Chociaż niemal 20 lat później Ibsen odciął się od "propagandowej" wymowy swojego tekstu, zabierając głos podczas uroczystości zorganizowanych z okazji 70. rocznicy jego urodzin przez Norweską Ligę Praw Kobiet, ukazany realistycznie bunt Nory był już w tym czasie - niezależnie od jego woli - rozpoznany jako działanie o charakterze politycznym. Emancypacyjny gest postaci dramatycznej odbierany był jako manifestacja kobiecej siły. Nora zrywała maskę naiwnej uległości i rezygnowała z prowadzenia gry pozorów wobec małżonka, dla którego najsilniejszą walutą była reputacja społeczna. Szybko stała się symbolem walki o kobiecą godność. Upominając się o nią, umiała poświęcić inne wartości, opuściła dzieci i zrezygnowała z wygodnego, dostatniego życia. Kobieta, dotychczas bezwolna niczym lalka w relacji opartej na niedomówieniach i kłamstwie, zyskała podmiotowość, a wraz z nią - wolność. W ten sposób stała się wzorem dla wielu innych kobiet znajdujących się w podobnej sytuacji.
Kolejne inscenizacje dramatu Ibsena podkreślały jego emancypacyjną wymowę. Wielowarstwowość tego tekstu pozwalała jednak na ukazanie szerszego pola społecznych zależności w rodzinie, gdzie język czułości bywa narzędziem dyscypliny, a czynniki ekonomiczne, niezależnie od moralnego uzasadnienia podejmowanych działań, ujawniają realny rozkład władzy. Przedstawienie wyreżyserowane przez Tadeusza Pyrczaka w Teatrze Polskim w Poznaniu przestawia ten wektor troski, co sugeruje już zmiana oryginalnego tytułu na "Dom lalek". Realizatorzy starali się przenieść zainteresowanie publiczności z pozbawianej praw i swobód Nory - która do momentu dramatycznego przełomu dokłada wszelkich starań, aby zachować pozory uległości - na trójkę jej dzieci. W oryginale pojawiają się one kilkakrotnie, ale pozostają nieme i całkowicie zależne od kaprysów rodziców. Spektakl Pyrczaka eksponuje ich obecność w mieszkaniu Helmerów, sugerując, że są jeszcze dotkliwiej niż ich matka ograniczane przez system. Reżyser nie przyznaje im jednak prawa do samostanowienia ani nie daje możliwości zabrania głosu. Twórcy "Domu lalek" nie spełniają także potencjalnej obietnicy ukazania konfliktu z perspektywy jego małoletnich świadków. Chociaż nie wszystkie dialogi postaci można dokładnie usłyszeć, a upiorne dzieci niemal cały czas są widoczne na pierwszym planie, nie przejmują odpowiedzialności za tworzenie dramatycznej narracji. Bierne albo zajmujące się tylko sobą, pozostają na marginesie klasycznie poprowadzonej fabuły spektaklu. Wyeksponowanie tych trzech milczących postaci początkowo wydaje się intrygujące. Jednak szybko okazuje się, że niewiele wnosi i nie jest szczególnie potrzebne.
Emancypacja na wstecznym
W umieszczonej na stronie Teatru Polskiego zapowiedzi spektaklu pojawia się informacja o liczbie rozwodów, które zapadają w ostatnich latach w Polsce. Realizatorzy stawiają tam retoryczne pytanie o konsekwencje "indywidualizmu bez języka wspólnoty, wolności bez odpowiedzialności, przejrzystości bez zaufania". W innym miejscu sam reżyser utyskiwał na malejącą liczbę małżeństw, a w wywiadzie, który przeprowadziła z nim Monika Nawrocka-Leśnik, krytycznie odniósł się do "kultu indywidualności". Stwierdził, że jego "rachunek często płacą ci, którzy swoje »ja« budują we wspólnocie - partner, dzieci, rodzina". Chociaż w każdej z tych wypowiedzi pojawiły się zastrzeżenia, że teatr nie służy formułowaniu jednoznacznych odpowiedzi na trudne pytania, ziarno wątpliwości zostało zasiane. Zrealizowany 147 lat po pierwszym wystawieniu "Domu lalki" spektakl Pyrczaka skłania do refleksji dotyczącej długoterminowych skutków wynikających z opuszczenia męża przez Norę. Jeśli spojrzymy na to podobnie jak na oryginał, który ukazując konkretnych bohaterów w mikroskali ich życia codziennego, testował społeczne instytucje, "Dom lalek" odebrać można jako jednoznaczną sugestię, że ofiarami rodziców decydujących się na rozstanie są ich dzieci. Zgadzam się, że radykalne zmiany w życiu najmłodszych mogą być dla nich bolesne. Ale rozwody nie naznaczają już nikogo piętnem, a ich powszechność sprzyja akceptacji osób z niepełnych czy patchworkowych rodzin w grupach rówieśniczych. Dlatego trudno mi zrozumieć, czemu kobieta, która przez lata pozbawiana była przez męża prawa głosu i infantylizowana, miałaby trwać w niesymetrycznym związku po uświadomieniu sobie, jak niesprawiedliwie była przez niego traktowana. Czy reżyser wykorzystuje współczesną maskę społecznej troski o najsłabszych, żeby - być może bezwiednie wpisując się w doktrynę fundamentalnej religijności - dowieść, że rozwody to zło, a dzieci będą miały się lepiej, pozostając pod opieką dwojga nierozumiejących się, dalekich sobie i pozostających w konflikcie osób, które dla ich dobra zdecydują się prowadzić grę pozorów?
Wspomnianą wątpliwość może osłabiać decyzja o obsadzeniu Moniki Roszko w roli Nory Helmer. Aktorka, znakomita jako Marta w "Cudzoziemce" Katarzyny Minkowskiej, od pierwszych scen "Domu lalek" tworzy postać sztuczną, działającą na pokaz, której wystudiowana swoboda w znacznie większym stopniu irytuje, niż przekonuje do zrozumienia podejmowanych przez nią działań i decyzji. W pierwszej scenie spektaklu - inaczej niż w dramacie, gdzie już otwierający dialog ujawnia lekceważenie jej przez męża - pojawia się w towarzystwie Krystyny Linde (Alona Szostak). Jej pewność siebie, elokwencja i modny współczesny kostium jednoznacznie określają charakter ożywianej właśnie relacji z ubogą i skromną koleżanką sprzed lat. Roszko kreuje Norę jako postać rozpiętą pomiędzy kilkoma emocjami i afektami, prowadząc ją od pewności siebie, przez rozżalenie i rezygnację, po narastające poczucie niezgody i finałowy bunt. Zakłada maski, przybiera pozy i mówi - odrobinę za dużo i odrobinę za szybko - jednak na każdym z etapów jej emocjonalnej ewolucji wyczuć można nutkę nerwowości i niestabilności. Jeśli reżyser założył, że pani Helmer nie powinna wzbudzać zaufania ani sympatii publiczności, cel został osiągnięty. W takim prowadzeniu roli Nory ujawnia się jednak znacznie większe niebezpieczeństwo, wynikające z sugestii histerycznego usposobienia bohaterki, którą już w XIX wieku przywoływano jako wytłumaczenie jej wywrotowej decyzji, unieważniając tak jej emancypacyjny charakter.
Puste spojrzenia
Świadkami kolejnych scen pozorowanego dramatu Nory są trzy osoby w czarnych kostiumach, które sprawiają wrażenie biernych, ale nieszczególnie przenikliwych obserwatorów zdarzeń rozgrywających się w domu Helmerów. Denis Kudijenko, Aleksandra Samelczak i Zuzanna Wieczosek grają trójkę dzieci, przyglądających się postępującemu rozpadowi ich rodziny: Bobby'ego, Ivar i Emmę. Status tych postaci jest niepewny: wydają się niezauważane przez innych domowników, ale może są tylko przez nich ignorowane. Zwykle trzymają się blisko siebie, ale raczej nie nawiązują ze sobą kontaktu. Niewidzącym wzrokiem patrzą w dal. Nie odzywają się, chociaż odtworzony z nagrania głos któregoś z nich wybrzmiewa w przestrzeni sceny. W wyjątkowych sytuacjach nawiązują zdawkowe interakcje z innymi bohaterami spektaklu, a na chwilę przed występem matki na przyjęciu, gdzie tańczyła tarantelę, postać Kudijenki gra tę włoską melodię na melodyce.
Trójka dzieci Helmerów przypomina przybyszy z zaświatów. Wydają się nad wiek świadome, jakby były obciążone wiedzą niedostępną innym postaciom. Mimo to pozostają zdystansowane wobec rozgrywających się zdarzeń, jakby były oddzielone od nich niewidzialną szybą. Zdarza się, że stają przed matką albo siadają na kolanach ojca (Piotr B. Dąbrowski). Odprowadzają także Doktora Ranka (Alan Al-Murtatha), który w kuble na śmieci udaje się w ostatnią podróż. Trudno domyślić się, czego chcą. Niełatwo także znaleźć przyczynę oraz cel, dla którego zostały wprowadzone na pierwszy plan świata przedstawionego. Najłatwiej nasuwającym się wytłumaczeniem ich obecności jest sprowadzenie jej do milczącego oskarżenia kierowanego przeciwko matce. Czemu miałoby ono jednak służyć, skoro ona w zasadzie nie zwraca na nich uwagi i nie dostrzeże ich skargi do samego końca?
Dekonstrukcja rodzinnego domu
Ekspozycja postaci Bobby'ego, Ivar i Emmy przynosi niewielkie zmiany na płaszczyźnie dramaturgicznej spektaklu. Nie zaburza przebiegu akcji, zgodnej z fabułą wyznaczaną przez tekst Ibsena. Nie zmienia też perspektywy, z której prowadzona jest opowieść. Chociaż w pewnych momentach widzialność zdarzeń zostaje ograniczona, w innych scenach dopełniane są one szczegółami, które zapewne pozostawałyby niedostępne dla dziecka podejmującego próbę ich naśladowczej rekonstrukcji, a zapewne także - relacji tworzonej po latach. Skierowanie uwagi na dzieci wzbogaca za to możliwości kompozycyjne klasycznego dramatu. Być może urozmaicają one audiosferę spektaklu niepokojącymi, emocjonalnymi dźwiękami. Z pewnością pozwalają na wprowadzenie atrakcyjnych wizualnie kontrapunktów dla konwencjonalnie prowadzonej, opartej na dialogach, teatralnej narracji. Dzieje się to w przedziwnej, wizyjnej scenie potyczki z gigantycznym, dmuchanym dinozaurem albo kiedy Bobby zrzuca ubranie, by przez dłuższy czas chodzić po scenie nago. Jednak gdybym miał uznać ich za budowniczych tej opowieści, potrzebowałbym więcej argumentów niż przechodni żółty kask budowlany, który pojawia się na ich głowach.
Scenografia Jerzego Basiury sugeruje, że dom Helmerów znajduje się w trakcie przebudowy: cała przestrzeń sceniczna otoczona jest przez piętrowe rusztowania, na których pojawiają się bohaterowie i bohaterki dramatu Ibsena. W centrum umieszczono przeszklony kubik domowej kuchni. Nie jest to jednak przestrzeń bezpieczna ani przyjazna, a miejsce izolacji, w którym zaogniają się spory. To tam zamyka się Nora, by prowadzić kłótnie z Torvaldem. Ta konstrukcja celnie reprezentuje pomysł inscenizacyjny Pyrczaka. Mam wrażenie, że reżyser, a równocześnie autor adaptacji, podjął próbę dekonstrukcji "Domu lalki". Obstawił go więc rusztowaniami - które same w sobie pozbawione są znaczeń - nie próbując nawet dobrać się do fundamentów. Przebudowa dramatycznego uniwersum, które od półtora wieku niosło emancypacyjne sensy, wymaga użycia cięższych narzędzi. Dekonstrukcja dramatu nie powiedzie się bez podkopania zaufania do ontologii świata przedstawionego, a to nie może ograniczać się do przemalowywania fasady. Twórcy "Domu lalek" nawet takiego działania, które mogłoby ożywiać tradycję, nie doprowadzili do końca. W spektaklu Teatru Polskiego zabrakło świeżej bryzy. Powraca w nim duch, który niepokoił już Ibsena. A wraz z nim - upiory przeszłości.
Piotr Dobrowolski
- "Dom Lalek" na podstawie "Domu lalki" Henrika Ibsena
- reż. Tadeusz Pyrczak
- Teatr Polski w Poznaniu
- Premiera: 23.01
© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2026