Tytułowe "Mam tak samo" brzmi jak westchnienie ulgi kogoś, kto odnajduje się w drugim człowieku, ale też jak diagnoza naszej sformatowanej rzeczywistości. Czy Twoje obrazy mają być dla widza bezpiecznym lustrem, w którym się rozpoznaje, czy raczej ostrzeżeniem przed utratą indywidualności?
Tak, myślę, że dobrze to zinterpretowałaś. Takie stwierdzenie zazwyczaj pada w momencie, kiedy chcemy dać znać, że odczuwamy lub rozumiemy coś bardzo podobnie. Jest wtedy takim drobnym gestem bliskości. Z drugiej strony we współczesnym świecie często tracimy naszą indywidualność - nosimy te same ubrania, oglądamy podobne filmy, w naszych wyborach jesteśmy dość podobni i przewidywalni. "Mam tak samo" może więc oznaczać nie tylko wspólnotę doświadczenia, ale też pewien stopień ujednolicenia, który się nam niejako narzuca. Interesuje mnie zatem sytuacja niepewności, w której odbiorca najpierw rozpoznaje coś jako znajome, a potem zaczyna się zastanawiać, skąd właściwie bierze się ta znajomość. I czy wynika ona faktycznie z realnej wspólnoty doświadczenia, czy może już z działania pewnych kulturowych, społecznych albo wizualnych formatów, które przyswoiliśmy. Chciałabym, aby moje prace zainicjowały namysł nad samą strukturą tego rozpoznania i postawiły pytanie: czy to co wydaje się ,,nasze" naprawdę takie jest?
W tekście kuratorskim czytamy, że wzór to język tego, co wspólne. Gdzie dla Ciebie przebiega granica między wzorem, który nas łączy (kultura, język), a wzorem, który nas więzi - stając się schematem myślowym czy konwenansem?
No właśnie ta granica okazuje się bardzo trudna do zdefiniowania i to mnie ciekawi. Wzór można rozumieć jako warunek wspólnoty, staje się on formą społecznej rozpoznawalności. To, co wspólne, kształtuje się przecież poprzez pewne powtarzalne formy. Jednocześnie mogą one działać jako mechanizmy podporządkowania. W takim ujęciu wzór przestaje być neutralną strukturą wspólnoty, a staje się już narzędziem dyscyplinowania, wyznaczania normy, dość opresyjną sytuacją. Dlatego nie myślę o tej granicy w kategoriach prostego podziału, a bardziej interesuje mnie jego ambiwalencja. To samo, co nas tworzy lub organizuje, może nas zarazem ograniczać. Nie sposób też całkowicie uwolnić się od tych wzorów, norm lub schematów. Jesteśmy na nie w jakiś sposób skazani i uwikłani od samego początku. Ale wydaje mi się, że już samo zastanowienie nad tymi kwestiami, podejście bardziej krytyczne, jest szansą do nauki rozpoznawania - kiedy forma jeszcze organizuje sens, a kiedy staje się absurdem lub rodzajem totalitaryzmu.
Twoje obrazy powstają z repetycji gestów, ale dopuszczasz do głosu przypadek - rozlaną farbę, chlapnięcie. Czy ten "błąd" jest zaplanowany jako element konstrukcyjny, czy musisz o niego walczyć sama ze sobą w trakcie procesu tworzenia?
Staram się pracować w taki sposób, żeby zostawić dla niego miejsce. Konstrukcja obrazu, czyli wyznaczenie podziału kompozycyjnego, jest dla mnie bardzo ważna, bo to ona narzuca właśnie na wstępie pewną regułę, porządek jako formę ograniczającą. Ale właśnie w obrębie tego porządku najciekawsze staje się dla mnie to, co go przekracza lub pokonuje.
Przypadek i niedoskonałość bardzo mocno wiążą się jednak z samym medium malarskim. Także powtórzenie w procesie malarskim nigdy nie daje dokładnie tego samego wyniku. W trakcie pracy rzeczywiście muszę trochę walczyć sama ze sobą, ale chyba nie tyle o sam błąd, ale o to, żeby nie próbować przewidywać wszystkiego za mocno. Niestety mam w sobie potrzebę porządkowania, ale jednocześnie wiem, że kiedy obraz staje się zbyt kontrolowany, traci coś bardzo istotnego. Można powiedzieć, że nie planuję tych błędów wprost, ale próbuję stworzyć dla nich warunki. Dlatego ciekawsze są takie sytuacje, w których nie mam pełnej kontroli, np. pracuję fragmentami i maskuję część płótna, muszę zaufać swojej pamięci, intuicji.
Mówisz, że każda regularność nosi w sobie pęknięcia. Czy zdarzyło się Tobie kiedyś, że to właśnie takie przypadkowe odstępstwo od reguły, stało się ważniejsze niż cały misternie budowany układ obrazu? Czy błąd potrafi "ukraść show"?
Tak, to się zdarza, ale generalnie w procesie malarskim trzeba uczyć się akceptować te ,,błędy" albo nauczyć się przekształcać je w wartość i szukać w nich sensu. One uczą mnie też jak wychodzić z impasu, chociaż nie zawsze się to udaje. Z reguły są jednak cennym doświadczeniem, ważną informacją jaką zdobywam, jeśli nie w danym momencie, to na pewno przyszłości może ona stać się istotna lub kluczowa.
Wspominasz o formach biologicznych, które replikują się w nieprzerwany sposób. Czy Twój proces twórczy jest bliższy pracy inżyniera projektującego sieć, czy raczej ogrodnika, który akceptuje naturalne anomalie?
Moje obrazy często wynikają jedne z drugich, to taki swoisty proces ewolucji choć odbywający się w warunkach laboratoryjnych. Prace naturalnie tworzą swoje relacje, sieci, linie rozwoju, które czasami ustają, nie znajdują kontynuacji aż do momentu odpowiednich warunków lub okoliczności.
Myślę, że tę metaforę można odnieść do rozwoju sztuki w bardziej ogólnym wymiarze - jako rozwoju pewnych idei, form lub stylów odkrywanych na ,,nowo" lecz inaczej przedstawianych lub interpretowanych w zależności od aktualnego kontekstu historycznego. Np. moją sztukę często określa się mianem abstrakcji, chociaż ja byłabym bliższa sformułowaniu "postabstrakcji". Bo nie chodzi mi o abstrakcję jako jedynie "czystą formę", tak jak ujmowano ją w przeszłości. Często mówi się, że abstrakcja "unieważnia treść", że jest skupiona na samej formie. Ja myślę wręcz odwrotnie, forma może treść uruchamiać. Właśnie poprzez relacje, napięcia i różnice. Formę traktuję jako narzędzie poznawcze i jak pewien specyficzny kod. Według mnie już sama forma posiada potencjał komunikacyjny. Dlatego moje obrazy nie są ściśle abstrakcją, a jedynie przejmują, zawłaszczają lub po prostu przywołują język prostych form, jakimi zazwyczaj operuje klasyczna abstrakcja. Służą raczej jako pewien model myślenia o świecie i o relacjach, które możemy dostrzec w aktualnej rzeczywistości.
Układy na Twoich obrazach nie działają jak matryca, którą można bez końca odbijać. Czy malowanie kolejnych wersji podobnego motywu to dla Ciebie próba dojścia do "wzoru idealnego", czy raczej dowód na to, że taki ideał po prostu nie istnieje?
Ja bym spojrzała na to jeszcze z innej perspektywy. Nie myślę o malowaniu kolejnych wersji podobnego motywu jak o chęci znalezienia wzoru idealnego lub po prostu sposobu doskonalenia formy. Bardziej interesuje mnie samo powtarzanie jako rodzaj ,,zacięcia systemu". Coś zostaje uruchomione i wciąż wraca, ale nie prowadzi do jednego, ostatecznego rozwiązania. Dlatego wracanie do podobnych motywów traktuję bardziej jako sposób pozostawania przy jakimś problemie, jego nieustannej aktualizacji. To trochę jak komunikat ,,in progres". Pewnych rzeczy nie da się uchwycić za pomocą jednej pracy. Obraz nie jest tu gotową odpowiedzią, tylko miejscem, w którym coś dalej się przetwarza aby zbliżyć się do pewnej idei. Ona może się ujawnić dopiero poprzez relacje między elementami obrazu lub jednym obrazem a drugim, zostać dostrzeżona w szerszym kontekście.
W tekście do wystawy pojawia się mocne sformułowanie o powtarzalności jako "rodzaju estetycznej kompromitacji". Czy jako artystka, czujesz lęk przed tym, że kiedyś "powtórzysz samą siebie"? Gdzie kończy się własny język, a zaczyna niebezpieczny schemat?
Mam poczucie, że kategoria nowości w sztuce właściwie już nie istnieje. Moje ,,powtarzanie" jest też rodzajem diagnozy, w jakich warunkach dziś tworzymy jako artyści. Strategie polegające na zawłaszczeniu, kopii, remiksu są dziś równoprawnymi środkami wypowiedzi. Powtórka jest takim gestem czynionym z premedytacją, podniesieniem go do potęgi.
Tekst kuratorski wspomina, że obieg obrazów często wyprzedza namysł - żyjemy w czasach "scrollowania" rzeczywistości. Jak Twoje malarstwo, które wymaga czasu i uważności, rzuca wyzwanie tej natychmiastowej konsumpcji wizualnej? Czy Twoje obrazy stawiają opór szybkiemu spojrzeniu?
W tej kwestii mogę odpowiadać wyłącznie za siebie. Proces malarski wymusza z pewnością moje zaangażowanie i uwagę, uczy też uważnego obserwowania. W ten sposób staje się dla mnie takim remedium na powierzchowne odbieranie nie tylko samych obrazów, ale w ogóle rzeczywistości. Proces twórczy nie jest przecież tylko wyłącznie kwestią techniczną. Równie ważny jest aspekt konceptualny. Jest sposobem szukania i odkrywania znaczeń ukrytych w materii, badania różnych kontekstów i zależności, także przestrzenią różnych emocji. To, co jest dla mnie ważne, wcale nie musi być istotne dla kogoś innego, chociaż tworzona przeze mnie sztuka jest także materializacją cichej nadziei, że ktoś być może zauważy to samo, co ja, spojrzy w podobny sposób. Celem malowanych przeze mnie obrazów nie jest wymuszanie uwagi lub uzyskanie konkretnego rezultatu, raczej podzielenie się pewnym sposobem oglądu, wątpliwościami lub pytaniami, na które nie zawsze znam odpowiedź. O to, czy moje prace stawiają opór szybkiemu spojrzeniu i czy mają taki potencjał, trzeba zapytać odbiorców.
Rozmawiała Barbara Pilawska
- Wystawa Małgorzaty Szymankiewicz "Mam tak samo"
- wernisaż: 9.04, g. 18
- VZORY
- czynna do 30.04
© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2026