Komunikaty

pagina

Aktualności

Pominąłeś menu

menu

NEXT FEST. Między gigami

Kilka klubów, dziesiątki spotkań z ludźmi z branży, ponad sto koncertów, kilkuset delegatów, tysiące uczestników, jedna opaska, której nie można ściągać przez trzy dni. Oto czwarta edycja Next Festu, z dużym prawdopodobieństwem najgorętszego wydarzenia muzycznego wiosny, sprawiającego, że uszy wszystkich Polaków w kwietniu powinny być zwrócone w kierunku dźwięków dochodzących z Poznania.

. - grafika artykułu
John Potter, fot. Wujamaciej

Next Fest to wydarzenie, które robi świetną reklamę poznańskiej kulturze. Dzięki efektywnemu wykorzystaniu potencjału koncentracji klubów i pubów muzycznych w obrębie centrum miasta, organizatorzy byli w stanie pokazać Poznań szeroko otwarty na muzykę, przychylny nie tylko mainstreamowym gwiazdom, ale i śmiałym debiutantom. Sam Zamek, w którego murach mieści się przecież też Blue Note czy Dubliner, urasta niemal do miana autonomicznej jednostki festiwalowej. Korzystając z tej dobrze rozwiniętej infrastruktury - i armii wolontariuszy - można było zorganizować festiwal pod wieloma względami nietuzinkowy.

Zanim jednak przejdziemy do crème de la crème, czyli gigów - przypomnę, że Next Fest to nie tylko festiwal muzyczny, ale też konferencja, na której pojawili się niezliczeni przedstawiciele branży eventowej i muzycznej. Przez trzy dni w piersiach CK Zamek tłukło przestymulowane serce polskiego showbizu. Szczególnie zaintrygował mnie pierwszy z paneli - a to za sprawą charyzmy i imponującej wiedzy jednego z prelegentów, szefa wytwórni Kayax, Tomika Grewińskiego. Grewiński przyznał, że dominacja AI w muzyce - poza koncertami, które ostaną się bastionami performansu - jest przesądzona. Już teraz wśród najchętniej słuchanych utworów na Spotify znajdują się kawałki w całości wyprodukowane przez AI. Nie wiadomo jednak, kto i ile będzie na tym zarabiał, a to dlatego, że prawo tradycyjnie nie nadąża za technologią.

Przepełnieni obawami dotyczącymi jutra mogliśmy zacząć czerpać z oferty muzycznej Next Festu. Festiwal otworzyła Pola Błasik w Blue Nocie - piosenkarka i aktorka zanurzona w nurcie spokojnej piosenki autorskiej. Zaraz po jej występie wypadało pójść na pierwszą z gwiazd grających w czwartek w Zamku, Misię Furtak. Laureatka Paszportu "Polityki" i Fryderyka specjalnie dla nas odegrała przebojowy "Mózg", którego, jak zapewnia, nie śpiewała od ponad dekady! 

Po koncercie Słonia, który wystąpił kilka godzin później w Sali Wielkiej, można było mieć pewność, że największy "młyn" czeka na festiwalowiczów właśnie w Zamku. Nie zmienia to jednak faktu, że w poszukiwaniu "potężnego uderzenia" warto było udać się też do mniejszych lokali. W piątek bardzo pozytywnie zaskoczyły mnie choćby alternatywne, indie-metalowo-punk-rockowe kapele grające Pod Minogą. Na długo zapamiętam występujące w ramach Peleton Records Showcase Kresy i Sztylety, o wiele lepsze instrumentalnie niż wokalnie, wręcz stworzone dla fanów mocnego grania z inteligenckim zacięciem.

A co na Placu Wolności? Długo wyczekiwanym wydarzeniem był dla mnie koncert Johna Portera, który grubo po siedemdziesiątce udowadnia, że radzi sobie z upływem czasu równie dobrze jak Stonesi. Dzięki temu, że koncert był otwarty, na placu, nieco za barierkami, zebrało się mnóstwo mieszkańców. Porter porwał publiczność świetnie zagranymi numerami z przełomowej dla polskiego rocka płyty "Helicopters" z roku 1979. "Porywanie tłumu" to jeden z najbardziej wytartych koncertowych frazesów, posługuję się nim jednak świadomie. Na gigu Portera bawili się zarówno młodzi hipsterzy, jak i srebrnowłosi rówieśnicy Walijczyka czy... kilkuletnie dzieci, które nie miały pojęcia, kto zacz, a mimo to dawały w naturalny sposób ponieść się gitarom i perkusji Porter Bandu. Czy muzyk-senior może pomarzyć o czymś więcej?

Next Fest uważam też za święto poznańskiego rapu. O ile czwartkowy wieczór zdominował horrorcore'owy Słoń, czyli całkowite profanum, o tyle w piątek nadeszła pora na sacrum. I to dosłownie - radiowy hit z roku 2006 ("Sacrum") rozpoczął wyczekiwany przez tłumy koncert Mezo i Kasi Wilk. Niestety gdy po wielu latach w końcu udało się znormalizować "Aniele" okrzyknięte hip-hopolo, Mezo nagrał o wiele bardziej tandetną kontynuację, którą mogliśmy usłyszeć na koncercie. Zagrał też m.in. przeboje z przełomu pierwszej i drugiej dekady wieku, jak "Kryzys" i "Po robocie". Ucieszył mnie fragment "Mezokracji", którą przypomniał, że ponad 20 lat temu, zanim spotkał go środowiskowy cancel, należał do jednych z najlepiej zapowiadających się polskich raperów. Piosenki Mezo przeplatały się z numerami Kasi Wilk, ale to - powiedzmy - już coś tylko dla koneserów.

Następnego dnia w roli poznańskiej legendy wystąpił sam Rychu Peja, którego wspierał w kończeniu wersów Gandi Ganda, zbudowany jak grecki bóg - gdyby tylko miał dostęp do właściwej suplementacji. Dj Decks za sterami przygotował efektowne medleye, dzięki którymi Książę Jeżyc był w stanie zagrać przynajmniej fragmenty swoich największych przebojów, jak "Głucha Noc", "Jest jedna rzecz" czy "Właściwa droga". Niestety w przypadku większości tych klasyków usłyszeliśmy jedynie refreny, a wielu nas miało ochotę "polecieć" z RPS-em kilka wdrukowanych w pamięć zwrotek. Fakt koncentracji na późniejszych trackach, a nie na tych z przełomowego "Na legalu", był jednak w pełni zrozumiały - w listopadzie Rychu zagra na MTP koncert-jubileusz krążka, na którym skupi się na rapie sprzed 25 lat. 

Po tym ekstremalnym doświadczeniu lirycznym udałem się do Blue Note'u, oazy spokoju. W wypełnionym do granic możliwości klubie panował klimat zgoła inny, głęboko kontemplacyjny. Właśnie grał zespół Sedno, oferujący bardzo udane połączenie klawiszowego ambientu z jazzem niesionym przez sekcję dętą. Choć nic nie wiedziałem o kapeli, i nadal wiem o niej niewiele, stanowiła dla mnie jedno z najciekawszych odkryć tej edycji Next Festu.

W tymże tekście - który i tak nadmiernie się rozrósł - zdołałem napisać o zaledwie kilku koncertach z ponad 100 wydarzeń tego triduum muzycznego. Ogarnięcie większej części festiwalu jest psychicznie i fizycznie niemożliwe, przynajmniej bez daru bilokacji i zwielokrotnienia jaźni. Na podstawie tego, co słyszałem i widziałem, wystawiam ocenę bardzo dobrą. Nagłośnienie bez zarzutu, organizacja sprawna, nie byłem świadkiem żadnych wpadek, choć do takich z pewnością gdzieś musiało dochodzić.

Podoba mi się "demokratyzacja" line upu i brak wyrazistych headlinerów. Oczywiście wiadomo, że gwiazdą jest Natalia Schroeder grająca późną nocą, a nie, dajmy na to, Sueski grająca w sobotę o g. 18 (swoją drogą - całkiem ciekawa twórczość, choć momentami za bardzo jak Matylda Damięcka), niemniej festiwal stwarza przynajmniej pozory egalitarności. Nie wiem, jak delegaci, ale media musiały czekać na wejście na salę razem z festiwalowiczami i tak samo jak oni ryzykowali, że w razie spóźnienia mogą nie wejść.

A skoro już o demokracji mowa - jej filarem jest dyskusja. Na oficjalnej liście doliczyłem się 200 delegatów (czyli VIP-ów). A skończyłem liczyć już na literze k (!!!). Wszystko to sprawia, że festiwal był idealnym miejscem do podejmowania działań z zakresu promocji własnej lub cudzej twórczości, networkingu, dogadywania się na numery i współprace, czy też zawierania znajomości z wpływowymi ludźmi. To taki LinkedIn, tyle że w realnym świecie. A do tego wszyscy odpisują, bo w konfrontacji face to face nie tak łatwo uciec od zagadującego! 

Na plus - papierowe programy i świetnie prezentująca się, przejrzysta festiwalowa aplikacja, która pozwalała ogarnąć ten muzyczny chaos (niemniej - czasem mi się zacinała). Na minus - przy tym całym zaawansowaniu technologicznym nadal byliśmy zdani na opaski, których nie można ściągać przez trzy dni, a kontakt z wielokrotnie przemoczonym materiałem nie jest korzystny dla skóry. Oczywiście kąpiel między festiwalami pozostaje opcjonalna. Dlaczego uwziąłem się na te opaski? Ponieważ przerwałem jedną w domu podczas sobotnich porządków, a potem musiałem się gęsto tłumaczyć, prosząc o duplikat. 

Poza tym incydentem muszę przyznać, że w obszarze komunikacji marki wszystko stało na bardzo wysokim poziomie i z pewnością zachęciło mnie do ubiegania się o akredytację dziennikarską w przyszłym roku. 

Jacek Adamiec

  • Next Fest Music Showcase & Conference
  • 16-18.04

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2026