Komunikaty

pagina

Aktualności

Pominąłeś menu

menu

Ślady, tropy, znaki

Krzysztof Stasiewski i Jan Waligóra, opozycjoniści z czasów PRL-u, wydali album "Sztuka oporu (1976-1989) - Twórczość opozycji antykomunistycznej w Wielkopolsce w latach 1976-1989 jako przejaw oporu społecznego przeciw władzy komunistycznej". Jak powstało to opracowanie i co w nim znajdziemy? 

Dwaj mężczyźni trzymają w rękach książkę-album - grafika artykułu
Jan Waligóra i Krzysztof Stasiewski (z prawej) z albumem, fot. Grzegorz Dembiński

Przemysław Toboła: Mamy przed sobą wydany właśnie fenomenalny edytorsko album "Sztuka oporu". Zastanawiam się, dlaczego wyszedł tak późno?

Jan Waligóra: Zbieraliśmy się już od dłuższego czasu, by podjąć temat twórczości artystycznej wielkopolskiej opozycji, ale zawsze coś stało na przeszkodzie, a była to, jak zwykle, "kasa". Nie chcieliśmy zrobić byle czego, tylko wydać to na edytorsko wysokim poziomie i maksymalnie wykorzystać materiały ikonograficzne, by uzyskać dobry efekt wizualny i edukacyjny naszego albumu. Dzisiaj się kupuje oczyma, więc pomysł musiał trochę odstać.

Za kilka miesięcy będziemy obchodzili 70. rocznicę Poznańskiego Czerwca i 50. rocznicę Czerwca 1976. Czy pamiętacie pierwsze samizdaty (samodielnoje izdatielstwo - własnoręcznie wykonane wydawnictwa tzw. drugiego obiegu, poza cenzurą komunistyczną), jakie dostaliście do ręki? A może są one w albumie?

Krzysztof Stasiewski: Pamiętam ulotkę napisaną na maszynie i przyklejoną w tramwaju w roku 1977, która mówiła o protestach robotniczych w Ursusie i Radomiu.

Ja pierwszą bibułę (nielegalne wydawnictwo - przyp. red.) dostałem do ręki w 1978 roku od kolegi z liceum, Błażeja Marchwickiego, który wręczył mi po kryjomu, w dowód zaufania, "Biuletyn KOR-u". Przeglądając karty albumu Sztuka oporu, poczułem się jak bohater W poszukiwaniu straconego czasu...

K.S.: Pierwszą bibułę to my sami zrobiliśmy, to był prawdziwy samizdat!

J.W.: Chodziliśmy do liceum nr IX w Poznaniu. Jedni koledzy z nas się śmiali, inni patrzyli na nas jak, delikatnie mówiąc, nie do końca normalnych. A my w 1978 roku robiliśmy plakaty dotyczące obrony Lwowa (1918-1919) i rozwieszaliśmy je w tramwajach.

K.S.: Matrycę do odbitek wyryłem w linoleum z płytki PCV wyrwanej gdzieś na korytarzu, a dłutko kupiłem w Składnicy Harcerskiej. Na linoryt był przeniesiony wzór medalu wybitego na cześć obrońców Lwowa, z wierszem o jego obronie, kończący się frazą "Lwów był i będzie nasz". Dziś moglibyśmy zostać oskarżeni o szowinizm...

J.W.: Ale za komuny świat podzielony żelazną kurtyną wyglądał zupełnie inaczej i dla nas najważniejszy był głosu przeciw okupacji sowieckiej.

A jaką Ty pamiętasz pierwszą przeczytaną bibułę?

J.W.: Czytałem dużo książek paryskiej "Kultury", które dostawałem od różnych znajomych. Mieliśmy kolegę ze studiów, którego ojciec był szefem poznańskiego oddziału Polskiej Agencji Prasowej. Biuletyny, które trafiały do redakcji, były nieocenzurowane, były więc dla nas niesamowitym źródłem prawdziwych informacji; do dziś mam ich całą piwnicę. Może uda się je wykorzystać najpierw na stronie internetowej "Sztuka oporu", którą tworzymy, a potem zobaczymy... Kto wie, może ukażą się w kolejnym albumie.

K.S.: Źródeł prawdziwych informacji można było też szukać w konsulacie USA, który mieścił się w Poznaniu przy ul. Chopina. Tam była biblioteka, do której zapisałem się z kolegą w końcu lat 70. Nie znałem co prawda języka angielskiego, ale mogłem oglądać albumy czy filmy, choćby o festiwalu Woodstock. Były też roczniki "New York Timesa", które przeglądałem z ciekawością, i znalazłem wydanie poświęcone zbrodni w Katyniu. Poprosiłem bibliotekarkę, by mi przetłumaczyła tekst i zrobiła odbitki stron gazety. Do dziś mam tamte kserokopie. Na jej podstawie powstała ulotka, którą potem rozwieszaliśmy na murach Poznania.

Krzysztofie, byłeś aktywnym opozycjonistą Solidarności Walczącej, wielokrotnie zatrzymywanym, miałeś częste rewizje esbeków w Twoim mieszkaniu. Jak przetrwały materiały, które stały się podstawową kolekcją do albumu "Sztuka oporu"?

K.S.: Miałem swoje sposoby ukrywania, ale przede wszystkim to zasługa mojej mamy, która potrafiła sprytnie pochować ulotki i druki w różnych skrytkach, np. w kartonach po proszku do prania. Była też obozowa twórczość z okresu mojego internowania w Gębarzewie i Kwidzyniu, którą przekazywałem mamie potajemnie podczas widzeń. Ona po powrocie do domu chowała to w rozmaite miejsca, o których czasem zapomniała, i ja po 20 latach odnajdywałem w jakiejś puszce po kawie zapakowane w cieniutką bibułkę grypsy więzienne czy znaczki wybijane w obozie, produkowane przede wszystkim przeze mnie. A zależało mi wtedy, by jak najwięcej materiałów wypuścić za mury. 

J.W.: Po latach myślę, że to było dość prozaiczne. Jak materiały były już wydrukowane, to się je ukrywało, a jak były potrzebne, to się je wyciągało i kolportowało. Ale całościowo patrząc, zdecydowana większość przepadła bezpowrotnie. 

K.S.: Pomysły skrytek były rozmaite. Koperta z cenną zawartością leżała schowana w piecu, z którego przezornie wyjąłem rury, by nikt nie rozpalił ognia. Generalnie zasada była taka, by nie trzymać bibuły w swoim domu, najwyżej kilka sztuk, by esbecy byli zadowoleni, że coś znaleźli. Nie zrywali wtedy podłóg, nie bebeszyli tapczanów, nie zrzucali książek z regałów, generalnie rzec można, że zachowywali się kulturalnie. Rolki filmów z aparatu fotograficznego Janek schował w słupkach ogrodzenia tarasu i tak ocalały. 

J.W.: To wymyślił mój tata, który słupki zabetonował. Potem nie pamiętaliśmy w którym, ale udało się je odnaleźć.

Czy fotografie z tych filmów są w albumie "Sztuka oporu"?

J.W.: W tym albumie ich nie ma, bo naszym problemem przy pracy nad tym wydawnictwem nie był brak materiałów, ale trudność z decyzją, jaką objętość ma mieć nasza publikacja, by była atrakcyjna dla potencjalnego czytelnika. Koszt (jej wydania) nie był mały, ze względu na wysoką jakość edytorską albumu.

Skoro materiałów archiwalnych macie pod dostatkiem, to jakie były zasady selekcji, która przyniosła tak spektakularny efekt?

K.S.: To była ciekawa sytuacja, bo Janek przyszedł do mnie w zupełnie innej sprawie i ja go zagadałem, że mam zbiory z czasów opozycji antykomunistycznej, i pokazałem mu je. On zaczął je przeglądać i powiedział, że to trzeba wydać, że to są piękne rzeczy, a mało kto o nich wie. Nie wierzyłem, że coś z tego będzie...

Kiedy to było?

J.W.: Około półtora roku, może dwa lata temu narodził się pomysł wydania albumu i dość szybko zaczęliśmy działać. Szukaliśmy finansowania dla naszego wydawnictwa i okazało się, że to nie jest takie proste, nie ma co ukrywać. Pytaliśmy w biznesie, ale to jest ciężka sprawa, więc przesunęliśmy akcenty w naszym albumie przede wszystkim na walor edukacyjny, a wspomnieniowy postawiliśmy na drugim miejscu. Jak już zrobiliśmy album, chcieliśmy go udostępnić młodzieży, która nie zna dobrze czasów PRL-u, bo komedie Stanisława Barei, jak Miś czy Alternatywy 4, to nie wszystko. I przekonaliśmy ludzi z Urzędu Marszałkowskiego Województwa Wielkopolskiego. Nie ukrywam, że byłem zdeterminowany, żeby album wydać, bo chciałem przede wszystkim uhonorować Krzysztofa, który tyle przeszedł w swoim życiu opozycjonisty w czasach PRL-u. Przecież był internowany i siedział w więzieniu. To naprawdę nie było nic miłego, a dziś nie jest właściwie doceniane. 

Wracając do selekcji materiałów, czy było to trudne ze względu na Wasze zaangażowanie emocjonalne?

J.W.: Na samym początku wybraliśmy wiodące materiały, bez których nie wyobrażaliśmy sobie wydania naszego albumu, takie "wzorce z Sevres" dla Sztuki oporu, jak np. róża z Gębarzewa, a potem zaprosiliśmy do współpracy Annę Woźniak, artystkę, z którą pracujemy razem od wielu lat, żeby zaprojektowała całość. Znamy się dobrze i byłem spokojny co do wartości merytorycznej jej decyzji plastycznych. Wiedziałem, że jak jej się coś nie spodoba, choćby kolorystyka naszych pomysłów, to będzie nas inspirowała do poszukiwania innych rozwiązań. Bo przecież nasz album to nie jest pozycja historyczna, lecz bardziej popularnonaukowe przedstawienie street artu lat 80. z Poznania.

Skoro materiałów macie w bród, to czy będzie kolejny album? Macie takie marzenie?

K.S.: Finanse są tu kluczowe. Na razie skoncentrujemy się na rozbudowie strony internetowej "Sztuka oporu" do formy portalu. Zapraszamy na sztukaoporu.pl. 

Rozmawiał Przemysław Toboła

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2026