez żadnego problemu nawiązali kontakt z publicznością, co więcej namówili ją do współpracy. Kolejne rzędy miały powtarzać wygenerowane przez artystów sekwencje dźwięków. Moje zadanie (uff!) było na szczęście proste. Finalnie wykonaliśmy wspólnie mikroutwór. Świetnie bawili się zarówno mali, jak i duzi. Nikt nie migał się od obowiązku. Body percussion - to jest to!

To bez wątpienia też wydarzenie edukacyjne, w którym obok muzyki (bo ta oczywiście gra główną rolę), jest też spora dawka teatru, humoru (również dorośli znaleźli coś dla siebie), oraz ruchu. Jestem pewna, że wielu z widzów chciałoby wspólnie z muzykami poprowadzić piłkę tak, by powstała muzyka. Sama z kolei snułam wizje minikoncertu, który zagram (kiedy będę sama w pokoju) przy komputerze, na zmianę klikając i pstrykając długopisem. Ta (nie)typowa forma nauki poprzez zabawę powinna być obowiązkowa! W taką podróż - nie tylko po tradycjach muzycznych, rytmach z różnych części świata, ale też po własnej wyobraźni, powinien wybrać się każdy. Przynamniej raz.

Monika Nawrocka-Leśnik

Festiwal ClassicON Junior:

  • Czytanie wrażeniowe do muzyki na żywo (wiek: 4-6 lat), 12.09
  • "Dotknij dźwięku" (wiek: 4-6 lat), 12.09
  • Familijne widowisko perkusyjne "Podróż do źródeł rytmu" grupy Repercussion (wiek: 6-12 lat), 20.09

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2026

Odwiedź także: