Komunikaty

pagina

Aktualności

Pominąłeś menu

menu

Bez wątpienia jest jednym z najważniejszych autorów i wykonawców piosenek w naszym kraju ostatnich trzech dekad, klasycznym przykładem artysty określanego mianem singer-songwriter. Oczywiście były wśród jego utworów niekłamane arcydziełka, takie jak "Niebo do wynajęcia", "Zapiszę śniegiem w kominie" czy "Trzymaj się wiatru, kochana", ale jego dorobek to mnóstwo fantastycznych utworów. Będzie się można o tym przekonać już niebawem, bowiem Robert Kasprzycki w trzecią niedzielę kwietnia zaśpiewa w Poznaniu.

Mężczyzna z gitarą, śpiewa do mikrofonu. - grafika artykułu
Robert Kasprzycki, fot. materiały prasowe

Rzadko koncertuje Pan w Poznaniu. Tymczasem teraz przybywa Pan do nas po raz drugi w odstępie kilku tygodni. Poprzedni występ był o tyle nietypowy, że stanowił część wieczoru z muzyką szantową. Lubi Pan szanty, czuje związek z tą muzyką?

To był dość wyjątkowy koncert, przyjechałem na zaproszenie ekipy okołoszantowej, która ma w poznańskim klubie Krąg swoje miejsce spotkań. Co do szant - dobrze zaśpiewane mają ciekawą moc: jednoczącą, towarzyską, dość często wyrastającą z ludowej muzyki angielskiej czy irlandzkiej, która jest jednym z moich ulubionych źródeł folkowych.

Przyznał Pan gdzieś, że przełomem w Pańskim życiu było zdobycie głównej nagrody na Festiwalu Piosenki Studenckiej w Krakowie w 1992 roku. To był w ogóle ciekawy czas tego festiwalu. Między rokiem 1987 a wspomnianym 1992 jego zwycięzcami byli m.in.: Mariusz Lubomski (ex-aequo z kabaretem Potem), Renata Przemyk, Raz Dwa Trzy, Krystyna Stańko z zespołem For Dee, wreszcie - Robert Kasprzycki. Same wspaniałe i ważne do dziś postaci. Czy ten festiwal kreował zjawiska, czy tylko "odnotowywał" ich obecność?

Przypuszczam, że kreował do 1990 roku, kiedy triumfatorem był zespół Raz Dwa Trzy, a bodaj rok wcześniej Renata Przemyk. Ja zagrałem na festiwalu, który, nawiązując do poprzedniego pytania, zwijał żagle. Niemniej, udało się nam jeszcze zagrać finał festiwalu w hali Wisły dla paru tysięcy widzów. I to dwukrotnie.

Czy to był jakoś szczególnie (albo jeszcze) dobry czas dla piosenki? "Piosenki z tekstem", jak to ktoś kiedyś ujął?

Akurat wtedy, jak rzekłem, dostała ona zadyszki - kluby studenckie upadały bądź zmieniały się w hurtownie i dyskoteki. Na fali było zakładanie biznesów, a piosenka tzw. studencka wypierana była przez falę rocka. Lepsze lata nadeszły w połowie lat dziewięćdziesiątych, kiedy na fali zmian w Telewizji Polskiej i szeroko pojętych mediach publicznych, postawiono na nowe twarze i głosy. "Gitarą i piórem" - audycja prowadzona przez Janusza Deblessema w radiowej Trójce - miała swój telewizyjny wyraz w postaci programu "Kraina Łagodności", odbyły się nawet dwie edycje koncertu pod tym tytułem w Opolu, na Festiwalu Polskiej Piosenki.

Tak, pamiętamy, że również Pan tam występował. Jednak debiutował Pan fonograficznie dość późno jak na swoje wcześniejsze sukcesy, bo w 1997 roku. Od tego czasu ukazało się sześć płyt, często w kilkuletnich odstępach. Czy to strategia? Pragmatyka? Co decyduje o tym, że postanawia Pan nagrać płytę?

Fakt, miałem w momencie debiutu 27 lat, byłem po studiach, początkowo traktowałem swoje granie jako przygodę. Płyty wydaję dość rzadko, za to sporo gram - stąd między kolejnymi albumami zajmuję się pisaniem i koncertami. Wyjątkiem byl czas pandemii, kiedy można było nagrać dwa albumy, bo i tak nic innego nie miałem w planach. Na usprawiedliwienie mogę tylko rzec, iż piosenek starczyłoby pewnie i na dziesięć płyt. Ale wolę wydawać rzadziej albumy będące zbiorem singli, niż stawiać na powielanie jednego pomysłu muzycznego kilkanaście razy - wedle zasady "przebój plus zapychacze".

Skoro mówimy o fonografii. Czy to prawda, że możemy się spodziewać niebawem nowego albumu?

Są teksty, jest muzyka, może trudniej o ich spotkanie w jednym momencie. Zwłaszcza że czas jest dość antypłytowy: CD jako nośnik jest rozmyślnie zabijany - vide: brak odtwarzaczy w samochodach, a i moda na streaming sprawia, że słabnie zdolność koncentrowania się na kilkunastu piosenkach stanowiących, u mnie przynajmniej, pewną przemyślaną całość. Ot, zobaczymy. 

Niestety rozumiem. Proponował Pan dotąd różne formy i konwencje: od tria (a nawet grania solo) do dużego zespołu, od piosenki literackiej, poetyckiej, powiedzmy: bardowskiej przez - jak sam Pan to określił - "flamenco i jazz, trochę sambowatych rytmów", aż po zdecydowanie rockowe brzmienia. Co decyduje o wyborze danej formuły personalnej oraz stylistycznej?

Na równi: pomysł, okoliczności i same piosenki. Uważam, że pewne treści lepiej pasują w wariancie solowym, duetowym, oszczędnym. Jak to ujął Jacek Kaczmarski: "im więcej instrumentów, tym słabiej słychać tekst". Jednak kiedy mam pomysł na brzmienie szersze, z popowym rozmachem, nie wzbraniam się przed bogatszym instrumentarium - ale i tu staram się nie chować słowa.

Ostatnie dwie płyty, obie z 2021 roku, są powrotem do bardziej ascetycznych, kameralnych brzmień. Czy to znaczy, że to właśnie one są dziś Panu bliższe?

Brzmienie tych płyt wynikało bezpośrednio z obostrzeń covidowych - choć z tekstami Edwarda Śmigłego-Rydza, jak mi się zdawało, lepiej konweniowała estetyka pianistyczno-gitarowa. Co do "Małej Łazienkowej", poświęconej memu rodzinnemu Śremowi, zadecydował aspekt "ten jest chory, ten być może, ten nie może". A że akurat ja byłem zdrowy i miałem kilka dni wolnego czasu, wszedłem do studia i nagrałem album bardzo osobisty, ascetyczny w wyrazie. Mam nadzieję że spójny.

A właśnie, obie te płyty wiążą się z niezwykłymi historiami. Wróćmy jeszcze do pierwszej z nich. Zawiera ona zaśpiewane wiersze Edwarda Rydza-Śmigłego. Nie wahał się Pan przed podjęciem takiego tematu?

W pewnym sensie była to płyta "na zamówienie". Początkowo miałem wątpliwości raczej natury estetycznej niż "historycznej". A że kiedy coś już robię, chcę to robić solidnie - taki poznański gen - wszedłem głębiej w historię, w fakty, w kulisy - i te piosenki znakomicie wpasowały się od strony tekstowej w swój czas nagrania. Śmigły pisał najlepsze ze swych wierszy będąc internowanym, uwięzionym, zamkniętym - i ten pandemiczny wymiar rozmaitych kwarantann wpłynął i na wybór wierszy, i na kształt albumu.

Druga ze wspomnianych - ostatnia póki co - płyta "Mała Łazienkowa" nawiązuje do Pańskiego dzieciństwa spędzonego w Śremie. Mam wrażenie, że dla wielu Wielkopolan to wciąż zaskoczenie - jest Pan kojarzony przede wszystkim z Krakowem. Czy te śremskie lata były dla Pana ważne?

Myślę, że z perspektywy czasu najważniejsze. Ze Śremu wywieziono mnie po czwartej klasie podstawówki, wyrwano z kręgu przyjaciół, rodziny, dziadków, wujków, kuzynów. I w nowym miejscu, w Myślenicach pod Krakowem, musiałem od nowa się stworzyć. Śrem był rajem dzieciństwa, bez traum, zmiany otoczenia, centrum świata.

W tomiku, a właściwie tomie "Piosenki i Nie", wydanym wspólnie z płytą CD w roku 2007 zamieścił Pan - właśnie - piosenki i poezje. Podobnie w jednym z numerów rocznika "Piosenka", w roku 2023. Rozumiem, że tworzy Pan "równolegle" jedną i drugą formę. Czy one - piosenki i wiersze - są jakoś komplementarne, czy jakoś ze sobą konkurują? Czy któraś z tych form artystycznej ekspresji jest Panu bliższa, ważniejsza?

Kiedy mam dzień lepszej samooceny lubię myśleć, że moje piosenki bezpośrednio wyrastają ze sfery wiersza. Lubię, kiedy tekst piosenki dobrze się śpiewa, ale i czyta, nie tylko oczami. I w sumie nie oddzielam tych dwóch dróg - one biegną równolegle, czasem się przecinają. A że piosenkopisarstwo to w pełni mój zawód, tu znów nawiążę do swej "poznańskości" - one mają być po prostu jak najlepiej zrobione, napisane, zagrane. Tak, żeby nikt się nie mógł przyczepić.

Pańska twórczość to także kooperacje. Współpracował Pan z zespołem Carrantuohill, Pańskie piosenki śpiewali choćby Marek Dyjak czy Janusz Radek. Przyznam jednak, że ze szczególną czułością wspominam bodaj trzy piosenki napisane przez Pana przed laty wspólnie z Szymonem Zychowiczem, które on umieścił na swoich płytach. Jaka to była współpraca? Jak Pan ją wspomina?

Bardzo lubiłem i lubię pisać dla wspomnianych postaci. Z Carrantuohillem też działaliśmy na zasadzie pełnej wspólnoty - kiedy tylko mogłem starałem się wtopić w ich działania, bez ambicjonalnych przepychanek. Co do Szymona: znamy się z Ni-Kabaretu Zielone Szkiełko, gdzie on był bardem integralnym, a ja kombajnem do zbierania tekstów i melodii. A że poprosił mnie o jakieś teksty mając już w dorobku piosenki do wierszy Broniewskiego, Stachury czy Gałczyńskiego - wiedziałem, że zrobi je w świetnym, własnym stylu. 

Pańskie biogramy donoszą, że w momencie wydania debiutanckiej płyty przerwał Pan w Krakowie studia doktoranckie. Zapytam przewrotnie: warto było?

Myślę że tak. W którymś momencie musiałbym wybierać, a na tyle wierzyłem w sens własnej twórczości, stawiając ją ponad komentowanie cudzej, że nie żałuję tamtego wyboru. Choć przyznam, że w czasie pandemii byłby to przynajmniej jakiś trwały budulec.

Pytam również dlatego, że znalazłem gdzieś Pańską twierdzącą odpowiedź na pytanie: czy miewał Pan chwile zwątpienia odnośnie sensu swojej działalności twórczej.

Właściwie mam takie wahania co dzień. Świat wysyła tyle informacji, co dzień powstaje tyle wierszy, piosenek, zachęt do kliknięcia właśnie twojego linku, że ostrożnie traktuję tamten wybór. Ale tu się kłania pewien cesarz-filozof, który radził, żeby z godnością przyjmować i ze spokojem tracić.

Na koniec dwa słowa na temat repertuaru. Zdaje się, że nie jest Pan wielbicielem swojego największego przeboju - piosenki "Niebo do wynajęcia"?

Największym wielbicielem zapewne nie jestem, ale bardzo się cieszę, że ta piosenka kiedyś do mnie przyszła. Daje radość słuchaczkom i słuchaczom, przenosi ich w przeszłość, kiedy wszyscy byliśmy piękni, młodzi i pełni nadziei.

Zdarza się, choć rzadko, że pisze Pan w mediach społecznościowych, które piosenki planuje zagrać podczas kolejnego koncertu. Odwołując się zatem do klasycznych chwytów dziennikarstwa muzycznego: czego możemy się spodziewać podczas poznańskiego występu? Czy będzie "Zapiszę śniegiem w kominie", "Oda do garnuszka", "List. A właściwie dwa", "Trzymaj się wiatru, kochana", "Z tej ulicy"...? A może woli Pan, by repertuar pozostał niespodzianką?

Tu zawsze występuje konieczność kompromisu - mniej znane czy jeszcze mniej znane. Niemniej zawsze wspomniany przez Pana zestaw wkomponowany jest w owijkę anegdot, piosenek nieco ciemniejszych, a potem: heroiczny finał.

Rozmawiał Tomasz Janas

  • Robert Kasprzycki
  • 19.04, g. 18
  • Koncertowa Cafe (budynek CK Zamek, wejście od ul. Kościuszki)
  • bilety: 70 zł

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2026

Powiązane wydarzenia

Baner promujący wydarzenie. Nazwa wydarzenia i zdjęcie osoby artystycznej.
Baner promujący wydarzenie. Nazwa wydarzenia i zdjęcie osoby artystycznej.
Koncertowa Cafe, ul. Kościuszki 80