Kultura Poznań.pl

Rozmowy

opublikowano:

Detal czyni doskonałość

- Doświadczone oko odróżni ślady narzędzi świadczące o tym, że ktoś był niechlujny i robił instrument w pośpiechu, od dowodów techniki pracy danego lutnika. Dobrze to widać na starych instrumentach: że w jednym miejscu jest taka faktura, w drugim inna; że tutaj była praca wykonana dłutem, a zaraz obok użyto cykliny - mówi Piotr Pielaszek*, zwycięzca Konkursu Lutniczego im. Henryka Wieniawskiego.

. - grafika artykułu
fot. archiwum prywatne Piotra Pielaszka

Lutniczy Konkurs im. Henryka Wieniawskiego jest pewnie dla młodych lutników tym, czym Skrzypcowy Wieniawski dla skrzypków - pewnego rodzaju ambitnym marzeniem. Czy wyobrażałeś sobie w dzieciństwie siebie na tym podium?

W dzieciństwie nie, bo wtedy jeszcze niespecjalnie interesowałem się lutnictwem. Ale odkąd się tym poważnie zająłem, czyli powiedzmy w liceum, to już tak. Konkursy lubiłem od zawsze. Może też przez to, że jako dziecko trenowałem judo i jeździłem z tatą i z naszym klubem na zawody po całej Europie. I chyba dlatego rywalizacja tak mi się podoba i dobrze kojarzy. Właściwie jak tylko zacząłem robić instrumenty, wiedziałem, że chcę tworzyć nowe i brać udział w konkursach.

Twoje zwycięskie skrzypce noszą nazwy Dali i Selva. Czy wszystkim swoim instrumentom nadajesz imiona?

Nie, tylko na potrzeby konkursów. Akurat te nazwy były nadane na gorąco - Dali to imię mojego kota, a Selva to po prostu słowo, które mi się podoba, oznacza dżunglę po hiszpańsku. Ja nie mam w zwyczaju nazywać instrumentów, chociaż niektórzy klienci mi mówili, że nazywają je sami dla siebie.

Czyli związują się z nimi emocjonalnie.

I to jest cenne. Kiedy muzycy zamawiają u mnie skrzypce lub altówkę, to z jednej strony ich to edukuje, ale z drugiej daje fajną przygodę i właśnie pewien rodzaj emocjonalnego przywiązania, który wpływa później na lepsze traktowanie takiego instrumentu. Mam wrażenie, że chociażby czas oczekiwania klienta na powstanie jego instrumentu owocuje tym, że bardziej o niego dba. Jest też pewien szczególny sposób podejścia do rzeczy tworzonych na zamówienie. Sam lubię kupić coś lepszego jakościowo, poczekać na to dłużej, ale później doceniam taką rzecz inaczej, traktuję z większą dbałością. W świecie, w którym wszystko mamy na już, tanio, szybko i masowo, dużą wartością jest dla mnie produkt, nad którym ktoś długo pracował i który został przewidziany wyłącznie dla jednej, konkretnej osoby.

Czy podejmując z Tobą współpracę, klient rzeczywiście dosłownie zamawia instrument, czyli decyduje o tym, jaki ma być?

W procesie tworzenia zamawiający ma wpływ na wiele elementów związanych z wyglądem instrumentu oraz jego ergonomią. Konsultujemy również kwestie barwowe, niemniej nie tworzę zupełnie innego brzmienia na życzenie. Kiedy muzyk mówi, że chciałby instrument taki jak mój, ale inny, wiem, że to nie zadziała. W takich przypadkach staram się pomóc, proponując usługi kolegów-lutników. Cały czas staram się ulepszać swoje brzmienie, ale generalnie mam na nie określony zamysł.

Czy da się ten zamysł zwerbalizować?

Oczekuję na pewno, by brzmienie było dość miękkie, a instrument elastyczny, w znaczeniu dawania możliwości wydobywania różnych odcieni dynamicznych. Mam wrażenie, że bardzo wiele jest instrumentów typu "włącz/wyłącz". Mocnych, ale znacznie tracących na jakości, jeśli próbujesz bardziej bawić się dynamiką, by lepiej coś zinterpretować czy trafniej się wyrazić. Nagle się okazuje, że warunkiem ich nośności jest użycie dużej siły. A dla mnie ważne jest, żeby instrument, cokolwiek zapragniesz z niego wydobyć, pozwalał na to.

Najczęściej operuje się takimi pojęciami, jak: wolumen (donośność dźwięku i jego nasycenie - przyp. red.), nośność, rozróżnienie brzmienia jasnego lub ciemnego.

Trzeba uważać przy opisywaniu wolumenu, bo to jest zgubna wartość. Fizycznie nie istnieje przecież opcja, żeby pojedyncze skrzypce były głośniejsze od całej orkiestry. Niektórzy twierdzą, że instrument solistyczny musi być mocny i jasny, by przebić się ponad duży zespół. Ja uważam, że nośność warunkują raczej bogate brzmienie, ciekawa barwa. Moje instrumenty są mocne, ale w małych salach zdarza im się wypadać ciszej w porównaniu z innymi.

W którym aspekcie pracy lutnika odnajdujesz największe pole do indywidualnego popisu artystycznego?

Tak naprawdę od początku do końca ta część stricte rzemieślnicza, w której dbamy o doskonałość, bo to ona ma wpływ na brzmienie, przenika się ze sztuką. Już tworzenie boczków do instrumentu - to, jak je wytniemy z kawałka drewna, sposób ich wyginania, grubość, waga czy elastyczność, to czynniki bardzo istotne dla brzmienia. Z drugiej strony, robiąc te boczki, mogę zostawić na nich czasem trochę śladów od narzędzia, na przykład od struga. Mamy wtedy takie małe ryski, które są prawie niedostrzegalne, ale w końcowym efekcie współtworzą pewien charakter tego instrumentu.

Charakter wizualny czy brzmieniowy?

Tu akurat wizualny. Dbałość o brzmienie i o aspekty wizualne idą równolegle, jednak nie zawsze są ze sobą powiązane. Bezpośrednio na brzmienie wpływa na przykład kształt sklepień, ale to, jak dużo śladów od narzędzia zostawię na nich pod lakierem, już nie aż tak. Może jednak reprezentować to, w jakim momencie swojego życia pracowałem nad danym instrumentem, jak bardzo się spieszyłem, jaki miałem na niego zamysł.

Doświadczone oko odróżni ślady narzędzi świadczące o tym, że ktoś był niechlujny i robił instrument w pośpiechu, od dowodów techniki pracy danego lutnika. Dobrze to widać na starych instrumentach: że w jednym miejscu jest taka faktura, w drugim inna; że tutaj była praca wykonana dłutem, a zaraz obok użyto cykliny. Dawniej lutnicy nie znali papierów ściernych, jakie mamy dziś. Do wygładzania drewna używano na przykład skrzypu polnego lub skóry z rekina, niekiedy da się zauważyć ślady ich stosowania. I te pojedyncze szczegóły są takim zapisem historii powstawania instrumentu, budują jego charakter i styl danego twórcy. Ale to jest jedna rzecz, drugą jest dźwięk, do którego dążymy. Tutaj doskonałość i precyzja są niezbędne, bez nich trudno będzie o kontrolę nad brzmieniem.

Klienci to doceniają?

Myślę, że tak, ale to dlatego, że ich uświadamiam. Wielu muzyków nie od początku zdaje sobie sprawę, jak dużo tkwi w instrumencie. Mój proces współpracy z klientem trwa minimum dwa-trzy miesiące. Jesteśmy w stałym kontakcie, wysyłam zdjęcia z bieżących postępów i jeśli tylko ktoś chce brać w tym udział, tłumaczę każdy poszczególny proces, dlaczego robię coś tak, a nie inaczej. Muzycy w tym czasie zadają mi różne pytania, często okazuje się, że nie byli świadomi tego, jak wygląda instrument wewnątrz albo że jakiś konkretny element ma aż tak duże znaczenie. Kiedy im to wytłumaczę, mam wrażenie, że ten końcowy produkt, jakim są ich skrzypce czy altówka, doceniają bardziej. Otrzymują coś, co nie ogranicza się już tylko do roli narzędzia pracy, ale w jakimś wymiarze staje się dla nich dużo ważniejsze i osobiste.

Rozmawiała Magdalena Mateja                                                     

*Piotr Pielaszek - wychował się w domu z lutniczymi tradycjami, wraz ze swoim ojcem prowadził pracownię lutnictwa artystycznego. Laureat dwóch pierwszych nagród w tegorocznej 14. edycji Międzynarodowego Konkursu Lutniczego. Na koncie ma także m.in. nagrodę i złoty medal za swoją altówkę zdobyte w prestiżowym konkursie w Mittenwaldzie (2018) oraz dwa złote medale za skrzypce w konkursie w Pradze (2017).

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2021