Marlee Matlin zadebiutowała w filmie "Dzieci gorszego Boga" w 1986 roku, wcielając się w postać Sary Norman. I za ten debiut właśnie, w wieku zaledwie 21 lat, otrzymała Oscara dla najlepszej aktorki pierwszoplanowej, stając się tym samym pierwszą głuchą osobą w historii nagrodzoną przez Akademię. Film opowiada o relacji (trudno w tym wypadku mówić o miłości) między autonomiczną, silną dziewczyną a nauczycielem w szkole dla niesłyszących. Sara najpierw się w niej uczyła, a potem była w niej sprzątaczką. Z kolei James Leeds (w tej roli znany już wówczas William Hurt) uczył tam mowy. Ich związek widzowie mogli śledzić na dwóch planach - filmowym, ale też w prawdziwym życiu. Niestety obydwa, to nie tajemnica, były toksyczne. Romans z Hurtem (on miał wtedy 35 lat, ona 19) Matlin opisała w swojej biografii, która ukazała się w 2009 roku. Dopiero wtedy świat (i dzieci aktorki) dowiedział się o tym, że Hurt znęcał się nad Matlin zarówno psychicznie, jak i fizycznie.
Obok burzliwego związku Marlee Matlin znaczne miejsce w filmie zajmuje również jej tragiczne dzieciństwo. W wieku 11 lat została zgwałcona. Oprócz tego całe życie musiała egzystować z rodzicami, którzy nie mogli pogodzić się z tym, że nie słyszy. Czuli się winni tragedii, bo Matlin zaczęła tracić słuch po podróży samolotem, w którą się wybrali, kiedy gorączkowała. Jeden z braci Matlin (obaj słyszą) zawsze starał się ją tłumaczyć, ale do dziś żałuje, że nigdy nie nauczył się sprawnie migać. Dostrzega przepaść komunikacyjną pomiędzy nimi, choć wie, że Martlin czyta z ruchu warg.
"Marlee Matlin, nie jesteś sama" to film dostępny dla osób słyszących i głuchych. Padają w nim słowa, ale sporo jest też migania. Podobnie zresztą jak ciszy. Ale ta pełna jest mlaskania i cmokania, bo dźwięki te w trakcie posługiwania się językiem migowym pełnią funkcję komunikacyjną, często są wyrazem ekspresji. Czy można żartować z ciszy? I to jak! Głusi aktorzy i realizatorzy filmu są tego przykładem. Shoshannah Stern doświadczenia Matlin obudowała w filmie narracją o tożsamości Głuchych i ich widzialności. 35 lat temu aktorka przetarła szlak innym niesłyszącym. I choć wtedy tak tego nie nazwano - stała się reprezentantką g/Głuchych w Stanach Zjednoczonych. Z rolą tą jednak - bardzo długo się z tym oswajała - wiązało się wiele (niezdefiniowanych) oczekiwań i presji. Głusi cieszyli się, że inna głucha dotarła na szczyt, uwierzyli w to, że niepełnosprawność nie przekreśla odniesienia sukcesu. Efektem Oscara była intensywna popularyzacja i rozgłos kultury Głuchych, która skumulowała się m.in. na protestach na Uniwersytecie Gallaueda (do dziś jedynej na świeci uczelni, gdzie przedmioty z zakresu nauk humanistycznych wykładane są dla osób niesłyszących). Bunt doprowadził w 1988 roku do powołania na stanowisko rektora uczelni osoby głuchej.
Drugą stroną medalu było to, że wtedy też Matlin mierzyła się ogromnym hejtem jaki spotkał ją po tym, kiedy podczas gali oscarowej, wręczając statuetkę Michaelowi Douglasowi za rolę w filmie "Wall Street", wymówiła na głos jego nazwisko. Wielu Głuchych uważało, że używanie fonii, a nie języka migowego (który dla tej społeczności jest tożsamością) jest ustępstwem na rzecz świata słyszących i umniejsza wartość kultury Głuchych. Nikt wówczas - a przecież Matlin nie dostała żadnych instrukcji - nie wiedział, jak daleko idący będzie to gest.
Dlaczego film ma taki a nie inny tytuł? Shoshannah Stern wyjaśnia. W 2022 roku, po trzydziestu kilku latach, kolejny głuchy aktor - Troy Kotsur, dostał Oscara. Otrzymał go za drugoplanową rolę w filmie "Coda" w reżyserii Sian Heder. To tym bardziej wzruszający moment, bo i w filmie i na samej gali partnerowała mu Marlin Matlin. Ta sama, która stała się głosem tysięcy niesłyszących walczących o dostępność napisów oraz tłumaczy języka migowego w mediach. Ta sama, która do swoich dzieci mówiła fonicznie, a do wnuczki, jak zdecydowała, wyłącznie migała. Scena podczas której trzyma niemowlę na kolanach i zwraca się do niego posługując się językiem migowym - choć z pozoru naturalna - podobnie jak inne gesty Matlin znaczy dużo więcej.
"Marlee Matlin, nie jesteś sama" jest jak życie. Brzmi banalnie, ale w tej filmowej prozie i poezji codziennych dylematów i złych emocji, jest też miejsce na wielką miłość, przyjaźń i pasję. To przykład kina biograficznego, które choć z Oscarem w tle, stroni od hollywoodzkiego patosu na rzecz autentyczności, której symbolem jest dla mnie niewielki tatuaż na nadgarstku Matlin - słowo wojowniczka.
Monika Nawrocka-Leśnik
- "Marlee Matlin, nie jesteś sama"
- reż. Shoshannah Stern
- kolejne seanse: 12.05, g. 20.45, kino Muza
© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2026