Pamiętam Cię jako młodego człowieka z Poznania, który studiował tu na Akademii Muzycznej, który miał tu orkiestrę L'Autunno, współpracował z festiwalami Animator czy Transatlantyk i lokalną telewizją. Potem wyjechałeś i teraz wracasz z dużym doświadczeniem. Jak się z tym czujesz?
To była długa podróż w życiorysie każdego z nas, ale dla mnie to była długa podróż również geograficznie, która wiodła przez Wrocław, Łódź, Warszawę, ale też współprace ze zdecydowaną większością polskich teatrów operowych. Poprowadziłem paręset spektakli i kilkadziesiąt premier. Wracam bogatszy o te wszystkie doświadczenia, ale chyba mam prawo powiedzieć, że czuję się, jakbym wracał do domu. Nigdy wcześniej nie pracowałem w Teatrze Wielkim w Poznaniu. To jest o tyle wyjątkowa sytuacja, że jako widz dosłownie od dziecka oklaskiwałem, kibicowałem, cieszyłem się sukcesami artystów tej wyjątkowej sceny. Teraz z dumą będę mógł wspierać ich w tym, co zaprezentujemy publiczności.
Ponoć gdy byłeś dzieckiem, napisałeś list do Sławomira Pietrasa, ówczesnego dyrektora Teatru Wielkiego...
Miałem jakieś 11-12 lat, kiedy napisałem list z prośbą, żeby bilety na trzeci balkon, szósty rząd, były za złotówkę. Ku mojemu zaskoczeniu dyrektor Pietras odpowiedział dziecku i wprowadził bilety w tej cenie. W efekcie każdego wieczoru byłem na tak zwanej jaskółce. Gdy pod koniec minionego sezonu przyszedłem na spektakl "Aidy", kupiłem bilet na trzeci balkon, szósty rząd, za kilkadziesiąt złotych. Usiadłem w tak dobrze znanych mi fotelach i zobaczyłem piękny spektakl. Nie sposób myśleć o tym bez wzruszenia. A dopełnia się to tym, że drugiego dnia mojej pracy na stanowisku dyrektora znów obniżyłem cenę biletów w szóstym rzędzie na trzecim balkonie do symbolicznej złotówki, jednocześnie podnosząc ceny biletów w loży dyrektorskiej.
Ciekawa decyzja...
To jest wyrazem mojego sposobu myślenia o tym, czym jest opera. Z jednej strony powinna być dostępna, otwarta i zapraszająca, a z drugiej może być najzdrowszym przejawem snobizmu. Opera może pokazać nam świat, którego nie znajdziemy nigdzie indziej. Wejście do najpiękniejszego budynku w mieście pozwala nam znaleźć się w trochę innym świecie. Równie dobrze opera może oddziaływać jednak jako część codziennego życia. Wiesz, czego brakowało mi na tej jaskółce w zeszłym sezonie? Szkolnego plecaka. Miałem odruch, by odebrać go z szatni. Tak myślę o operze.
To wiele mówi o idei, przejdźmy jednak do planów.
Kluczowym wyzwaniem przede mną jest teraz zbalansowanie repertuaru i naszej artystycznej propozycji między tym, co tradycyjne, wystawne, kanoniczne, a tym, co nowoczesne, poszukujące i otwierające. Tradycją Teatru Wielkiego w Poznaniu jest awangarda, więc o tym też musimy pamiętać. Chcę wsłuchać się w potrzeby zarówno publiczności, jak i zespołów artystycznych, za których ambicje przecież mam przywilej odpowiadać od kilkudziesięciu dni. Za wcześnie, żebym podawał jakiekolwiek tytuły i nazwiska dyrektora artystycznego, dyrektora muzycznego oraz dyrektora baletu. Ale te informacje już wkrótce przekażę.
Planujesz rewolucyjne zmiany?
Jestem tradycjonalistą, dlatego otoczę się współpracownikami dużo bardziej awangardowymi ode mnie, żebyśmy mogli wspólnie twórczo działać. Teatr operowy żyje cieniami swoich poprzedników. Pierwszego dnia mojej pracy tutaj poprosiłem, by odnaleziono biurko, przy którym siedział Walerian Bierdiajew (dyr. Teatru Wielkiego w latach 1949-1954 - przyp. red.), bym mógł przy nim pracować. Poszukiwania trwają, ale jest to pewien gest symboliczny. Przecież Bierdiajew, Satanowski, Latoszewski, Dondajewski... że wymienię tylko dyrygentów, którzy byli dyrektorami Teatru Wielkiego (co też jest pewną poznańską tradycją), wszyscy myśleli w sposób na wskroś nowoczesny, awangardowy, rozsadzający zastany porządek. W sztuce zawsze potrzebna jest rewolucja, bo jeżeli jej nie ma, to znaczy, że przestajemy się rozwijać. Organizacyjnie ewolucja, artystycznie rewolucja, powtarzam to wszędzie i do znudzenia, ale dokładnie tak to widzę.
Jakie więc nowości nas czekają?
Premiery to nasze teatralne wielkie święto. Ale wieczór premierowy mamy kilka razy w roku. Wyznacznikiem naszego poziomu jest teatralna codzienność, repertuarowy spektakl. To tutaj w szczególny sposób możemy się wykazać i o tę jakość chciałbym zadbać. To po pierwsze. Po drugie - festiwale. Wrócą Poznańskie Dni Verdiego, zmienimy nieco formułę Festiwalu Moniuszki i Przedwiośnia Baletowego. Stworzymy Festiwal Leopolda Damroscha, który w czas letniej kanikuły pozwoli nam na szukanie innych, może trochę lżejszych spojrzeń na operę. Zaprosimy też do współpracy teatry, których architektem jest Max Littmann. Tych teatrów operowych w całej Europie trochę jest i chcielibyśmy zrobić Festiwal Maxa Littmanna, żeby znaleźć szczególny rodzaj współpracy i międzynarodowych koprodukcji, żebyśmy powymieniali się wspólnie spektaklami...
Rozumiem, że konstrukcje budynków i scen są zbliżone, więc przenoszenie spektakli między nimi nie byłoby tak wymagające...
Dokładnie. Diabeł zawsze tkwi w szczegółach, ale mamy szansę na szczególną przyjaźń. Kolejną sprawą jest fakt, że Teatr Wielki w Poznaniu jest domem zarówno opery, jak i baletu. Royal Opera House w Londynie nazywa się teraz Royal Ballet and Opera. My nie zmienimy nazwy, ale zwiększenie możliwości zespołowi baletowemu, żeby mógł nas olśniewać, jest jednym z moich priorytetowych zadań. Myślę też o różnego rodzaju współdziałaniach rozumianych nie jako wymiana logotypów. Opera jest całym moim życiem, jednak dla wielu Poznaniaków to przez większość dnia piękny, lecz zamknięty gmach. Chcę metaforyczne, ale i fizyczne otworzyć drzwi do teatru. Tak żebyśmy stali się tętniącym życiem miejscem zarówno dla sztuk wizualnych, jak i innych dziedzin sztuki. Chcemy być centrum dyskusji, wzruszenia, ale i edukacji.
Edukacji dla dzieci?
Edukacja najmłodszych jest ważna, na nią zawsze kładzie się niezwykle duży nacisk, ale przecież potrzebna jest również rozmowa o operze ze średnim pokoleniem i z seniorami. Jeżeli spojrzymy na operę jak na język obcy, to naszym obowiązkiem jest dać zainteresowanym poezją powstałą w tym języku słowniki i materiały potrzebne do tego, żeby zrozumieć jego gramatykę, logikę i idiomy. Średnie pokolenie wychowane w Poznaniu na festiwalu Malta to znakomita publiczność i partner do rozmowy o operze prowadzonej we współczesny sposób. Utarło się, że opera onieśmiela nas swoją potęgą, że mówimy o niej albo na kolanach, albo wcale. Dyskutujmy. Są w operze rzeczy, które mają prawo nam się podobać i nie podobać, to bardzo żywa sztuka. Wobec najstarszej publiczności czujemy się zobowiązani dokonaniami naszych poprzedników. Chcemy je podsumować, rozpoczynając książkową serię wydawniczą "Biblioteka Pegaza", wznawiając działalność kwartalnika "Operomania" w formule online i drukowanej. A wracając do specyfiki Poznania i festiwalu Malta - mamy tu publiczność nauczoną tego, jaką przyjemnością i czym może być spektakl plenerowy. Chciałbym tworzyć tu plenerowe operowe superwidowiska. Nie obiecuję, że co roku, bo wymagają one odpowiedniego budżetowania, ale takie propozycje rozumiem jako święto tego, czym może być opera, jak bardzo może nas jednoczyć we wspólnym wzruszeniu. Otwarcie drzwi teatru to również realna współpraca z całym muzycznym Poznaniem. Bardzo się cieszę, że chór Teatru Wielkiego już za chwilę, po latach, stanie wspólnie na jednej estradzie z poznańskimi filharmonikami. Nie mogę też doczekać się momentu, w którym wszystkie zespoły naszego teatru w formie fonograficznej oddadzą hołd swojemu patronowi, inicjując serię wydań płytowych.
Jesteś artystą, dyrygentem. Jak to przełoży się na Twoją dyrektorską działalność?
Przyszedłem tutaj, by być dyrektorem Teatru Wielkiego w Poznaniu, a nie jego pierwszym dyrygentem czy dyrektorem muzycznym. Zamierzam skorzystać z całego zasobu mojej dyrygenckiej wiedzy, doświadczeń i umiejętności, po to by właśnie na stanowisku dyrektora robić to, co z definicji robi dyrygent. Dlaczego tak wyjątkowe sukcesy mieli w historii poznańskiej opery dyrektorzy-dyrygenci? Bo dyrygenci zawodowo zajmują się łączeniem. Dyrygent, jak nikt inny, przygotowując spektakl, pracuje zarówno z solistami, orkiestrą, chórem, baletem, reżyserami, scenografami, z działem promocji i działem technicznym. Rozmawia z dyrektorami instytucji i z gośćmi. Dyrygowanie operą skupia w sobie zagadnienia, które mam przed sobą, także przy dyrektorskim biurku.
Wszystko, co mówisz brzmi świetnie, ale... powiedzmy to szczerze, to nie jest łatwa instytucja. Kierowanie nią to wyzwanie.
Nie! To jest przywilej. Pracowałem w teatrach operowych podobnej wielkości. Mam więc odwagę, żeby proponować to, o czym mówię. Wiem, z czym się to wiąże. Mówimy o ogromnym okręcie. Różne procesy trwają tu dużo dłużej niż w przypadku innych instytucji kultury, ale po konkursie dostałem mandat zaufania na pięć lat. To jest czas, w którym możemy marzyć o naprawdę wyjątkowych rzeczach. Teatr operowy to wiele wyzwań, czasem wykluczających się ambicji i marzeń, które w jakiś cudowny sposób trzeba pogodzić, ale wiem, że to możliwe.
Rozmawiała Agnieszka Nawrocka
© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2026