Komunikaty

pagina

Aktualności

Pominąłeś menu

menu

Muza kapryśną jest

- Wychodzę z założenia, że naprawdę mądry człowiek, nie cwany, nie przebiegły, nie chytry, jest człowiekiem dobrym - mówi Paweł Kuszczyński - poeta, odznaczony m.in. Srebrnym Medalem "Labor Omnia Vincit" (Praca wszystko zwycięża) i Medalem "Zasłużony Kulturze - Gloria Artis", prezes Poznańskiego Oddziału Związku Literatów Polskich.

Starszy mężczyzna stoi na miejskim skwerze, ma założone ręce. - grafika artykułu
Paweł Kuszczyński, fot. Grzegorz Dembiński

Pretekstem do naszej rozmowy są "Wiersze zebrane", ostatnia Pana książka. Układ nie jest chronologiczny, jest jakiś klucz?

Nie, to mój cały dorobek poetycki, a wydaje mi się, że napisałem sporo dobrych wierszy, na które warto zwrócić uwagę czytelnika.

W jednym z pierwszym wierszy tomu przeczytałem wers "za szybko z dzieciństwa wygnany", co to znaczy?

Jako młody chłopak musiałem szybko dojrzeć, bo codziennie wcześnie rano wychodziłem z domu we wsi Dobra, by zdążyć na autobus do Kalisza, gdzie ukończyłem liceum pedagogiczne. W niejednym moim wierszu przewija się wątek powrotu do świata dzieciństwa, jeden wręcz kończę kodą, że "dzieciństwo przez całe życie będzie mnie kołysać".

Jak to się stało, że chłopak z Dobrej został poetą?

Pierwsze wiersze zacząłem pisać dla mojej żony, jako 20-latek, to były takie juwenilia [wczesne utwory literackie, tworzone w młodości - przyp. red.], nie ma ich w tomie "Wierszy zebranych". Ale już kilka lat później, w roku 1962, zostałem laureatem Poznańskiej Jesieni Poetyckiej. Przewodniczącym jury był nie byle kto, bo Anatol Stern, i wtedy też miałem pierwszy kontakt z wyjątkowym krytykiem literackim, Arturem Sandauerem, z którym rozmawiałem, ba, przyjaźniłem się później z jego żoną, Erną Rosenstein, też poetką i sławną malarką, członkinią Grupy Krakowskiej.

Manifest polskiego futuryzmu, "Nuż w bżuhu" Sterna, napisany na spółkę z Brunonem Jasieńskim, do dziś inspiruje młodych poetów, choć ja cenię bardziej scenariusze filmowe Sterna, jak pamiętny "Profesor Wilczur". Pana wiersze są jednak refleksyjne, wręcz momentami religijne. Kto był Pana poetyckim guru?

Oczywiście Mieczysław Jastrun, z którym spotykałem się w Warszawie i okazjonalnie w Poznaniu. Podziwiałem książkę "Między słowem a milczeniem", jego eseje na temat literatury, szczególnie poezji. No i tłumaczenia, bo Jastrun był kongenialny, wystarczy sięgnąć po wiersze Rilkego.

Jakiś poeta jeszcze Pana fascynował?

Zdecydowanie Julian Przyboś.

W Pana wierszach można też dostrzec inspiracje malarstwem...

Dorabiałem jako pilot wycieczek i jednego razu w Ermitażu tak się zapatrzyłem w obraz Rembrandta "Powrót syna marnotrawnego", że zapomniałem na chwilę o swoich klientach. Nagle słyszę zniecierpliwione głosy: "Panie pilocie, jedziemy już!". A ja stałem zamyślony, wpatrzony w obraz ukazujący scenę z jednej z najpiękniejszych dla mnie, pod względem psychologicznym, przypowieści z Ewangelii. Stąd też wiersz poświęcony płótnu Rembrandta, na którego temat korespondowałem z arcybiskupem Józefem Życińskim, felietonistą "Tygodnika Powszechnego".

Dłonie ojca na obrazie Rembrandta, gdy wita syna marnotrawnego, są wielce symboliczne, gdyż jedna ma kształt dłoni kobiecej, a druga męskiej. Matka synów w przypowieści ewangelicznej jest nieobecna. W jednym z wierszy Pan wprost artykułuje tęsknotę za dotykiem matki.

Moja matka zmarła na tężec, gdy miałem 2 latka i 8 miesięcy. Upłynęło wiele czasu, nim zdołałem przywołać ją w swojej pamięci, bo ona jest piękną tajemnicą, której zupełnie nie znam - ale jest mi zawsze bliska i myślę, że się spotkamy tam po drugiej stronie. W moim pokoju, pośród książek, wisi portret mojej mamy.

Kolejny wiersz poświęcił Pan obrazom Vermeera, fascynuje Pana światłocień...

Światłocień też, ale również obrazy Wyspiańskiego i Weissa czy choćby Erny Rosenstein.

Wracając na chwilę do Pana dzieciństwa, zwrócił moją uwagę wiersz z dedykacją dla Wiesława Myśliwskiego, mają Panowie dość podobne życiorysy...

To był jeden z największych powojennych prozaików, wiedział o moich recenzjach jego książek. Gdy odbierał Poznańską Nagrodę Literacką, spotkaliśmy się, by porozmawiać przez dobry kwadrans o literaturze.

W wierszach można odnaleźć też fascynacje muzyczne, poznał Pan Góreckiego?

Tak, znałem Henryka Mikołaja Góreckiego osobiście. Gdy przejechał do Poznania, do Teatru Polskiego, to mogłem z loży podziwiać jego dzieła. Był taki okres w jego życiu, że czuł się przygaszony przez Pendereckiego, którego wybitnie wręcz hołubiono, ale dziś to muzyka Góreckiego jest bardziej znana na świecie, jak choćby "Symfonia pieśni żałosnych". Mogę nawet powiedzieć, że nasze rozmowy telefoniczne trochę go uspokajały.

Dramatyczna historia Polski też przewija się przez Pana twórczość...

Historią zawsze się interesowałem, jestem też członkiem zarządu Towarzystwa Pamięci Powstania Wielkopolskiego.

Brunona Jasieńskiego kazał zabić Stalin, podobnie jak polskich oficerów w Katyniu, a wśród nich jedyną kobietę, Janinę Lewandowską...

Rosjanie są bezwzględni. Dedykowałem więc wiersz córce generała Józefa Dowbor-Muśnickiego, dowódcy powstania wielkopolskiego. Nie wiem, czy Pan wiedział, że wrocławscy uczeni odnaleźli czaszkę Janiny Lewandowskiej i została pochowana obok ojca, na cmentarzu w Lusowie. Gdzieś tam w zaświatach odnajdują szczęście.

Wierzy Pan w dobro, sądząc po tomiku "Mądrość dobra"?

Wychodzę z założenia, że naprawdę mądry człowiek, nie cwany, nie przebiegły, nie chytry, jest człowiekiem dobrym. Dlatego napisałem wiersz "Tak będzie", który zwrócił uwagę krytyków poezji i zebrał pozytywne recenzje.

Czytając "Tak będzie", pomyślałem, że to osobista wersja "Listu do Koryntian" napisanego przez św. Pawła, Pan patrona.

Wierzę, że wszystko ma sens, nie ma przypadków. Dlatego też dedykuję jeden z wierszy ks. prof. Markowi Hellerowi, którego książki bardzo cenię.

7 czerwca skończył Pan 87 lat, jakieś marzenia? Co chce Pan jeszcze zrobić w życiu?

Chciałbym wydać jeszcze jeden tomik z nowymi wierszami. Choć muszę przyznać, że to już nie to natchnienie, co kiedyś, gdy wiersz o Marku Obarskim napisałem w kilka minut i zaraz potem kolejny. Teraz trzeba czekać i kilka miesięcy.

Muza kapryśną jest...

Oj, wybitnie kapryśna bywa, zwłaszcza w dojrzałym wieku.

Rozmawiał Przemysław Toboła

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2026