Kultura Poznań.pl

Kultura

opublikowano:

Zrobić młodzieży świnię

Gdy Wydawnictwo Poznańskie poinformowało o premierze popularnonaukowej książki Mai Iwaszkiewicz Świnia na sądzie ostatecznym, zapowiadała się ona jako nowatorska i ciekawa praca dotycząca obrazu zwierząt w średniowieczu. Po lekturze pozycja okazała się jednak wyjątkowo źle napisana, a przy tym merytorycznie dość wątpliwej wartości. Iwaszkiewicz postawiła w niej również kontrowersyjne, a przy tym osobliwe tezy - zwłaszcza, jeśli spojrzeć na nie ze współczesnej perspektywy animal studies i kwestii ochrony praw zwierząt.

, - grafika artykułu
Maja Iwaszkiewicz, "Świnia na sądzie ostatecznym" - fragment okładki, fot. materiały prasowe

Czytając Świnię na sądzie ostatecznym uderzyła mnie niezdolność autorki do udźwignięcia ciężaru popularyzatorstwa. Kwestię "pisania w prosty sposób o rzeczach trudnych" potraktowała połowicznie - pisząc co prawda niezwykle prosto, lecz nie będąc w stanie opisać skomplikowanych kwestii w sposób inny aniżeli bardzo sztampowy i powierzchowny. Jej książka przywodzi na myśl obraz ślizgawki po zamarzniętej tafli wody, skrywającej w wiecznej zmarzlinie tajemnice, których osoba wykonująca piruety na lodzie nie jest w stanie dostrzec.

W niezgrabnym wstępie zatytułowanym Średniowiecze da się lubić (brrr!) Iwaszkiewicz stwierdza: "Poświęciłam na badanie średniowiecznej kultury Europy łacińskiej i jej niezwykłej symboliki wiele lat studiów i jest mi niezwykle przykro, gdy większość osób, z którymi próbuję na ten temat rozmawiać, mówi, że średniowiecze to «wieki ciemne», i w ogóle nie chce o nim słuchać". A jednak autorka posiadanej przez siebie wiedzy nie potrafi przekazać czytelnikowi.

Czy leci z nami korekta?

Być może głównym problemem tej książki jest nadużywanie odmienianych w niej przez wszystkie przypadki przymiotników "niezwykły", "wspaniały" i "ciekawy", czy stosowanie innych tego typu ciężkich grzechów warsztatowych. Bo Maja Iwaszkiewicz posługuje się w Świni na sądzie ostatecznym zgoła nieestetyczną i rażącą czytelnika polszczyzną, opartą na sformułowaniach co prawda rozpowszechnionych w języku mówionym, lecz wyjątkowo niezgrabnie wypadających w publikacjach. Stąd czytamy, że "Średniowieczne ilustracje mają bowiem drugie dno", a wśród licznych zwrotów do czytelnika trafiają się i takie kaczeńce: "Na pewno sami używacie w swoim niesłychanie racjonalnym życiu trochę magii, choćby pukając w niemalowane drewno i mówiąc: «Tfu, tfu, odpukać!»".

Nagromadzenie na stronach tej książki wyświechtanych zwrotów, zdań wykrzyknikowych czy kiczowatych pytań retorycznych odstręcza od lektury już po kilku stronach. Tę manierę, będącą produktem ubocznym niewykształconego stylu, zastąpionego piekłem frazesów i wypełniaczy treści, nazywam osobiście "obłą polszczyzną" - jako że w życiu społecznym powiedzonka służą podtrzymaniu pustej konwersacji, z języka angielskiego nazywanej small talk. A oto przykłady jej użycia w książce: "Poszukiwanie odpowiedzi na nasuwające się pytania", "Zazwyczaj ludzie nawet nie dostrzegają niektórych detali dzieł sztuki czy architektury", "I tym optymistycznym akcentem zapraszam Was do kolejnego rozdziału", "Zgodnie z zasadą «najlepsze na koniec» na ostatni rozdział zostawiłam najciekawsze, według mnie zjawisko...".

Z kolei osobliwe zamiłowanie autorki do nadmiernego posługiwania się zdaniami wykrzyknikowymi sprawia, że czytelnik odnosi wrażenie, jakby cały czas na niego krzyczała: "Znacie już jej nudną stronę, poznajcie teraz tę wspaniałą i ciekawą!", "Obiecuję, że postaram się odpowiedzieć na wszystkie te pytania!", "Koniecznie musicie poznać Alberta Wielkiego!", "Jakikolwiek jest Wasz cel, muszę Was zmartwić - zoo wcale nie powstało dla Was!", "I wcale się Wam nie dziwię!".

Muszę z przykrością, a przy tym i zdziwieniem stwierdzić, że książka Iwaszkiewicz pod względem stosowanego w niej języka dość mocno przypomina prace studentów, którzy nie nabyli jeszcze biegłości w tworzeniu tekstów i póki co z ich chropawym stylem muszą męczyć się ich wykładowcy. Problem polega na tym, że będąc doprawdy grafomańską pozycją, Świnia na sądzie ostatecznym ukazała się jednak drukiem. Jeśli wyszłaby w wydawnictwie self-publishing, byłoby to jeszcze zrozumiałe, ale co spowodowało, że na żadnym etapie redakcyjnym Wydawnictwo Poznańskie nie zdecydowało się zatrzymać tego procesu?

Dla dobra dzieci

Jeśli zamierzonym odbiorcą tej książki miała być młodzież, to Maja Iwaszkiewicz chyba ma o tej grupie docelowej dość niskie mniemanie - i jest z dziwnego powodu przekonana, że ciągłym stosowaniem wykrzykników czy niewyszukanych zagajeń fatycznych zdoła utrzymać uwagę nastoletnich czytelników. Zachowuje się niczym polonistka pohukująca na klasę krnąbrnych uczniaków. Że posłużę się stylem autorki - toć figura uczniaka nie wzięła się znikąd, prawda?! Obecnie na szczęście coraz powszechniejsze staje się przekonanie, że młodszych odbiorców kultury trzeba jednak traktować z równym szacunkiem, co dorosłych - bo jeśli podejdziemy do nich poważnie i nie będziemy bawić się w tanie chwyty retoryczne, powinni odpłacić nam tym samym.

W tej książce bardzo razi też jaskrawy infantylizm autorki. Nie wiem, na ile to efekt uboczny projektowanej przez nią grupy docelowej tej publikacji, a w jakim stopniu jest pokłosiem przywiązania do konwencji cute. Od autorki oczekiwałbym jednak trochę innego podejście do tychże książek tworzenia. Bo pisanie to nie zawody w tym, kto ma bardziej uroczy styl.

Znęcanie się i zabijanie zwierząt ich... dobrem i "ludzkim" traktowaniem?

Kontrowersje wzbudzają tezy postawione w ostatnim rozdziale książki Procesy sądowe przeciwko zwierzętom w średniowieczu. Iwaszkiewicz przekonuje w nim czytelnika, że proceder tych osobliwych sądów, a więc w istocie bardzo wyrafinowanej formy znęcania się nad zwierzętami i zabijania ich na efektowne i wyjątkowo bestialskie sposoby przez fanatycznych katolików, powinniśmy traktować jako... zrównanie zwierząt i ludzi. Pozwolę sobie zacytować dłuższy fragment, aby oddać kryjącą się za tą myślą pokrętną logikę: "W razie jakichkolwiek wykroczeń, szczególnie wobec człowieka, czekały je proces, sąd i kara. Zwierzęta mogły trafić do więzienia, mogły zostać spalone na stosie albo być torturowane i powieszone. Co najciekawsze - zwierzętom przysługiwał obrońca! Dzięki temu mogły też zostać ułaskawione. Obrońca mógł również sprawić, że kara zostanie złagodzona i uwzględni różne wyjątki, na przykład stan zdrowotny danego zwierzęcia. Czy nie jest to największe zrównanie zwierząt i ludzi w historii naszego gatunku? Czy nie uważacie, że dowodzi to średniowiecznego postrzegania innych gatunków jako bardzo bliskich nam, ludziom? Czy to nie jest niesamowite?".

W dalszej części rozdziału Iwaszkiewicz stwierdza, iż "W kwestii włączenia zwierząt do systemu prawnego średniowiecze wyprzedziło wszystkie epoki, w tym także i naszą". Podając jako przykład współczesne działanie The Great Ape Project, mające na celu "włączenie wielkich małp (...) "w społeczność równych, w której będą istniały moralne prawa i zasady ustalone oraz, co najważniejsze, egzekwowane przez prawo" uznaje, że nie reprezentuje ono "do końca nowatorskiego podejścia", a poza tym ten projekt "zakłada włączenie do systemu prawnego jedynie kilku gatunków zwierząt człekokształtnych, a prawne zasady w średniowieczu aplikowano do całej fauny, nawet robactwa i gryzoni".

Współczesne ruchy i działania na rzecz zwierząt mają jednak głównie na celu ich prawną ochronę przed agresją ze strony ludzi, a także traktowanie ich jako podmioty prawa, posiadające własne prawa osobowe. Iwaszkiewicz pisząc, że "średniowieczny epizod jest wyrazem wielkiego zbliżenia gatunkowego zwierząt i człowieka, bo procedury sądowe dla ludzi i zwierząt były niemalże identyczne" zdaje się nie zauważać, że ludzie prowadząc takie sądy dokonywali nieuzasadnionej antropomorfizacji zwierząt, przypisując ich instynktownym zachowaniom ludzkie kategorie dobra i zła. W podrozdziale Sądy nad zwierzętami autorka zastanawia się jednak: "Być może więc w średniowieczu sądzono nie tyle zwierzęta same w sobie, ile zwierzęta jako personifikacje zła. Czy uważano wówczas, że zwierzęta popełniają złe uczynki, ponieważ są opętane przez szatana i wypełniają jego rozkazy, czy też, że są one wręcz uosobieniem szatana same w sobie?".

Czytając ten kuriozalny rozdział przypomniałem sobie o niesławnym wydarzeniu z 11 września 1916 roku, gdy słonica Mary z cyrku Sparks World Famous Shows - sprowokowana przez niewłaściwe zachowanie nowego pomocnika tresera słoni zaczepiającego ją w czasie gdy jadła owoce - rzuciła nim o ziemię i zmiażdżyła nogą jego głowę. Pod naciskiem rozjuszonego tłumu, właściciel cyrku zdecydował się na dokonanie publicznej egzekucji zwierzęcia, wieszając je na dźwigu. Po pierwszej próbie egzekucji ciężar ciała Mary zerwał łańcuch, a słonica połamała nogi. Cierpiąc olbrzymi ból została ponownie powieszona - tym razem "z sukcesem". Czy takie działanie człowieka również powinniśmy traktować jako "wyraz wielkiego zbliżenia gatunkowego zwierząt i człowieka"? Przyznam, że "szczerze wątpię!"

Marek S. Bochniarz

  • Maja Iwaszkiewicz, Świnia na sądzie ostatecznym
  • Wydawnictwo Poznańskie

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2021