Kultura Poznań.pl

Sztuka

opublikowano:

Wzajemne porozumienie

- Moja fotografia dokumentalna jest sposobem na pozostawienie komentarza. Z pomocą serii Dzienników miejskich staram się stworzyć archiwum współczesnych miast - mówi Peter Bialobrzeski*, którego wystawa Cities zostanie otwarta w sobotę w Centrali.

. - grafika artykułu
Zdjęcie z cyklu "Kochi Diary", fot. Peter Bialobrzeski

"Bialobrzeski" brzmi polsko - czy masz polskie korzenie?

Tak, to polskie nazwisko, ale urodziłem się w Niemczech w latach 60. Mój dziadek odziedziczył farmę w Prusach Wschodnich, ale musiał ją opuścić, bo nie mógł znaleźć tam pracy. W 1937 roku wyjechał z rodziną z Olsztynka do Niemiec.

Większość z nas, nie będąc zawodowymi fotografami, gdy odwiedza nowe miasta, wykonuje pamiątkowe zdjęcia. Czym na tle tak powszechnej praktyki wyróżnia się twoje podejście?

Pracuję trochę jak antropolog-dokumentalista. Fotografuję ulice, skrzyżowania w bardzo tradycyjny sposób - tak, jak robiono to w XIX wieku, gdy ludzie podróżowali do różnych krajów i rejestrowali w dokumentalnej konwencji to, jak one wyglądają. Zaadaptowałem ten styl, ale używam bardzo współczesnej technologii, cyfrowego aparatu i ultralekkiego statywu. Fotografowie z XIX wieku mogli wykonać zapewne jedno zdjęcie dziennie. Ja mogę zrobić ich wiele, ale wciąż chcę korzystać z tego samego podejścia. Wyznaczam punkt widzenia i pracuję szybko. Gotowe zdjęcia sprawiają jednak wrażenie, jakby powstawały bardzo wolno - są bardzo wystudiowane, starannie wykadrowane.

Co charakteryzowało tamtych dawnych fotografów sprzed ponad stu lat? I co Ciebie od nich odróżnia?

Zależało im na stworzeniu dokumentalnego zapisu tego, jak miasta czy dane miejsca wyglądają. Byli przy tym zupełnie pozbawieni artystycznego podejścia. Ja robię to samo, ale korzystam z takiego podejścia już na etapie edycji prac. Bardzo istotna jest dla mnie złożoność obecna w obrazach. Nie fotografuję prostych rzeczy. Wiele z moich prac jest przy tym bardzo formalnych. Tak naprawdę nie mają one jednego tematu. Nie da się powiedzieć "to zdjęcie jest o tym...", a "tamto zdjęcie o czymś innym". Rozgrywa się na nich wiele rzeczy, na poziomie abstrakcyjnym są one związane z cywilizacją, tym, jak uporządkowane są miasta, pokazują ich drugie dno.

Dopiero co wydałem Osaka Diary. W tym mieście wszystkie linie elektryczne znajdują się nad ziemią i jest ku temu konkretny powód. Nie chodzi o to, że ludzie nie mogą ich zakopać. Raczej o to, że mają tyle trzęsień ziemi, że o wiele łatwiej jest im potem odbudować linie elektryczne, gdy te wiszą nad ziemią. Wiele takich ciekawostek, obecnych w kodach reprezentatywnych dla danego miasta, da się dostrzec na moich zdjęciach.

Czy Osaka wyróżnia się na tle innych miast Japonii?

Nie wiem, bo byłem tylko w Osace. Uchwyciłem tam po prostu to, w jaki sposób ludzie myślą o tym mieście. Jestem przecież osobą z zewnątrz, a przy tym pracuję bardzo szybko. Wcale przy tym nie twierdzę, że robię coś obiektywnego, nie mówię: "To jest Osaka". Przyznaję raczej: "Tak wyglądała Osaka, gdy fotografowałem ją przez jeden tydzień".

Czy lubisz pracować w tak szybkim tempie?

Zrobiłem wiele projektów, które zabrały mi po kilka lat - i taka praca też jest dla mnie interesująca. Przez ostatnie dwadzieścia lat zajmowałem się edukacją. W tym momencie najbardziej lubię cykl Dzienniki. Pozwolił mi on na tworzenie zwartych zbiorów prac w wąskich przedziałach czasu, wydawanie ich i przechodzenie do kolejnych przedsięwzięć.

W jaki sposób wybierasz, które miasta odwiedzisz, by je fotografować?

Obecnie przebieram w zaproszeniach, więc to raczej same miasta w większości przypadków mi się "przydarzają". Ktoś zaprasza mnie do poprowadzenia warsztatów albo wystawienia prac. I zostaję w takim miejscu na tydzień. Cykl rozpoczął się od Kairu, do którego pojechałem ze swoimi studentami. W czasie takich wyjazdów również wykonuję Dziennik.

Parę miast wybrałem też samodzielnie. Kilka lat temu wyjechałem do Jangon i Bangkoku. To dwa dzienniki, które dotąd nie zostały jeszcze opublikowane. Pogoda była wtedy straszna, a ja przechodziłem przez okropne zerwanie. Bardzo chciałem po prostu gdzieś wyjechać i zająć się robieniem zdjęć.

Co Cię tak bardzo pociąga w miastach Azji? Chodzi o inne krajobrazy i kultury?

Po prostu lubię tam być. A gdy coś robisz - nawet, jeśli chodzi o pracę - to powinno brać się to z pasji. Zawsze trzeba wybierać to, co się lubi. W innym przypadku postępowałoby się bardzo głupio. A ja nie chciałbym jechać w miejsca, których nie lubię.

Czyli impulsem do takich dalekich wyjazdów była po prostu turystyka?

Za pierwszym razem, w latach 80., wybrałem się do Azji w podróż. W tamtym okresie dużo pracowałem dla gazet. Wysyłano mnie w różne miejsca, a mi zależało na tym, aby stale powracać właśnie do Azji. Gdy wiedziałem, że dane pismo chce mieć materiał z tamtego rejonu, to zgłaszałem się do redakcji. Potem te wyjazdy kontynuowałem. Zostałem też zaproszony do Azji na kilka festiwali fotografii i artystyczne rezydencje. Można więc powiedzieć, że między mną a Azją ukształtowało się wzajemne porozumienie.

Jak wyglądała praca dla czasopism?

Dużo pracowałem dla niemieckiego wydania Geo. Wiele zleceń pochodziło też z pism podróżniczych, należących do grupy Geo. Cóż, fotografowałem widoki miast. To były znacznie lżejsze prace niż to, co robię we własnych projektach.

Co spowodowało, że zrezygnowałeś z takich zleceń - byłeś nimi znudzony, czy chciałeś robić więcej własnych, mocniejszych rzeczy?

Chodziło i o jedno, i o drugie. Po dziesięciu latach pracy dla pism poczułem, że zaczynam powielać pewien schemat. Poza tym powróciłem do robienia własnych projektów na boku. Fotografowałem Indie - i tak powstało xxxholy. Zrobiłem wtedy też Neontigers. Zajmowałem się tym równolegle do pracy dla magazynów. Potem zaproponowano mi etat profesora. Układ, w którym przez pewną część roku uczę i mam przy pozostawioną swobodę do pracy nad własnymi pracami, był dla mnie o wiele dogodniejszy. Zapewniało mi to też większe poczucie bezpieczeństwa finansowego.

Pociągało mnie to także z tego powodu, że moja praca fotograficzna nareszcie należała znów do mnie. Przez ostatnie dwadzieścia lat mogłem o niej rozmyślać i tworzyć bez troszczenia się o to, co inni ludzie i redaktorzy myślą o mojej twórczości.

A lubisz uczyć studentów? Co ci to daje?

Tak, lubię! To mieszanka różnych rzeczy. Oczywiście, w ten sposób poznaje się wielu nowych ludzi  i to pochodzących z różnych pokoleń. Bo robię to już na tyle długo, że ci, których teraz kształcę, dopiero co przyszli na świat, gdy zaczynałem zajmować się nauczaniem. A ludzie z moich pierwszych roczników są teraz już w wieku średnim i po pięćdziesiątce. Stali się moimi przyjaciółmi i kolegami. Muszę przyznać, że rozmowa o fotografii z innymi ludźmi jest bardzo miłym doświadczeniem.

Czy z tych wszystkich odbytych podróży utkwiło ci w pamięci miasto, które z jakiegoś powodu jest dla ciebie ważne?

Najważniejszym miastem stał się dla mnie Bangkok. W latach 80. często je odwiedzałem. Mogłem więc śledzić, jak bardzo się zmienia. Bangkok posiada specyficzną energię. Dla mnie symbolizuje on rozwój Azji. Szanghaj zresztą też. W Chinach panuje jednak inny ustrój i energia. A ja zawsze lubiłem tę energię, którą można znaleźć w Bangkoku - i która jest bardziej "przesycona wolnością", jeśli coś takiego w ogóle istnieje.

Rozmawiał Marek S. Bochniarz

*Peter Bialobrzeski - światowej sławy niemiecki fotograf dokumentalista, dwukrotny laureat World Press Photo Award (za 2003 i 2010 rok). Studiował politykę i socjologię, nim został zatrudniony jako fotograf w lokalnej gazecie w rodzinnym Wolfsburgu. Potem dużo podróżował po Azji, a po powrocie podjął studia z fotografii w Folkwangschule w Essen i na LCP w Londynie. W ciągu ostatnich siedemnastu lat wydał siedemnaście książek. Jego prace były wystawiane w Europie, USA, Azji, Afryce i Australii.

  • Peter Bialobrzeski, Cities
  • wernisaż: 26.09, g. 20 (obowiązują zapisy poprzez wydarzenie na FB)
  • wystawa czynna do 17.10, we wt. i pt. w g. 16-19, w sob. w g. 12-15
  • wykład towarzyszący: 8.10, g. 19.30, Mateusz Kiszka Miasto bohaterem w historii fotografii
  • finisaż i oprowadzanie po wystawie: 17.10, g. 19
  • wstęp wolny