Gwiazdą pierwszego dnia trzydniowego festiwalu był zespół Sex Pistols, występujący wraz z wokalistą Frankiem Carterem znanym z formacji Gallows. Przypomnę tylko, że pierwszy, oryginalny głos zespołu - Johnny Rotten - wybrzmiał jako Public Image Ltd. 13 maja w Tamie. Poznań w tym roku jest więc wyjątkowo przesiąknięty brytyjską muzyką - także w najbardziej rebelianckim wydaniu. Frank Carter wystapił na scenie wraz z Stevem Jonesem, Paulem Cookiem i Glenem Matlockiem, a więc składem pamiętającym jeszcze Sida Viciousa. Carter, jak przystało na żywe wcielenie punku, zachęcał festiwalowiczów do pogo, w którym zresztą sam wziął udział po zejściu ze sceny. Nie ma opcji, żeby Carter zastąpił Rottena, co nie zmienia faktu, że "Anarchy in the UK" i inne przeboje zespołu brzmią w odświeżonej wersji (i koncertowym anturażu) bardzo dobrze i pozwalają cieszyć się olbrzymią charyzmą całego zespołu.
Zanim późną nocą rozpoczął się występ pionierów punk rocka, scenę rozgrzewała m.in. Stacja B - punk rodem z Bieszczad, czy doskonale wszystkim znana z biesiadnych, studenckich przebojów Łydka Grubasa (nurt komediowy w następnych dniach reprezentował Zenek Grabowski i Nocny Kochanek). Choć trudno ustalić, który występ podobał się publiczności najbardziej, wydaje się, że najdokładniej zdolności wokalne festiwalowiczów przetestował Lady Pank. Zasłyszane, ale jakże prawdziwe: Janusz Panasewicz nie musiał być w formie ani nawet się starać, bo publika wyśpiewała za niego od początku do końca wszystkie utwory z klasycznego repertuaru zespołu, który świętuje właśnie swoje 45-lecie na scenie.
Drugiego festiwalowego dnia odpowiednikiem Lady Pank w kategorii polskich klasyków rocka był Dżem. Zespół, który od dwóch lat gra z Sebastianem Riedlem (synem legendarnego Ryszarda) w roli frontmana-wokalisty, dał ludziom dokładnie to, czego chcieli - "Czerwonego jak cegła" i "Whisky" z kultowego krążka "Cegła", ale też przeboje z pierwszej od kilkunastu lat płyty kapeli, świetnie przyjętego krążka "Sobie potrzebni". Dżem grający późnym popołudniem był ostatnim zespołem, któremu w sobotę udało się w wystąpić we względne przyjaznej aurze. W trakcie koncertu Royal Republic (szwedzka kapela grająca bardzo energetycznego rocka - polecam) niebo zaczęło szlochać, szloch ten przerodził się w płacz na Wolf Alice (brytyjska alternatywa, również rekomenduję), a ten z kolei w czarną rozpacz w trakcie gigu Acid Drinkers. Ludzie szalejący pod sceną mieli wodę w butach, ale też szaleństwo w oczach i miłość do zespołu w sercach, przez co zdawali się nie zważać na pogodowy żywioł.
Ostatni dzień imprezy zapewniał już na szczęście wyłącznie muzyczne atrakcje. Bezdyskusujnie miał najmocniejsze otwarcie - street punkowy zespół The Analogs przypomniał balladę o "Strzelbach z Brixton" i rozciągnął przed nami wizję "Dzieciaków atakujących policję". Nieco później zagrał The Hardkiss - ukraiński zespół, który ciężkiego rocka doprawia elementami elektroniki czy synth popu. Choć kapela, którego głosem jest Julija Sanina, nie była dobrze znana słuchaczom, z pewnością można nazwać ją objawieniem festiwalu. Między utworami artystka podziękowała wszystkim Polakom za pomoc, jakiej udzielają Ukraińcom od początku pełnoskalowej wojny. Zwracała się też w swoim rodzimym języku do rodaków, których na Ławicy było całkiem sporo. Nieco później na scenę wszedł Kult, który ostatnio grał u nas w lipcu na Męskim Graniu (wtedy mogliśmy też usłyszeć eksperymentalny tribute zespołu hip-hopowego PRO8L3M poświęcony Kazikowi Staszewskiemu). "Polska" i "Arahja", choćby przemielone przez radia aż do postaci konserwy w puszce, na żywo zawsze wywołują ciarki. Podobnie jak w przypadku Lady Pank, publika znała wszystkie utwory, dlatego nawet przejściowe problemy Kazika z mikrofonem nie popsuły spektaklu.
Znacznie większe problemy miała wokalistka Sharon den Adel z holenderskiego zespołu Within Temptation. Zespół prezentuje rocka w podniosłej, symfonicznej odsłonie, a skala głosu którą dysponuje artystka znacząco wykracza poza możliwości przykładowo wspomnianego wcześniej Kazika. W trudniejszych partiach utworów piosenkarka walczyła ze swoją dyspozycją, co docenili bardzo liczni fani, obecni pod sceną często w merchu kapeli. Zespół dołączył do grona tych, które na Rockowiznie świętują swoje rocznice - w tym przypadku było to 30-lecie działalności.
Rockowizna pokazuje, że w Poznaniu można zorganizować dużą imprezę muzyczną, która nie zagraża naturalnemu ekosystemowi. Oczywiście trzeba wziąć pod uwagę skalę - teren wydzierżawiony przez Visual Production pomieściłby zaledwie ułamek liczby ludzi bawiących się na niedawnym BitterSweet, który wzbudził pod tym względem wiele kontrowersji. Co jeszcze udowadnia ten festiwal? Choćby spektakularne lokalne zwycięstwo rocka nad dominującym na listach sprzedaży hip-hopem. Przypomnę, że pierwszy raz od lat w naszym mieście nie odbędzie się letni festiwal rapowy - Hip Hop Festival Poznań zakończył swój żywot dwa lata temu, a zastępujący go Yello nie podniósł się po ubiegłorocznej dwudniowej edycji i kompletnie zniknął z przestrzeni medialnej. Tymczasem Rockowizna nie tylko gra u nas po raz piąty, ale też w wyjątkowej trzydniowej formule. Nie wiem sam, jakie wyciągnąć z tego wnioski, ale jestem pewien, że organizatorzy mogą być zadowoleni z efektu conajmniej tak samo jak uczestnicy. Naprawdę trudno znaleźć nieprzychylne komentarze na temat festiwalu. Sam jestem po nim zmęczony, nieco podtopiony, ale zadowolony.
Jacek Adamiec
- Festiwal Rockowizna
- 20-22.09
- Ławica
© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2026