Od 19 stycznia w Muzeum Archidiecezjalnym możemy obejrzeć wystawę "Kisling. W sercu Montparnasse'u". To nie pierwszy raz, kiedy Galeria Sztuki Współczesnej Akademii Lubrańskiego wystawia płótna Mojżesza Kislinga. W 2023 roku w galerii zaprezentowano prace polsko-żydowskich malarzy zaliczanych do Szkoły Paryskiej, m.in. Leopolda Gottlieba, Meli Muter, Alicji Halickiej, Szymona Mondszajna, Henryka Haydena, Romana Kramsztyka czy Eugeniusza Zaka. Terminem "École de Paris" określa się środowisko artystów, którzy na początku XX wieku wyjechali do stolicy Francji po to, aby zacząć swoje życie na nowo. W poszukiwaniu zarobku, sławy i wolności twórczej zasiedlali niespecjalnie prestiżowe dzielnice Paryża. Łączyły ich śmiałe pragnienia oraz cudzoziemskie pochodzenie, ale w sztuce każdy z nich posługiwał się nieco innymi środkami wyrazu. Poprzednia wystawa w Akademii Lubrańskiego pozwalała zatem docenić rozmaitość dzieł autorów znanych i mniej popularnych. Obecna eksponuje dzieło tego, na którego był skierowany wzrok wszystkich. Nie bez przyczyny przecież okrzyknięto go "księciem Montparnasse'u".
Historia życia Mojżesza Kislinga to jedna z tych, które wyjątkowo lubimy, bo pokazują, że z zera można (zawsze?) przeobrazić się w bohatera. To prawda, że Kisling urodził się w ubogiej rodzinie żydowskiej, w której nikt nie mówił o sztuce. Po latach wspominał, że jako mały chłopiec zachwycił się widokiem stojącego za sztalugą mężczyzny, który na brzegu rzeki malował widok ze starym zamkiem. Jego ulubioną dziecięcą zabawą było jednak struganie i ciosanie figurek z drewna lub kamienia. Nie został rzeźbiarzem, bo na studia o tym profilu w krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych brakło dla niego miejsca. Wybrał malarstwo i trafił pod skrzydła Józefa Pankiewicza - profesora wolnomyślicielskiego, nowoczesnego, a przez to uwielbianego przez studentów. Zawdzięczał mu naprawdę wiele, ale przede wszystkim samą inspirację i realną pomoc, jakiej udzielił dwudziestoletniemu Kislingowi w wyjeździe do Paryża. "Marnuje pan czas - mówił mu profesor. - Proszę wyjechać do Francji. Wszystko, co powstaje gdzie indziej, jest zaprzeczeniem sztuki. Trzeba udać się do krainy Cézanne'a i Renoira".
Młodzieniec założył pracownię przy rue Joseph Bara 3, którą dzielił z Amedeo Modiglianim. Tam i w kolejnych atelier Kislinga bywali chyba wszyscy, którzy coś znaczyli w ówczesnym świecie artystycznym. Jean Cocteau, Pablo Picasso, André Salmon, Max Jacob, Marc Chagall, Tsuguharu Foujita, Chaïm Soutine, Guillaume Apollinaire, Ernest Hemingway, Henry Miller i... Charlie Chaplin. Musiał mieć w sobie coś magnetycznego, skoro przyciągał osobowością tak wiele osób. Niezaprzeczalnie miał także talent. Szybko zaczęto przyjmować jego obrazy na najważniejsze paryskie salony, eksponowano je w prestiżowych galeriach, a czas pokazał, że prace Kislinga doskonale trafiały również w gusta szerokiej publiczności i koneserów sztuki chociażby w Wenecji, Sztokholmie, Oslo, Monachium, Düsseldorfie, Londynie, Dreźnie, Brukseli, Nowym Jorku i Los Angeles.
Pokusa opowiedzenia biografii "księcia Montparnasse'u" jest trudna do odparcia, bo stanowi gotowy scenariusz na film, w którym nie brakowałoby niczego. Byłyby tam pojedynki na półserio (z Gottliebem, na włoskie szable), ale i bardzo poważne zagrożenia dla naszego bohatera, który podczas I wojny światowej walczył w szeregach Legii Cudzoziemskiej, a po wybuchu drugiej musiał uciekać najpierw do Hiszpanii i Portugalii, później do Stanów Zjednoczonych. Nie zabrakłoby też miłosnych historii - o małżeństwie z malarką, córką komendanta Gwardii Republikańskiej, Renée Gros, oraz licznych romansach z modelkami i aktorkami, o które słusznie posądzano Kislinga. Film opowiadałby również o prawdziwej przyjaźni z Modiglianim, którego maskę pośmiertną malarz do końca trzymał w swojej pracowni, na półce z książkami, chcąc pielęgnować pamięć o bliskim mu człowieku (uwaga: maskę można zobaczyć na wystawie w Muzeum Archidiecezjalnym!), o głębokiej relacji z synami i o poszukiwaniu tożsamości polskiego Żyda we Francji, wszędzie czującego się obco. Akcja toczyłaby się nie tylko w przestrzeniach gwarnej kawiarni artystycznej La Rotonde, w Le Dome i na ciasnych uliczkach Montparnasse'u, na ekranie zobaczylibyśmy zachwycające prowansalskie plenery, gdzie artysta spędził dużą część swojego życia, widoki z Normandii, Bretanii czy z południa Europy oraz inne migawki z jego licznych wyjazdów. A to wszystko w otoczeniu wielkich nazwisk i sławy tak potężnej, że gwarantowała Kislingowi miejsce na łamach "Vanity Fair" i "Vogue'a", podczas gdy L'Oréal, tworzył farbę "blond Kisling" w odcieniu inspirowanym kolorem włosów portretowanych przez artystę blondynek.
W centrum uwagi powinno być jednak malarstwo, a w Muzeum Archidiecezjalnym tak właśnie jest. Kuratorowi wystawy czasowej, Arturowi Winiarskiemu, we współpracy z ks. Jerzym Stranzem i odpowiedzialnym za aranżację Ramanem Tratsiukiem, udało się wyeksponować 65 dzieł autorstwa Kislinga oraz związanych z nim artystów w taki sposób, aby najpierw to one przemawiały do widza. Informacje o życiorysie Kislinga i fenomenie Szkoły Paryskiej stanowią jedynie nienarzucające się tło. W pierwszej z trzech sal ekspozycyjnych znajdziemy jeden nieco dłuższy wprowadzający tekst kuratorski. Przy kilku obrazach umieszczono dodatkowo krótkie opisy, które nie tylko charakteryzują malarstwo Kislinga, ale pozwalają przemycić informacje o najważniejszych epizodach jego biografii, takich jak pobyt w Hiszpanii w 1916 roku albo powrót z USA w 1946, po którym stworzył chyba najsłynniejsze ze swoich dzieł - "Marsyliankę".
W tej przestrzeni możemy zobaczyć przekrój całej twórczości autora, a na pewno wszystkie z podejmowanych przez niego tematów: malarstwo pejzażowe, portrety, akty i martwe natury. Zestawienie obrazów w porządku przedmiotowym pozwala na porównywanie ze sobą płócien z różnych okresów. Wiemy, że Kisling czerpał lub określał się wobec dorobku Cézanne'a, kubistów i fowistów, ale wypracował zupełnie oryginalny idiom twórczy. Ciekawie wypada na przykład skonfrontowanie wczesnego pejzażu z Sagunto (1916) z powojennym "Pejzażem z Sanary" (1948). Kompozycja pierwszego jest bardzo geometryczna - domy z dachami, pion palmy i kopuła La Ermita de la Santísima Sangre przypominają klocki. Utrzymane w pastelowej, ale intensywnej kolorystyce bryły rozłożone są regularnie i rytmicznie. Podobną geometryzację dostrzeżemy też w jeszcze wcześniejszym "Porcie w Audierne" (1912) - tam jednak paleta barw jest zdecydowanie bardziej przygaszona, a kompozycja oszczędniejsza. W panoramie z Sanary-sur-Mer znajdujemy dużo więcej oddechu i dekoracyjności, z którą kojarzony jest Kisling. Mamy tutaj kilka planów nadających pejzażowi głębi przestrzennej i miękkie przejścia między nimi, ale też wielką siłę zmiennej faktury różnorodnej roślinności. Te trzy obrazy pozwalają uświadomić sobie różnicę pomiędzy syntetyzmem malarstwa autora na początku jego drogi twórczej w porównaniu do rozwinięcia malarskiej zmysłowości i ornamentacyjności w pracy powstałej na 5 lat przed jego śmiercią. Natomiast zarówno widok z Sanary, jak i z Sagunto przepełnione są tym, co Francuzi nazywają joie de vivre (radością życia), a bez czego nie sposób opowiadać o twórczości Kislinga. Gdy wyjeżdżał z Paryża, szukał światła, ciepła i koloru.
Jednocześnie niemało jest w obrazach autora melancholii, zamyślenia, tajemniczości, najwyraźniej zaznaczonej w portretach. To one zatrzymały mnie przy sobie najdłużej. W literaturze przedmiotu wiele już napisano na temat nienaturalnie powiększonych oczu w kształcie migdałów, charakterystycznym dla urody żydowskiej, które zdobią twarze postaci malowanych przez Kislinga. W rzeczywistości wcale jednak nie ma się wrażenia jakby wyszły spod tej samej sztancy. Każda para oczu opowiada swoją własną historię. Prawda, że jest w nich przede wszystkim smutek, ale co za nim stoi? To pytanie, na które każdy odbiorca musi odpowiedzieć samodzielnie. Oprócz dumnej i ikonicznej w wyrazie "Marsylianki", możemy na ekspozycji zobaczyć m.in. portrety-typy - "Młodego Włocha" (1924), "Polkę" (1921), "Portret Bretonki" (1927), "Holenderkę" (1928). W tych i innych przedstawieniach portretowych uwagę zwracają uwydatnione faktury tkanin. Czasem malarz osiągał to dzięki kontrastowemu zestawieniu farb, a innym razem za sprawą nakładania impastu - jedno i drugie sprawia, że w kontakcie z obrazem mamy wrażenie trójwymiarowości. Choćby dla zaobserwowania tego efektu warto zobaczyć dzieła Kislinga na żywo. Nawet najlepszej jakości reprodukcja nie odda rzeźbionej faktury materiałów. Być może wrażliwość na detale strojów wyniósł Kisling już z dzieciństwa, skoro jego rodzina prowadziła w Krakowie salon krawiecki? Z tego samego powodu interesujące są prezentowane w różnych miejscach ekspozycji akty i półakty. Ciała kobiet na płótnach artysty lśnią alabastrowym blaskiem porównywanym często do gładkiej emalii, ale ich skóra kontrastuje z fakturą i wzorzystością materiałów lub tła obrazu.
Po opuszczeniu pierwszej sali przechodzimy na piętro, gdzie znajduje się dalszy ciąg ekspozycji. Dopiero tutaj, w korytarzu, natkniemy się na kalendarium życia Kislinga i spojrzymy na fotografię zrobioną w 1924 r. przed Café de la Rotonde. Wchodzimy w ten sposób w orbitę paryskich znajomych malarza. Na piętrze zgromadzono dzieła Modiglianiego, Tamary Łempickiej, Cocteau, Foujity, Mondzaina, Mędrzyckiego, Meli Muter czy Pankiewicza. Można w nich szukać wzajemnych wpływów na malarstwo skupionych wokół École de Paris twórców lub rozstrzygać, jaką rolę odegrali w biografii Kislinga. Przy wielu obrazach zamieszczono teksty kuratorskie - w tym miejscu ma się poczucie lekkiego nadmiaru treści. Trudno to jednak uznać za wadę ekspozycji, jest to raczej propozycja dla tych, którzy chcieliby poszerzyć swoją wiedzę w tym zakresie. Ciekawostkę stanowi odtwarzane na ekranie krótkie nagranie z pojedynku Kislinga i Gottlieba, przy którym sekundował im m.in. Diego Rivera. Choć Mojżesz został raniony cięciem szabli w nos, pozował do zdjęć z szerokim uśmiechem na twarzy. To jeden z dowodów na wyjątkową brawurowość malarza, o którym dzięki temu zdarzeniu usłyszał cały Paryż. Jest też coś, co świadczy o jego subtelności i empatii - drobiazg, który może łatwo umknąć uwadze wśród wielu barwnych i imponujących rozmiarami obrazów. Ołówkowy rysunek, ilustracja do poematu "La Guerre au Luxembourg" Blaise'a Cendrarsa. Obaj autorzy walczyli w I wojnie światowej. Pochodzący ze Szwajcarii pisarz wrócił jednak okaleczony, stracił prawe przedramię. Do stworzenia utworu literackiego zainspirowały go spacery po Ogrodzie Luksemburskim i obserwowanie dzieci, które bawiły się w wojnę. Sprawdźcie sami, jak przez swoją artystyczną wrażliwość przefiltrował to Kisling.
Mojżesz Kisling przeżył 62 lata. Rzeczywiście znajdował się w samym sercu Montparnasse'u. Ale jednocześnie on sam był jego sercem. To serce nadawało rytm środowisku artystycznemu, łączyło różne kręgi osób, ale emanowało też ciepłem i życzliwością wobec ludzi. Otaczał opieką znajomych artystów, a swoją hojnością podobno onieśmielał wielu z modeli, których twarze widzimy dzisiaj na portretach. Właśnie dlatego wystawa w Akademii Lubrańskiego jest warta odwiedzenia. Pozwala zobaczyć Kislinga nie jako figurę, lecz jako człowieka z krwi i kości, funkcjonującego w relacjach i w barwnej atmosferze epoki. A przede wszystkim daje okazję spotkania z jego malarstwem na żywo, w bliskości faktury, koloru i tajemniczych twarzy zatrzymanych na płótnach. Ta satysfakcja szybko miesza się z niedosytem. Skoro malarz pozostawił po sobie kilka tysięcy obrazów, to nawet najlepszy wybór musi być tylko fragmentem większej opowieści. Po wyjściu z ekspozycji naturalnie rodzi się więc pragnienie ciągu dalszego: zobaczyć więcej portretów, więcej aktów, więcej martwych natur - i sprawdzić, jak różnorodny potrafił być. Tym bardziej że jedno spojrzenie to dopiero początek, malarstwo Kislinga naprawdę zaczyna przemawiać dopiero wtedy, gdy zatrzymamy się przy nim na tyle długo, aby usłyszeć bicie jego serca.
Mirella Kryś
- Wystawa "Kisling. W sercu Montparnasse'u"
- Galeria Sztuki Współczesnej Akademii Lubrańskiego
- czynna do 31.05
© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2026