Komunikaty

pagina

Aktualności

Pominąłeś menu

menu

Teatr jak wschód słońca

Nieuzasadniona krytyka, presja społeczna, niechciane rady i wartościowanie wyborów. Z drugiej strony - przecież karminy, przewijamy, myjemy i kładziemy do snu swoje maluszki - choć każdy i każda na własny sposób. Robimy wszystko, by było im dobrze. I na podstawie tych właśnie (powtarzalnych, nużących, ale niezwykle potrzebnych i ważnych czynności) Hanna Bylka-Kanecka stworzyła choreografię... bliskości. Bazę tej bliskości - podobnie jak nazywanego tak modelu rodzicielstwa - stanowi budowanie silnej i bezpiecznej więzi z dzieckiem/widzem poprzez bezwarunkową miłość, zrozumienie potrzeb i emocji.

. - grafika artykułu
fot. Andrzej Grabowski

Tej pracy nie da się w żaden sposób przeliczyć. Wstawiania o świcie, kiedy pozostali domownicy śpią, czasem "tylko" po kilku, a czasem kilkunastu nocnych pobudkach. Przewijania, karmienia na zawołanie (piersią, butelką, mlekiem własnym albo modyfikowanym) mycia, masowania, usypiania, kołysania, spacerowania - pchania wózka (jeśli Twoje dziecko lubi taki środek lokomocji) lub noszenia go w chuście albo nosidle czy na rękach. Wszystko to robimy jak zaprogramowane maszyny, zależnie od stopnia zmęczenia. I nie zastanawiamy się nad poszczególnymi sekwencjami ruchów. Czasem pojawia się jakiś "error", ale od czego są specjaliści. Nie ukrywam, że sama korzystałam z ich wiedzy, bo czasem intuicja to za mało.

Na scenie Polskiego Teatru Tańca (widzowie i widzki siedzieli w okręgu) pojawiły się trzy pokolenia tancerzy. Obok dwóch par z PTT: Katarzyny Rzetelskiej i Pawła Malickiego, którzy byli jeszcze częścią zespołu Ewy Wycichowskiej, oraz młodszych od nich Sławomira Juszczaka i Hyeryun Ra w obsadzie jest jeszcze para nieprofesjonalnych tancerzy-seniorów: Alicja Lisiak-Osińska i Waldemar Sobkowiak, których wkład w spektakl - bo to w końcu projekt międzypokoleniowy, jest nieoceniony. Szalone zaangażowanie, wyczuwalna lekkość i swoboda w kontakcie z małym widzem cechowała pierwszą z wymienionych par. Wielkie brawa dla Was. Druga - odniosłam wrażenie, że bardziej badała jeszcze tę przestrzeń. Odwaga seniorów i sprawność wydaje się natomiast krzepiąca i motywująca.

Interakcje, do jakich doszło w czasie spektaklu oraz naturalna otwartość na ruch, ale też to, co nowe, sprawiła, że choreografia Bylki-Kaneckiej zaistniała na scenie w uścisku z tą stworzoną/wygenerowaną przez najmłodszą (docelową) część publiczności. Przez widzki i widzów, dzięki którym (a nie przez których!) tancerze musieli mieć oczu wokół głowy. Bo tych najmniejszych hamowały wyłącznie ich własne chęci - o ile nie walczyli z sobą w porze drzemki, oczywiście. Żaden z rodziców nie uciszał swojego maluszka, więc spontaniczne rechoty czy okrzyki zdziwienia nie raz zagłuszały muzykę (jej autorką jest Marta Śniady). Dzieciaki niczym nie ograniczone (widziałam przynajmniej kilka technik przemieszczania się) penetrowały scenę.

Najnaje w mig pojęły, co się dzieje - o ile teatr dla większości był z pewnością nowym miejscem, o tyle pojawiający się na scenie aktorzy (mieli świetne, lekkie, nie krępujące oczywiście ruchów kostiumy w kolorze wschodzącego słońca - przygotowała je Angelina Janas-Jankowska) wykonywali ruchy dobrze im znane. Próbowałam odgadnąć wszystkie, ale przyznaję, że mali widzowie skutecznie rozpraszali uwagę. Z kanonu opiekuńczych/rodzicielskich ruchów choreografka zdecydowała się m.in. na zmienianie pieluszki, kąpiel, przygotowywanie mleka w butelce (w muzyce rozpoznawalny dźwięk potrząsania napojem) czy... motanie chusty. Przyznaję, że wiedząc, że taki układ się pojawi, cały czas go wyczekiwałam. I nie zawiodłam się. Motanie - jak rytuał w kręgu, pokazany był na finał "wyprawki". Każdy "chustorodzic" wiedział, że to się dzieje. Choć chusty nie były potrzebne, symbolicznie pojawiły się na scenie (po jednej ogromnej na parę) i jak promienie ciepłego słońca (w takim kolorze też były) przemieszczały po niej. Elementami scenografii (ich autorką jest Antonina Chmielewska-Merynda ) były również tycie, mniejsze, większe i całkiem spore woreczki, wypełnione czy to ziarnem (różnej wielkości) czy też czymś miękkim. Niektóre z nich można było złapać np. za drewniane ucho, innymi zagrzechotać, wszystkie wędrowały z rączek do rączek. Nad sceną z kolei wysiały trzy karuzele przypominające te znad niemowlęcych łóżeczek.

Bylka-Kanceka przepisała te wszystkie codzienne, wciąż bagatelizowane, choć niezwykle istotne ruchy. Postawiła na nie wyraźny akcent. Z ich powtarzalności, precyzji i subtelności uczyniła język, jakim posługiwali się tancerze (prywatnie przecież rodzice czy dziadkowie). Oczywiście nie było to skopiowanie czynności w skali 1:1. Były to gesty rozpoznawalne, z elementami wariacji na ich temat. Pięknie było obserwować próby nawiązania kontaktu z widzami i troskę o ich komfort. Podobnie jak dziecięce zabiegi o ich uwagę, zachętę do wspólnej zabawy (jeden widz próbował nawet połaskotać tancerza w stopę). To było tym piękniejsze doświadczenie, że na scenie, tak jak wciąż w wielu domach, w opiekę włączane są inne pokolenia, przede wszystkim dziadków, którzy właśnie nauczyli nas (jeśli nawet robili do podprogowo) troski o własne dzieci.

"Wyprawka" jest jak szum morza, które zaprasza nas do doświadczania dnia, kiedy widzimy wschodzące nad nim słońce. I choć w warstwie dźwiękowej dosłownie się nie on nie pojawia, to z głośników płynie miękka, rytmiczna, przecięta śmiechem, kląskaniem, cmokaniem czy parskaniem muzyka. Taka z nurtu "dziadki dziatkom", budująca międzypokoleniową więź. Muzyka - podobnie jak ruch (i dotyk) jest formą komunikacji, która daje poczucie bezpieczeństwa...

Monika Nawrocka-Leśnik

  • "Wyprawka"
  • reż. Hanka Bylka-Kanecka
  • Polski Teatr Tańca
  • recenzja z 17.07

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2026