Komunikaty

pagina

Aktualności

Pominąłeś menu

menu

Ucztowanie przy muzyce

- Muzyka, którą wykonujemy, wywodzi się przede wszystkim z Włoch, tam rozwijała się też najprężniej. Każdy, kto zwiedzał włoskie rezydencje ze wspaniałą akustyką, może sobie wyobrazić małe zgromadzenie przyjaciół, które ucztuje i śpiewa, ciesząc się żartami i swoim towarzystwem - właśnie taką atmosferę staramy się odtworzyć - mówi Anna Budzyńska z zespołu Ensemble del Passato - tria z Poznania, które nagrywa muzykę dawną. 

. - grafika artykułu
Ensemble del Passato, fot. materiały prasowe

Pojawiliście się w drugim sezonie serialu "1670"!

Tak, śpiewam "karaoke" w krakowskiej winiarni, do której trafiają uczestnicy wieczoru kawalerskiego Bogdana. Konkretnie - śpiewam do tekstu z prześcieradła, które na wielkim mechanizmie przewija uczynny pan szlachcic. Żeby nakręcić tę krótką scenkę, musieliśmy spędzić na planie dwa fantastyczne dni. Z poziomu ekranu nie widać, jak wszystko było znakomicie dopracowane - a ja zapewniam, że było!

Trafiliśmy tam, bo znajoma wizażystka, której przyjaciółka pracowała na planie serialu, zachęciła nas do zgłoszenia. Nasza muzyka wyjątkowo pasuje do scenariusza, bo gramy... dokładnie takie utwory, jakie były wykonywane w XVII wieku, m.in. w Krakowie. Producent muzyczny serialu "1670", Paweł Juźwuk, gdy dowiedział się, że nasza muzyka idealnie trafia w ten czas i miejsce, od razu się do nas odezwał! To cudowny człowiek, któremu ta historyczna poprawność bardzo odpowiadała. Pozostawiliśmy nasze opracowania bez zmian, co z kolei dla nas było bardzo ważne. Trudno się nie cieszyć, gdy słyszysz, że muzyka, którą szczerze kochasz, zostaje przyjęta do kultowej produkcji bez ingerencji czy uwspółcześniania, bo to rzadkość.

Lubisz opowiadać o Waszej muzyce, że jest bliska ludziom, że przypomina jazz, tyle że sprzed 400 lat.

Wciąż szukam dobrego sposobu, by o niej opowiadać. Jeśli nazywam naszą muzykę "dawną", ludzie uciekają. Jeśli nazywam "klasyczną", uciekają jeszcze szybciej. A wystarczy dać mi 10 sekund! Puszczam wtedy fragment któregoś z utworów i od razu staje się jasne, na czym polega urok tych kompozycji. Okazuje się, że mogą być bardzo przyjazne dzisiejszemu słuchaczowi.

Jako muzyk klasyczny widzę tendencję, jaką jest odwracanie się od klasyki, nazywanej muzyką dla elit, dla wybrańców. Według badań ponad 80 procent ludzi w ogóle nie jest zainteresowanych chodzeniem do filharmonii, nie tylko dlatego, że taka muzyka ich nie interesuje, ale również dlatego, że nie wierzą, że w ogóle mogłaby ich zainteresować, że okazałaby się dla nich.

To jaka jest Wasza muzyka?

To pieśni dworskie, które były wykonywane na spotkaniach rodzinnych i przyjacielskich, najczęściej w prywatnych domach. Przy takich okazjach do dobrego tonu należało, by uczestniczył w nich muzyk lub cały zespół, który umilał czas gościom. Elementem wychowania i podstawowej edukacji ludzi z wyższych sfer była muzyka, stanowiąca rodzaj języka. Kody kulturowe dotyczące doboru muzyki, wykonawców stanowiły nawet istotny, bardzo klarowny dla uczestników element dyplomacji.

Czasem też odbywało się to spontanicznie - ktoś chwytał za instrument, ktoś inny śpiewał, reszta dołączała lub po prostu słuchała, smakując kawę lub wino. Ta muzyka bywała romantyczna, bywała smutna, ale bywała też taneczna, zwyczajnie zabawna i pełna zaskoczeń czy anegdot. Muzyka, którą wykonujemy, wywodzi się przede wszystkim z Włoch, tam rozwijała się też najprężniej. Każdy, kto zwiedzał włoskie rezydencje ze wspaniałą akustyką, może sobie wyobrazić małe zgromadzenie przyjaciół, które ucztuje i śpiewa, ciesząc się żartami i swoim towarzystwem - właśnie taką atmosferę staramy się odtworzyć. Muzyka często była improwizowana, stąd kolejne skojarzenie z jazzem.

Jak znajdujecie te wszystkie utwory?

Mamy na pokładzie lutnistę Henryka Kasperczaka, który jest doktorem sztuki, a także muzykologiem i kompozytorem. Ma naprawdę przebogate zaplecze wiedzy, dzięki której potrafi odtworzyć muzykę z fragmentarycznych zapisów i szyfrów, które pozostały w starodrukach i rękopisach. Najczęściej sięgamy do archiwów włoskich, bo są dobrze zachowane, a do tego scyfryzowane. Szukamy różnych wydań z lat, które nas interesują - na ostatniej płycie poszerzyliśmy poszukiwania o muzykę hiszpańską i francuską.

Jak wyglądają takie rękopisy? Kompozytorzy spisywali najczęściej melodię głosu i sugestie harmoniczne, które mogli odszyfrować inni zajmujący się muzyką. Nie zapisywali rzeczy, które były dla nich oczywiste. I dlatego my, z dalekiej przyszłości, najpierw sięgamy do traktatów z danego miejsca i czasu, by poznać zwyczaje wykonawcze, jakie wtedy panowały, a potem nadajemy utworowi własną formę - tempo, wstęp, refren, improwizacje.

Następnie gramy wstępnie opracowane utwory i zastanawiamy się, czy dana kompozycja jest wystarczająco ciekawa muzycznie. Podobnie jak dziś, nie wszystko wpada w ucho, nie każdy utwór ma zadatki na przebój. Jeśli coś przyciągnie naszą uwagę, odtwarzamy, dopasowujemy tempo i tonację, a potem przed nami kolejne decyzje, np. ile dany utwór ma mieć zwrotek (często jest ich wiele w poezji tamtego czasu), czy piszemy wstęp i zakończenie. Do pierwszej płyty wypróbowaliśmy w ten sposób łącznie 120 utworów, zanim wybraliśmy te najlepsze.

Dlaczego zainteresowała Was akurat muzyka z XVII wieku?

Z dwóch powodów. Po pierwsze, był to znakomity czas dla muzyki kameralnej i improwizowanej. Po drugie, jest to coś, czego nikt w naszym kraju nie robi. Wchodzenie w ten repertuar jest szalenie żmudne, nie ma profesjonalnych opracowań, które można po prostu kupić i wykonać z nut, trzeba mieć szeroką wiedzę i nad tym przysiąść. Gdybyśmy nie żyli w dobie cyfryzacji, na pewno spędzałabym całe dnie w archiwach i bibliotekach...

Zaciekawiło mnie ostatnio, że opowiedziałaś o jednym z Waszych utworów: "jest renesansowy, ale gramy go w aranżacji barokowej"...

Warto o tym opowiedzieć, bo takie aranżacje były przypadkami wspaniałej, wykraczającej poza epoki korespondencji intelektualnej między kompozytorami. Na płycie "Tirsis, 1624" nagraliśmy dwa utwory będące przykładami tego zjawiska, które znalazły się w wydaniu kompozycji pewnego lutnisty z 1624 roku. W tamtym czasie bardzo modne było stosowanie w swoich kompozycjach pomysłów innych artystów lub swoich własnych z przeszłości. Wielokrotnie robił tak zresztą dużo później Vivaldi, Haendel czy Mozart. Niektóre utwory renesansowe były w 1624 roku wciąż jeszcze bardzo popularne, więc nasz lutnista - Giovanni Battista Spadi - uatrakcyjnił je ozdobnikami ze swojej epoki, tzw. dyminucjami, pokazując swój pomysł rozwinięcia znanych melodii. Współcześnie wykonuje się właśnie te barokowe dyminucje, ale bez renesansowego oryginału. My chcieliśmy pokazać całość, która tak niesamowicie obrazuje myślenie o muzyce w różnych epokach. Dlatego na nagraniu ja śpiewam oryginalną partię renesansową, a Maciej Kończak gra na gitarze historycznej partię barokową. To zestawienie, wraz z akompaniamentem lutni, daje całe spektrum wariacji, jest fascynujące i wspaniale brzmi na żywo.

Na żywo, to znaczy gdzie właściwie? Do jakich miejsc najczęściej zawozicie swoją muzykę?

Chcemy zabierać ją wszędzie, gdzie ludzie mają ochotę dotknąć muzyki, zachwycić się pięknem, uruchomić wyobraźnię czy po prostu zrelaksować. Najczęściej na festiwale, których ogromna liczba odbywa się w Polsce w przepięknych zabytkach - pałacach, kościołach, zamkach.

Równolegle do działania w zespole prowadzę także Festiwal Na Gotyckim Szlaku w Polsce Zachodniej, którego idea polega na tym, że zawożę tę muzykę tam, gdzie ma szansę wybrzmieć najdostojniej - do gotyckich kościołów, ale takich, które są oddalone od centrów kultury. W takich miejscach często kryje się niezwykła historia i opowieść. Przeprowadziłam już sześć edycji tego festiwalu - zaczynaliśmy od 30 osób przychodzących nieśmiało, często na zachętę lokalnego proboszcza. A teraz? Teraz mamy kościoły pełne po brzegi. Ludzie przestali się obawiać i mówią, że wyczekują tego czasu, że to dla nich najczystsza przyjemność. Bo kolejnym walorem naszej muzyki dawnej jest to, że słuchanie jej nie wymaga przygotowania ani wysokiego progu wejścia - można ją smakować na różnych poziomach, ale od razu.

Naszą muzykę możemy zagrać naprawdę wszędzie. Swoją poprzednią płytę zaprezentowaliśmy w warszawskim klubie jazzowym, gdzie świetnie wypadły nawet utwory sakralne. Celowo wybieramy instrumenty, na których możemy eksperymentować. Przykład? Zdecydowaliśmy się na instrumenty szarpane, co jest o tyle nietypowe, że w sąsiedztwie lutni w muzyce dawnej zazwyczaj występowały smyczki, żeby wszystko odpowiednio dźwiękowo zsynchronizować. My celowo wybieramy specyficzny rodzaj brzmienia, bo daje nam to chociażby możliwość bawienia się pogłosem lub jego brakiem. Ale opowieść, na której nam zależy, wybrzmi dobrze nawet w małej kawiarni.

Rozmawiała Izabela Zagdan 

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2026