Wsłuchując się w twórczość Michelle Gurevich łatwo poczuć, że to muzyka, która najlepiej brzmi nocą. Jej utwory rozwijają się powoli, niemal hipnotycznie. Gitara pojawia się w formie oszczędnych, ciemnych riffów, klawisze wprowadzają filmową przestrzeń, a rytm pozostaje spokojny i niemal ceremonialny. W centrum zawsze pozostaje głos - niski, dymny, prowadzony z charakterystyczną powściągliwością. Właśnie ta powściągliwość nadaje jej interpretacjom szczególną intensywność. Słuchając "It Was the Moment", będącego połączeniem artystycznego popu z mrocznym kabaretem, można odnieść wrażenie, że Gurevich buduje własną wersję muzycznego noir. W otwierającym utworze "Carried Away" pojawia się piękny, ciemny, rockowy motyw na tle słów "My love takes a certain kind of lostness" ("Moja miłość niesie w sobie pewien rodzaj zagubienia." - tłum. red.), przez co całość brzmi jak osobisty, nigdy niewysłany list.
"Tragedy for Sale" wprowadza ironię - rzut oka na dramat poczyniony z dystansem, jakby rozgrywał się na teatralnej scenie. Jednak, podobnie jak na poprzednich albumach - z których warto wyróżnić choćby "Exciting Times" (2018) czy "Ecstasy in the Shadow of Ecstasy" (2020) - Gurevich bardzo dobrze wie, że przesadna powaga łatwo zamienia się w melodramat. Dlatego pozwala sobie jedynie na subtelny błysk sardonicznego humoru, który sprawia, że nawet najbardziej dramatyczne fragmenty pozostają eleganckie i wyważone. Innym momentem albumu, który zwraca uwagę, jest symboliczne "Kosovo", wprowadzające napięcie niemal kinematyczne, a w kontekście reszty albumu działające jak nagłe rozchylenie drzwi - krótki moment chaosu w świecie zbudowanym z powolnych, melancholijnych gestów. "It Was the Moment" funkcjonuje jako album o skrajnych emocjach. Jest namiętność, szaleństwo, poczucie utraty i świadomość końca. Gurevich opowiada o tych stanach z ogromnym wdziękiem, za pomocą muzycznych scen z czarno-białego filmu - światła ulicznych lamp na skąpanej w mroku ulicy na tle powolnego tańca dwóch postaci, które wiedzą, że historia zaraz się skończy.
Charakter muzyki Michelle Gurevich wynika po części z jej biografii. Artystka urodziła się w 1980 roku w Toronto w rodzinie rosyjsko-żydowskich emigrantów. W domu mówiło się po rosyjsku, a wspomnienia radzieckiej kultury pozostawały żywe. Ojciec pracował jako inżynier w leningradzkiej rzeczywistości późnego Związku Radzieckiego, matka tańczyła w balecie Kirowa. Ten świat powracał później w wielu piosenkach Gurevich - między innymi w utworze "Russian Ballerina" z płyty "Party Girl" (2021), który stanowi subtelny portret rodzinnej historii. Zanim jednak pojawiła się muzyka, artystka przez wiele lat pracowała w branży filmowej jako montażystka. Praca przy filmie pozostawiła trwały ślad w jej sposobie myślenia o kompozycji.
Sama muzyka pojawiła się w jej życiu stosunkowo późno. Pierwsze nagrania powstawały w sypialni przy użyciu prostych narzędzi i domowego studia. Właśnie wtedy zadebiutowała jako Chinawoman. Co ciekawe, alias ten powstał zupełnie spontanicznie, kiedy program, na którym tworzyła swoje utwory, poprosił ją o wpisanie nazwy zespołu. W 2016 roku Gurevich zdecydowała się porzucić pseudonim i rozpocząć kolejny rozdział kariery już pod własnym nazwiskiem, jednocześnie pogłębiając charakterystyczną estetykę artystki - z jednej strony bliskiej słuchaczom wychowanym na melancholii wschodnioeuropejskiej kultury, z drugiej - środowiska berlińskiej sceny queer, które odnajdują w jej piosenkach dramat, ironię i estetykę mrocznej elegancji. Współczesna alternatywa rzadko przynosi tak okazale i konsekwentnie zbudowane światy muzyczne. Warto w niego wniknąć, choćby i na jeden wieczór.
Sebastian Gabryel
- Michelle Gurevich
- 17.03, g. 20
- Tama
- bilety: 129 zł
© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2026