Kultura Poznań.pl

Teatr

opublikowano:

W imię godności kobiet

Nana to zaskakująco neofeministyczne przedstawienie, w którym pod pretekstem sprawy kobiet kobiety-aktorki są na scenie poniżane. Nie da się tego również w żadnym razie traktować jako nieudaną adaptację powieści Émile'a Zoli, bo reżyserka Monika Pęcikiewicz stosunek do pierwowzoru ma tyleż swobodny, co instrumentalno-krotochwilny. Efekt? Ponad trzy godziny pseudopornograficznych mąk dla zażenowanego widza.

. - grafika artykułu
fot. Marek Zakrzewski

Pójść na Nanę do Teatru Polskiego to jak trafić w burdelu na starą, zmęczoną swoim zawodem kurwę. Z premedytacją używam tak wulgarnego języka, gdyż odpowiedzialna za adaptację i dramaturgię Wiktoria Czeladka uznała, iż uwspółcześnienie Nany powinno się odbyć poprzez jej językowe splugawienie, wybrukowanie tekstu trywialnymi, acz paskudnie brzmiącymi w teatrze przekleństwami. Słyszymy choćby o Nanie tak uroczą uwagę jak "wszyscy ocipieli na jej punkcie". "Kurwy" i inne lotne wyrazy fruną w gmachu teatru na tym nędznym i żałosnym spektaklu niczym głupawy Ikar, opalający sobie fałszywe skrzydła w ogniu bezlitosnej prawdy. Ta prawda jest dla twórczyń Nany dość przykra, bo roszczą sobie one pretensje do chyba bardzo ciasno i (paradoksalnie) wstecznie pojętej nowoczesności, z całym klasizmem uprzywilejowanej kasty z pogardą spoglądającej na resztę ludzi.

Teatr/burdel

Otwarcie spektaklu jest doprawdy odstręczające, a jego ohyda dociera do nas z całą mocą w finale, gdy uświadamiamy sobie absolutnie niesprawiedliwą, a przy tym skrajnie seksistowską nierówność w traktowaniu aktorek i aktorów przez reżyserkę. Oto Sasza każe się rozbierać Satin - co ta zawstydzona robi, i to dokumentnie, bo słyszy zdecydowaną komendę "majtki też!". Gdy patrzyłem na aktorkę Monikę Roszko uznałem - co tym bardziej dostrzegam z perspektywy całego przedstawienia - że przydzielono jej to zadanie, jako że wygląda bardzo młodo, a przy tym jest szczupła i piękna. Traktuje się ją więc przedmiotowo, jak ładną lalkę. Gdy z zakłopotaniem obserwowałem, jak aktorka zakrywa rękami piersi i wzgórek łonowy, zastanawiałem się, ile w tym gry, a ile realnego zakłopotania.

Sasza owija potem ciało Satin bezbarwną folią, żeby "była bezpieczna". W jednej z kolejnych scen w teatrze/burdelu (kierownik teatru każe go nazywać burdelem, co jest chyba brzydką i dziwną, bo zupełnie niezamierzoną autokrytyką) widzimy, jak wszyscy męscy aktorzy kolejno przekazują sobie Satin z rąk do rąk. Wykonują z jej "ciałem lalki" rytmiczne podrygi symbolizujące ruchy kopulacyjne. Następnie aktorka nieruchomo zesztywniała i na czworakach patrzy pusto na wprost - a mi, wstrząśniętemu i absolutnie, ale to zupełnie pragnącemu z teatru natychmiast uciec, zbiera się na mdłości.

Męscy aktorzy są przy tym cały czas ubrani (nie licząc odsłoniętego tu i tam torsu). Nawet gdy Saszy zdarza się ściągać spodnie, nie zsuwa przy tym gaci. I choć nie pragnę oglądać penisów w teatrze, to ich brak przy pełnym bądź częściowym negliżu aktorek wydaje mi się uwstecznionym "skandalem" na miarę Olimpii Édouarda Maneta. Kobiety muszą się w Teatrze Polskim rozbierać. Uprzywilejowanym mężczyznom ten obowiązek jest darowany w imię "tradycji".

"Na motywach literackich"

Nana w pękniętej kreacji szarżującej na scenie Kornelii Trawkowskiej (fenomenalnej aktorki źle obsadzonej i fatalnie poprowadzonej przez reżyserkę) jest po staromodnemu sportretowana jako kobieta upadła. W pierwszej chwili bytności na deskach obserwujemy ją jako świętą dziwkę w koronie wyglądającej z katolicka, trochę przypominającej promienie monstrancji. Potem poznajemy ją w różnych, jeszcze dziwniejszych odsłonach. A to wdzięczy się, przytakując świńskim facetom -  że tak, owszem, ona lubi seks i chce go uprawiać cały czas. A to używa coraz to brzydszego słownika, bo w tym spektaklu musi krzyczeć, przeklinać, być wulgarna.

Odstręczające kostiumy Pauli Grocholskiej, w których aktorka wygląda doprawdy przykro (najgorzej jest chyba wtedy, gdy reflektor oświetla punktowo jej lśniące majtki), jeszcze podbijają szpetotę tak naiwnego i uprzedmiotawiającego myślenia. Ze sceny na scenę Nana w interpretacji Pęcikiewicz odsłania przed nami kolejne pokłady prostoty myśli i prymitywności swej niskiej bądź żadnej kultury osobistej. Reżyserka - uwspółcześniając dekoracje i konteksty pierwowzoru, a wreszcie rzucając w kąt elementy jego fabuły na rzecz nieuzasadnionych udziwnień i dramaturgicznego chaosu - zdaje się sądzić, że pracownice seksualne są osobami prostackimi. Takie podejście lśni klasistowską pogardą, wypływającą w równym stopniu z ignorancji, co patriarchatu, w którym twórcy Nany dziwnie dobrze się odnajdują.

Czy Nana u Zoli była faktycznie tak prostacka, jak została odmalowana w spektaklu wyprodukowanym przez Teatr Polski? Raczej nie. Pisarz nie poddawał bynajmniej ocenie prostytutek, lecz opisywał zdegenerowanie mieszczańskich i arystokratycznych sfer Paryża, a swoje dzieło określił mianem - by nie było niedomówień - "poematu samczych pożądań". Powinniśmy być może uznać, że nie jest to żadna adaptacja Nany, lecz spektakl, dajmy na to, "samodzielny". Jego autorki oparły rzecz "na motywach literackich" potraktowanych tu bardzo swobodnie. Nie krępuję się zatem w zdecydowanej, ostrej ocenie ich meandrycznego, pełnego hipokryzji i cynizmu podejścia.

Warto też pamiętać o szacunku względem widza, o którym się czasem w teatrze zapomina. Nie tak dawno Teatr Polski zaproponował bardzo ekscentryczną i nowoczesną wariację Hamleta w mistrzowskiej reżyserii Mai Kleczewskiej. Daleko idące zabiegi adaptacyjne i uwspółcześnienie języka były o tyle uzasadnione, że dramat Szekspra zna doskonale każdy. Czy jednak dziś czyta się w ramach obowiązkowej edukacji Nanę Zoli? I czy "rozbabranie" tej literatury ma jakikolwiek sens, skoro jest to tak trudna książka? A może służy ona wyłącznie jako zasłona dymna dla wybryków artystek, będących podświadomie strażniczkami patriarchalnego porządku?

Pod płaszczykiem feminizmu

Myślenie kategoriami "dziwek" wydaje mi się dziś bardzo staromodne. Wielkie wrażenie zrobił na mnie dwa lata temu intymny portret sexworkerki Finley Blake w dokumencie Flesh Memory Jacky Goldberg i od tego czasu uproszczenia w podejmowaniu tego tematu rażą mnie podwójnie. Również i w Polsce odbyła się przecież debata publiczna o pozycji pracownic i pracowników seksualnych. W tym kontekście bardzo dziwi mnie poznańska produkcja Nany, w której bezceremonialnie mówi się o "starych kurwach", a reżyserka korzysta z utartych klisz wyobrażeniowych, głęboko i obrzydliwie uprzedmiotowiając występujące w spektaklu aktorki. Z tego grona najlepiej obroniła się chyba Ewa Szumska, budując wielopłaszczyznową kreację żony i kobiety, chyba na przekór autorkom przedstawienia. Gorzej miała zdecydowanie Trawkowska, której napisano rolę bardzo kuriozalną, pełną schematów i sprzeczności. O tym, co zrobiono choćby Teresie Kwiatkowskiej, trudno jest mi w ogóle pisać.

Nie jestem przy tym z gruntu przeciwny mowie rynsztokowej, jakże współczesnej dla nas, a czasem wręcz i bliskiej. Doceniłem jej wartość w Hamlecie Kleczewskiej, ale nie widzę sensu jej użycia w przypadku Nany. Dostrzegam raczej okropną słabość jej twórczyń w tym, że sięgają po negliż, po wulgaryzmy, po proste i agresywne środki. Półtony są im jakby zupełnie obce. Obcy jest im też chyba szacunek do aktorki/aktora i unikanie sytuacji, w których wykonawcy teatralnych ról czuliby się niekomfortowo. A czym jest neofeminizm? To anglosaski termin opisujący neoliberalne strategie sprzedawania produktów kulturalnych pod płaszczykiem przypisywanego im feminizmu, co nie przekłada się jednak na obecne w nich treści. Przykłady? Nowe odsłony Gwiezdnych Wojen i ich rozszerzonego uniwersum (Łotr 1), w których kobiety będące głównymi bohaterkami dostają znacznie mniej partii dialogowych od mężczyzn. Kolejnym, niechlubnym egzemplum okazała się Nana Pęcikiewicz i Czeladki.

Marek S. Bochniarz

  • Nana
  • Teatr Polski
  • premiera: 18.09
  • kolejny spektakl: 20.09

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2020