Zacznę od tego, co Hanka Bylka-Kanecka powiedziała mi półtora roku temu, że "marzy o tym, żeby choreografia dla dzieci była czymś ogólnie dostępnym, publicznym, w każdym małym i dużym mieście, bo ma ogromny potencjał, również prozdrowotny i polityczny. Żeby choreografie były wydarzeniami nie tylko artystycznymi, ale też społecznymi". Czy to marzenie jest w puli tych do spełnienia, czy raczej nie?
Aniela Kokosza: To marzenie się cały czas spełnia, w dużej mierze dzięki działalności Hanki, ale też dzięki osobom, które rozumieją tę ideę, widzą ciało i jego pełen potencjał. Warsztaty dla rodzin, które Hania zainicjowała, są coraz bardziej popularne. Jest też coraz więcej osób, które świetnie je projektują i prowadzą, promując nie tylko taniec, ale też otwierającą na wielu poziomach zwyczajną, codzienną aktywność ciała, a przy okazji wzmacnianie realnych relacji.
Zmapujmy takie miejsca/tych ludzi w Poznaniu. Mamy Polski Teatr Tańca, wspomnianą już Hankę, Was. O kim zapomniałam?
Paulina Giwer-Kowalewska: Mamy jeszcze Centrum Sztuki Dziecka, które od dobrych kilku lat w swoim repertuarze uwzględnia propozycje taneczne.
A.K.: W 2023 roku CSD zorganizowało forum o współczesnym tańcu i choreografii dla młodej widowni, na którym pokazywane były tylko spektakle taneczne albo autorstwa osób, które wywodzą się ze środowiska ruchowego.
P.G.-K.: Widać ten kierunek również na Biennale Sztuki dla Dziecka. Spektakli otwartych na ciało jest coraz więcej.
A.K.: Wymieniłabym jeszcze Atofri. Dziewczyny wywodzą się z rytmiki, pracują także z choreografią. Ich prace mocno odwołują się do poruszającego się ciała.
Zabieracie sobie widzów, czy raczej uzupełniacie?
A.K.: Myślę, że się uzupełniamy, co więcej - też inspirujemy! Niesamowite jest to, że działamy wszyscy w jednym mieście, to fenomen. Chciałybyśmy bardzo, żeby władze miejskie to zauważyły i bardziej doceniły.
P.G.-K.: Wspomnę jeszcze Art Fraction Foundation, która działa już od wielu lat, nie tylko w Polsce, ale też na terenie międzynarodowym. Fajne jest to, że z łatwością przychodzi nam myślenie o sobie nawzajem i zapraszanie się do współpracy. Nasz pierwszy wspólny spektakl "Frajda, Granda, Bzik" wyprodukowałyśmy właśnie dzięki nim. Mój proces zaczął się od współpracy z Alicją Morawską-Rubczak i Barbarą Małecką. Od tego momentu, od spektaklu "blisko", pokazywanego na najważniejszych festiwalach rodzinnych na świecie, nasze ścieżki się wciąż przenikają. Od lat AFF zaprasza nas do współtworzenia wydarzeń podczas Festiwalu Najmłodszych. Współtworzyłyśmy z nimi też spektakl "Tu mieszkamy".
Punktem wyjścia do pracy nad spektaklem tanecznym musi być zawsze ciało, namysł nad nim? Czym się inspirujecie?
P.G.-K.: Ostatnio o tym myślałam i wydaje mi się, że naszą inspiracją, punktem wyjścia są dwie rzeczy, które mocno się ze sobą łączą: emocjonalność i to, jak ciało ją odczuwa. Jeśli poruszamy np. temat straty, jak w spektaklu "Pies, który jeździł koleją" (stworzony w Teatrze Małym w Tychach), to automatycznie myślimy o ciele, jak ono to odbiera, jak reaguje na brak kogoś albo czegoś. W spektaklu "Frajda, Granda, Bzik" z kolei obiekty sensoryczne odgrywają tak samo ważną rolę jak nasze ciała. Mówimy o relacji pomiędzy nami i drugim człowiekiem. Skupiłyśmy się w nim na rodzinach, na tych najmniejszych, pierwotnych grupach społecznych, które są różnorodne, w których czasem boleśnie się docieramy i... ocieramy. Nasze ciała są blisko, niekiedy w ciągłym kontakcie. Nawiązujmy relacje, wzmacniamy je poprzez dotyk, cały czas pozostając w jednym pomieszczeniu. Czasami musimy się od siebie odbić, a czasem wejść w przyjemną interakcję.
A.K.: Ja bym dodała do tego jeszcze inspirujące zjawiska społeczne.
Co konkretnie zwraca Twoją uwagę?
A.K.: Na przykład to, co zauważam, pracując z dzieciakami z niepełnosprawnościami, w jak trudnej sytuacji jest ich rodzeństwo normatywne, zdrowe. Taka myśl otwiera we mnie kolejne przestrzenie i wiem, że jestem gotowa zrobić warsztat/wydarzenie performatywne na ten właśnie temat. Podobnie było z tematem obecności na scenie dojrzałego kobiecego ciała, który poruszyłam w spektaklu z 2024 roku "Mikrociało".
Kilka razy podczas naszej rozmowy padło już słowo relacja. Co jest dla Was ważniejsze? Relacja czy partycypacja?
A.K.: Ja mocno wierzę w relację. Z partycypacją wiąże się dużo pytań i niepewności. Partycypacja nie jest jednoznaczna, natomiast relacja jest naturalna, jestem jej pewna.
P.G.-K.: Dla mnie spektakl to relacja. To pierwsze, co przychodzi mi na myśl. Jeśli więc angażujesz się w relację tu i teraz, masz możliwość rozpoznania drugiego człowieka i wejścia w partycypacje na zasadach tobie i jemu pasujących. Ważne jest projektowanie partycypacji w taki sposób, aby nie zaburzać tego zaufania wytworzonego podczas "relacji". W spektaklu "Ciało Ciałko" zaprosiłyśmy dzieci do współtworzenia na równych prawach. To było ogromne wyzwanie dla nas. Może nawet największe. Z partycypacją wciąż jest tendencja do tworzenia spektakli składających się z kilku części: wprowadzenia, części "właściwej" i właśnie włączającej na koniec. Trudno ten schemat przełamać.
To włączanie jest koniecznością?
A.K.: O tak! Bo czy nie jest tak, że właśnie partycypacja prowadzi do relacji? Pozwala zbudować coś głębszego? Bez tego nie dałoby się pójść dalej, zrobić kolejnych kroków w relacji z publicznością.
P.G.-K.: Tworząc spektakle dla rodzin, dla grup zróżnicowanych pod względem potrzeb, stawiamy sobie wyzwania. Partycypacja u młodego widza jest często oparta na tym, że on chce się w danej przestrzeni, wytworzonej przez nas, ruszać i być wolny, sprawczy. Wtedy czuje się włączony. Dorosły widz czuje się włączony też wtedy, kiedy po prostu patrzy, współodczuwa, inspiruje się.
A.K.: Doktor Ola Zalewska-Królak napisała pracę naukową o partycypacji podczas działań z młodym człowiekiem, właśnie na przykładzie naszego spektaklu "Ciało Ciałko". To ogromnie ciekawy i szeroki temat.
Wrócę teraz do Polskiego Teatru Tańca, który był częścią (obok CK Zamek) projektu "Teren Tańca" (zaangażowana w niego była przede wszystkim Karolina Wensierska). Dlaczego nie jest kontynuowany? To dwie ogromne instytucje, które - wydawałoby się - dysponują wolnym miejscem... Jakie inne bariery stoją na drodze rozwoju choreografii w Poznaniu?
A.K.: Odnoszę wrażenie, że cały czas walczymy o przetrwanie naszych idei. Brzmi górnolotnie, ale naprawdę tak jest. To, że prowadzimy warsztaty i tworzymy spektakle, traktujemy w kategoriach sukcesu i przywileju. Obie pracujemy prawie dwadzieścia lat i cały czas czujemy się petentkami, które proszą o możliwość ciągłej i spokojnej pracy. Niestety w tym roku "Teren Tańca" - program udostępniający przestrzeń dla tańca oraz model współpracy, oparty na partnerstwie, zaufaniu i wspólnej odpowiedzialności za rozwój lokalnej kultury - nie uzyskał dofinansowania z miejskiego rozdania. Brak struktury i wsparcia instytucjonalnego, z którym wciąż boryka się taniec, jest wykańczający.
P.G.-K.: Jako artystki niezależne, bez swojego stałego miejsca i finansowania, nie jesteśmy w stanie być częścią świata kulturalnego Poznania. Ludzi takich jak my, potrzebujących przestrzeni i zajmujących się tańcem i sztukami performatywnymi, jest sporo. Możliwość spotkania się w przeznaczonym do tego miejscu wspólnej pracy i wymiany idei na pewno zaowocowałaby środowiskowym fermentem i świetnymi projektami.
A.K.: Mamy przecież w Poznaniu Uniwersytet Artystyczny, Akademię Muzyczną... Studenci podobnie jak my nie mają przestrzeni do wymiany doświadczeń. Moim zdaniem misją instytucji kultury powinno być wspieranie mniejszych graczy, którzy nie mają swojej stałej siedziby, bo od miejsca i możliwości spokojnej pracy wszystko się zaczyna. Art is work.
To jeden z czynników, przez który tak trudno zobaczyć Wasz ostatni spektakl - "Cisza". Nie ukrywacie też, że potrzebujecie wsparcia finansowego, żeby móc pracować nad nim dalej.
A.K.: "Cisza" jest spektaklem, który powstał z obserwacji osób, które są ciche, introwertyczne i czasem trudniej im się istnieje w codzienności niż tym o wyższej energii społecznej. Inspiracją była książka Wydawnictwa Frajda "Jestem cichy". Sama byłam takim dzieckiem, dlatego ten temat jest mi szczególnie bliski.
P.G.-K.: "Cisza" powstała bez udziału muzyki, co nie oznacza, że bez dźwięków. Nie żyjemy w próżni, więc absolutnie nie chciałyśmy stworzyć takiej przestrzeni. Zainteresowało nas odczuwanie ciszy w nas samych, nawet wtedy, kiedy na zewnątrz są generowane jakieś dźwięki. Taki dobrostan ciszy. Bo kiedy odczuwasz ciszę, dźwięki ci nie przeszkadzają, to znaczy, że twój układ nerwowy jest wyregulowany.
Jakie macie plany oprócz wznowienia prac nad "Ciszą"?
P.G.-K.: Chcemy stworzyć pracownię sensoryczną, w której będziemy działać z obiektami zaprojektowanymi przez Tomasza Bergmana i Izabelę Chlewińską. Z Izą znałyśmy się wcześniej, postanowiłyśmy sprawdzić, jak te obiekty funkcjonują w różnych grupach odbiorczych, takich, które niekoniecznie wiedzą, co to w ogóle jest choreografia. Odwiedzałam żłobki i przedszkola w Wielkopolsce przez dwa lata. Podczas warsztatów starałam się wydobyć z obiektów, ile się da. To poduchy z łuską gryki w środku, mające swój ciężar. Dość zaskakujący przy pierwszym kontakcie. Na zewnątrz jest bezszwowy materiał, który idealnie pasuje i morfuje się po ciele. Nazywamy to otuliną. Gdy położysz się na podłodze i ktoś przetoczy ten obiekt po tobie, czucie głębokie dostaje sygnał, żeby odpoczywać. Człowiek odpływa... Z otuliny powstały też kokony, do których można wejść.
A.K.: Ja z kolei sporo inspiracji czerpię z codziennej praktyki i spotkań z ludźmi. Niedawno do zespołu MDK2, w którym pracuję, dołączyła Ewa Szymczak, wiolonczelistka, która zajmuje się tradycyjnym śpiewem. Marzy mi się stworzenie warsztatu dla rodzin, który będzie łączyć wielozmysłowe myślenie o ciele i śpiew. Dźwięk z trzewi jest tym samym, co nieograniczony konwencją ruch. Bez oceny, tak jak każdy z nas może i ma ochotę.
Jak zachowujecie równowagę pomiędzy tym, co przystępne dla widza/uczestnika, a Waszą wolnością artystyczną?
A.K.: Traktujemy siebie na równi z tymi, których zapraszamy do ruchu. Jakości, które spotykamy, są równie ciekawe jak te nasze, wypracowane przez lata.
P.G.-K.: Myślimy o każdym człowieku jako twórcy. Każdy chce być kreatywny, twórczy, bo tak zostaliśmy stworzeni/zaprojektowani. Wtedy czujemy, że żyjemy. Jeśli udaje nam się stworzyć relacje z widzem, to widz czuje przestrzeń do kreacji.
A.K.: Wolność artystyczną czerpiemy z nowej choreografii, która bardziej opiera się na myśli, idei, zadaniu niż na ułożonej sekwencji ruchów czy opowiadaniu historii.
P.G.-K.: Kiedyś mówiłyśmy, że nasze warsztaty/wydarzenia są kierowane do wszystkich, którzy mają ciało. Teraz dopowiedziałabym, że potrzebna, a nawet niezbędna, jest też uważna obecność.
29 kwietnia świętować będziemy Międzynarodowy Dzień Tańca. Z tej okazji co roku wygłaszane jest orędzie. Gdybyście w tym roku miały być jego autorkami, co byście w nim zawarły?
A.K.: Doceńcie ciało, weźcie głęboki oddech, usiądźcie na pupie, zastanówcie się, co wtedy czujecie...
Rozmawiała Monika Nawrocka-Leśnik
© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2026