Czy miłość jest pojęciem na tyle skompromitowanym, że nie zasługuje już na pierwszy plan? Takie pytanie stawiają obecnie literaturze krytycy i czytelnicy, zresztą nie bez powodu. Tymczasem Pan już w tytule - "Kasperl i Margit" - zapowiada, że najnowsza powieść będzie właśnie o miłości.
Współcześnie dąży się do rozmontowywania różnych uczuć i wartości, które stanowią o sensie i pięknie życia. Chętniej niż o miłości mówi się o jej wynaturzeniach, traumach. Przyznaję, że rozmyślnie chciałem napisać coś na opak. Choć tworząc swoje książki, mam zarazem poczucie, że piszę zwykłe powieści, takie, jakie pisano od dwustu lat. Powieść w Polsce jest ostatnio w kryzysie, dręczy ją - a raczej jej autorów - uwiąd fabularny i poczucie własnej niemocy. Chcę pisać na przekór temu trendowi.
Tylko jak zachować balans, skoro początek XX wieku - epoka do której zaprosił Pan bohaterów, siłą rzeczy jest pełna traum, nędzy i wynaturzonych ideologii?
Ale była też pełna tych samych pragnień i emocji, co każda inna epoka. Człowiek wtedy tak samo starał się być człowiekiem jak dziś. Miłość walcząca z przeciwnościami losu to temat melodramatyczny, a ja pisałem "Kasperla i Margit" właśnie jako melodramat - czyli romans, nad którym wisi zgubne fatum. Myślę, że melodramat to jedna z najbardziej uniwersalnych fabuł, a pierwsze dziesięciolecia XX wieku, z całym tym "brudem", o którym pani mówi, były właśnie czasami melodramatycznymi: świat się bardzo szybko zmieniał, ginęły stare formy i gwałtownie rodziły się nowe, szerzyła się nędza i szaleństwo. Ocalenie własnego człowieczeństwa, własnych uczuć, w takich właśnie czasach, to temat, który aż się prosi o pióro powieściopisarza.
Poza tym mam w sobie nadrzędną dyrektywę, powiedziałbym, etyczną: pisząc o wydarzeniach, czasach i sprawach trudnych i mrocznych, nie wolno mi wydawać człowieka na pastwę rozpaczy. Moje książki nie niosą prostych pocieszeń, ale staram się, by wyzwalały w czytelniku katharsis, wzruszały go i oczyszczały, zamiast go odzierać z nadziei.
Pewnie dlatego Kasperl, choć z ulicy i zaułków, to jednak śmieje się do ludzi (i z ludzi) i po swojemu komentuje rzeczywistość, na przykład głośny przyjazd Paderewskiego do Poznania... A właściwie nie Paderewskiego, a Pazurowskiego! Skąd wziął się Pazurowski?
Z anegdoty. W książkach o powstaniu wielkopolskim można przeczytać, że gdy 26 grudnia 1918 do Bazaru przybywały liczne delegacje, by powitać Ignacego Jana Paderewskiego, znaleźli się wśród nich chłopi spod Szamotuł, a między nimi najstarszy mieszkaniec tamtych stron, który po powrocie do domu opowiadał: "Pazurowski jak Pazurowski, ale jak mi Pazurowska gęby dała (czyli całusa), to mi do dzisiaj słodko".
Z kolei język Kasperla to gwara poznańska, ale nie tylko...
Jest mieszanką gwary, mojego własnego stylu, którym go obdarzyłem - bo Kasperl jest urodzonym poetą - oraz języka sowizdrzalskiego, komediowego. Ten ostatni to język wywracający porządki. Stąd przekręcanie słów czy nazwisk.
Gwarę zapożyczył Pan ze słownika czy z języka, który da się jeszcze usłyszeć na ulicy?
Usłyszeć można już tylko drobną cząstkę dawnej gwary. Wszystkie gwary i dialekty przemijają, z dobra powszechnego stają się dobrem kulturowym. Na szczęście gwara poznańska jest otoczona troskliwą opieką badaczy, leksykografów, pisarzy. Ze słuchu wziąłem tylko podstawy: garść słów i zwrotów, charakterystyczną intonację. Reszta pochodzi z lektur, z osłuchania w gawędach Juliusza Kubla i Stanisława Strugarka, ze słowników. W moich książkach zawsze dbam o to, by świat, jaki tworzę, mówił własnym, indywidualnym językiem. To niełatwe zadanie, ale też wielka frajda odtwarzać dialekty i gwary.
Ale także postaci, jak choćby postać Marycha. Choć powieściowy Pan Marych to nie do końca ten sam, którego stworzył wspomniany już Juliusz Kubel.
Stary Marych z "Blubrów..." Juliusza Kubla to był porządny człowiek, echt Poznaniok, a mój Marych to bandzior. Niewiele ich łączy. Ale zapożyczając to imię, znane wszystkim w Poznaniu, chciałem oddać hołd dziełu pana Kubla, a także Marianowi Pogaszowi, który obdarzył Marycha swoim głosem. Podobnie zapożyczyłem imię Frącka - w "Blubrach..." należy do żony Marycha, u mnie do starej akuszerki. To inni bohaterowie, choć zarazem jedni i drudzy są bardzo poznańscy, pozostają więc w tym samym kręgu literacko-folklorystycznej fikcji. Chciałbym, żeby czytelnik z Poznania natychmiast rozpoznawał to uniwersum.
Czy w ramach "location scautingu" - dokumentacji miejsca, której dokonuje się najczęściej dla celów filmowych, ale coraz częściej literackich - spacerował Pan po Chwaliszewie i innych częściach Poznania, poszukując miejsc, z których wywodzą się Pana bohaterowie?
O tak! Moje kwerendy zawsze są wielopoziomowe: prócz czytania książek oglądam wiele fotografii i filmów, słucham muzyki związanej z tematem. Jeśli moja powieść rozgrywa się w miejscu, które realnie istnieje, oglądam je dokładnie. Staram się wytworzyć sobie w głowie jakby trójwymiarową makietę - w tym przypadku dawnego Poznania. Nie dałoby się tego zrobić bez drobiazgowych oględzin.
Dawne Chwaliszewo zachowało się szczątkowo: unicestwiła je II wojna, a potem zasypanie starego koryta Warty. Na szczęście, jakby symbolicznie, zachowała się resztka kamienicy, w której przyszedł na świat i mieszkał w dzieciństwie mój Kasperl - to znany pustostan Czartoria 5. Spędziłem wiele godzin, chodząc po mieście, zarówno sam, jak i z wycieczkami po fyrtlach, które organizują poznańscy przewodnicy turystyczni. W podobny sposób przygotowałem się do napisania rozdziału o walkach o Szubin podczas powstania wielkopolskiego - po przeczytaniu wszystkiego, co tylko wpadło mi w ręce, po obejrzeniu map i zdjęć pojechałem do Szubina i przeszedłem pieszo cały szlak, który w mojej powieści przeszedł ze swoim oddziałem Kasperl. Zwiedziłem też Berlin i kilka innych miejsc.
Dopiero gdy zdobędzie się dokładną wiedzę historyczną na temat jakiegoś miejsca, może zacząć pracować wyobraźnia. Wtedy można pominąć wiele faktów, które się poznało, i wypełnić te miejsca fikcją. Nie będzie wówczas wrażenia fałszu, nawet jeśli autor pomyli się w jakichś drobiazgach.
Kasperl i Margit to także bohaterowie ulicznego teatru lalkowego. Lalki okazują się w tej powieści bardzo ważne. Skąd taki wybór?
Teatr lalkowy lubię od lat, od dawna chciałem napisać coś o lalkarzach. To piękna dziedzina sztuki, niesłusznie niedoceniana. Marionetki i pacynki mają w sobie magię - są aktorami, niby ludźmi, a zarazem są odmiennymi istotami, przynależą do świata nieożywionego, który ożywa w rękach lalkarza jakby za sprawą alchemicznych zabiegów. Relacja między lalkarzem a lalką skłania do refleksji nad wolnością i losem: czy nami także ktoś kieruje? W jakim stopniu? Marionetka to sugestywna metafora. Moja Margit dopiero jako lalkarka staje się w pełni wolna. Może tego właśnie potrzebowała?
Powiedział Pan, że inspirował się powieściami sprzed 200 lat, a przecież wiemy, że pisarze tacy jak Prus, Sienkiewicz czy chociażby Dickens pisali swoje utwory w odcinkach, przez co mieli naprawdę dużo czasu na ułożenie całej historii. Jak długo pisał Pan najnowszą powieść?
Może aż tak dawną powieścią nie inspirowałem się w sensie dosłownym, ale tą sprzed stu lat jak najbardziej: autorzy tacy jak Tomasz Mann, Stefan Zweig czy Maria Dąbrowska patronowali mi podczas pisania "Kasperla i Margit". Pisać w odcinkach nie umiałbym, ale "Kasperla..." napisałem w stanie, można rzec, pełnego zanurzenia: przez dwa lata zajmowałem się wyłącznie tym, niczym innym. Jeśli jakiś projekt mnie wciągnie, poświęcam mu się całkowicie i potrafię wtedy przyswajać spore ilości wiedzy. A samo pisanie "Kasperla i Margit" było dla mnie szalenie płynne, radosne, nie stawiało oporu. Pisanie nie jest dla mnie męką; jest wielkim wysiłkiem, ale bardzo przyjemnym.
Dał się Pan poznać czytelnikom nie tylko jako pisarz, ale również tłumacz opowiadań grozy i promotor twórców takich jak Arthur Machen czy lord Dunsany, którzy także byli zanurzeni w grozie. Zastanawiam się, czy umieszczenie w powieści Friedricha Murnau i wątku kina ekspresjonistycznego to mrugnięcie okiem do czytelników, którzy przyszli do Pana od Lovecrafta i Machena, czy tak po prostu ułożyły się ścieżki Kasperla i Margit?
Arthura Machena i Lorda Dunsany'ego tłumaczyłem już jako rozpoznawalny pisarz, Lovecraft rzeczywiście był sporo wcześniej. Jeszcze wcześniej napisałem książkę o Stanisławie Lemie, który fascynował się m.in. perspektywami stwarzania sztucznego życia, niejako cyfrowych golemów, i inspirował się literaturą grozy. Wszystko więc krąży u mnie mniej więcej po tej samej orbicie, tyle że dość rozległej.
Jako prozaik nie mam skłonności do pisania utworów niesamowitych, pewnie dlatego że dążę do poszerzania i rozwijania konwencji, nie lubię się nimi ograniczać. Ale słusznie pani zauważyła: nie ma tu przypadków. Friedrich Murnau musiał się w "Kasperlu i Margit" znaleźć, bo zaintrygował mnie jako postać, jako człowiek, a przy tym, rzecz jasna, inspirowało mnie jego kino, choć nie tylko jego. "Kasperl..." jest jak niemiecki film z lat 20. XX wieku, czarno-biały (proszę poszukać w tej książce nazw kolorów - znajdzie ich Pani bardzo niewiele), pełen mocnych kontrastów i głębokich cieni, bardzo ekspresyjny, zainteresowany mrokami ludzkiej duszy, a także granicami ludzkiej wolności; o tym mówi choćby "Gabinet doktora Caligari" Roberta Wienego.
Niesamowitość fascynuje mnie jako estetyczny sposób ujmowania spraw metafizycznych. Kim jesteśmy? Skąd się wzięliśmy? Co będzie po śmierci? Czy kieruje nami fatum? Językiem powieści czy filmu grozy można dotrzeć tam, dokąd nie dojdzie się ścieżką realistyczną. Ale mimo wszystko uważam się za pisarza realistycznego. Unikam na przykład konwencji realizmu magicznego, która się mocno spospolitowała i zużyła. Może powinienem ukuć nowy termin na swoje pisarstwo: realizm niesamowity?
Rozmawiała Izabela Zagdan
- Maciej Płaza, "Kasperl i Margit"
- Wydawnictwo Literackie
© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2026