Dwa koncerty, które odbyły się w niedzielny wieczór w Scenie Na Piętrze, a które były podsumowaniem dziesiątej edycji festiwalu Made in Chicago, mogły usatysfakcjonować najwybredniejszych słuchaczy. Raz jeszcze okazało się, że wrażliwi artyści znajdują się w każdej części świata; że dialog między instrumentalistami z Chicago a tymi z Poznania jest nie tylko możliwy, ale może przynosić szalenie interesujące efekty. Co jednak chyba najważniejsze: był to głęboki pokłon oddany tradycji przez wszystkich uczestników niedzielnych koncertów.
Świadomość kulturowego dziedzictwa; wiedza o tym, co tworzyli wielcy poprzednicy są dla artystów, których słuchaliśmy, punktem wyjścia do własnych poszukiwań, do tworzenia autorskiej muzycznej kreacji. Przejawia się ona w różnych estetycznych odcieniach - bo jest to właśnie kwestia autorskiego komentarza albo umiejętnego dopisywania własnego rozdziału muzycznej historii.
Muzyczne mosty...
Tak się ciekawie złożyło, że każdy z dwóch niedzielnych koncertów, znów w niemal symboliczny sposób, wiązał się z jedną z dwóch rocznic celebrowanych w Poznaniu przez tych kilka dni. Grający w pierwszej części zespół Artifacts to nie tylko trio złożone z trzech ważnych dziś i prominentnych postaci środowiska AACM (chicagowskiego Stowarzyszenia Wspierania Kreatywnych Muzyków). W jego repertuarze zabrzmiały kompozycje czołowych muzyków wybitnych przedstawicieli w historii tego nurtu. Zresztą formacja powstała właśnie z myślą o celebrowaniu półwiecza AACM.
Druga część wieczoru z kolei w sposób oczywisty nawiązywała do kończącej się właśnie pierwszej dekady festiwalu Made in Chicago: na scenie pojawiła się formacja (może trafniejsze byłoby tu znienawidzone przez wielu słowo: projekt) złożona z muzyków pochodzących z Chicago i z Poznania - by wspólnie kreować muzyczny świat. Artystów na scenie było, nie przypadkiem, dziesięcioro, aby symbolom stało się zadość.
W przeszłość
Najpierw jednak sceną zawładnęło trio Artifacts. Choć termin "zawładnęło" zdaje się być w tym przypadku nieco dwuznaczny. Muzyka zespołu była bowiem bardzo finezyjna, nienachalna, nienarzucająca się, ale jednak - z drugiej strony - robiąca naprawdę kolosalne wrażenie.
Myślę, że występ tego tria był w ogóle jednym z ważniejszych - w sensie artystycznym - wydarzeń w całej historii imprezy. Porozumienie, jakie osiągali na scenie muzycy, jakość oraz siła ich wspólnej kreacji pozwalały wręcz przyrównywać ją do największych dokonań chicagowskiej sceny muzycznej. Decydują o tym nie tylko umiejętności techniczne, nie tylko zlepek doświadczeń poszczególnych członków tria, ale również splot ich niezwykłych scenicznych osobowości. Bo równie ważne, co granie było tu słuchanie (wzajemne słuchanie partnerów na scenie i zasłuchanie w jazzowej tradycji); bo poza błyskotliwym współbrzmieniem instrumentów istotna była tu chyba też harmonia dusz.
Koncert pozostawił wrażenia rewelacyjne. Flecistka Nicole Mitchell, wiolonczelistka Tomeka Reid oraz perkusista Mike Reed potrafili wyprowadzić swe muzyczne porozumienie na absolutnie najwyższe szczyty. Wszyscy troje bywali już w Poznaniu wielokrotnie, ale myślę, że nie to decydowało o jakości ich muzyki (choć zapewne lepiej się gra w miejscu, gdzie artysta czuje się akceptowanym, czuje się "jak u siebie"). Decydująca była harmonia między tym triem - i to z niej rodziły się tak wielkie przeżycia, tak piękne dźwięki. A w repertuarze były, jak wspomniałem, utwory wielkich chicagowskich artystów. Słuchaliśmy więc kompozycji trzech bodaj najwybitniejszych artystów, którzy zagrali w dziesięcioletniej historii poznańskiego festiwalu: Roscoe Mitchella, Freda Andersona i Henryego Threadgilla, ale też innych gigantów: Anthony'ego Braxtona czy Leroya Jenkinsa i wielkich z młodszego pokolenia: Jeffa Parkera czy Edwarda Wilkersona.
Między Chicago a Poznaniem
W drugiej części wieczoru na scenie spotkało się pięcioro artystów chicagowskich i pięciu poznańskich. Z jednej strony gwiazdy zza oceanu: saksofonista Mwata Bowden, perkusista Mike Reed (tak, po raz drugi tego dnia na scenie!), wokalistka Dee Alexander, skrzypaczka Renee Baker i gitarzysta Mike Alemana. Z drugiej strony: trębacz (grający też m.in. na flugerhornie i waltorni) Maciej Fortuna, kontrabasista Ksawery Wójciński, pianista Krzysztof Dys, saksofonista Maciej Kociński i puzonista Piotr Banyś. Zresztą mówienie o "stronach" jest tu lekkim nadużyciem, bo artyści i na scenie byli odrobinę przemieszani i - przede wszystkim - ich wspólna kreacja była próbą - bardzo udaną - wyjścia poza jakiekolwiek (w tym geograficzne czy narodowe) schematy.
W pierwszych dwóch utworach - zapewne własnego autorstwa - całością dyrygował, grając jednocześnie na instrumentach, Maciej Fortuna. Później pałeczkę lidera przejęli w kolejności Baker i Bowden. Tym, co najbardziej zachwycało w ich zbiorowym wykonaniu była autentyczna i udana próba budowania wspólnoty, była umiejętna próba wyjścia poza wszelkie ograniczenia. Zachwycała też niezwykła radość i energia bijąca ze sceny. To była próba grania muzyki swobodnej, to znaczy wolnej, to znaczy również: nie zawsze łatwej w odbiorze. Ale też pewną surowość, chropowatość czy eksperymentalność nadrabiała ona ujmującą spontanicznością i pozytywnym przesłaniem.
Dekada
Była jeszcze trzecia część niedzielnego wieczoru. Ta już mniej oficjalna. Festiwalowi artyści powrócili po pewnym czasie na scenę, by w ramach jam session pogłębiać jeszcze twórczą integrację między narodami i między pokoleniami...
Dziesiąta edycja Made in Chicago zakończona. Nie ma wątpliwości, że przez te dziesięć lat w Poznaniu - na tych kilku scenach, na których koncerty się odbywały - wydarzyło się wiele rzeczy wspaniałych. Że festiwal wyrósł na jedną z najważniejszych imprez w kalendarzu kulturalnym Poznania; jedną z tych, którymi naprawdę możemy się chwalić. Grali tu wspominani wcześniej giganci muzyki improwizowanej i wielu innych, naprawdę rewelacyjnych twórców. Mogliśmy patrzeć na to jak rosną ich talenty, ich sława, ich osobowości. I zakończony właśnie dziesiąty festiwal był tej dekady świetnym podsumowaniem.
Co będzie dalej? Czy impreza rzeczywiście zostanie przeniesiona na wiosnę? Jak sprawdzi się taki pomysł? Przekonamy się niebawem.
Tomasz Janas
- Made in Chicago: Artifacts; Chicago Poznań Exchange
- 29.11
- Scena Na Piętrze