Fabularyzowana opowieść o historycznym zrywie, organicznie wpisanym w poznańską tożsamość; o niezgodzie wynikającej z nadziei, a także o brutalnym stłumieniu tego masowego buntu, wzbogacona została motywami miłości i zdrady oraz zilustrowana, dopełniona i urozmaicona piosenkami zespołu Maanam. Decyzja o wykorzystaniu twórczości założonej w 1975 roku grupy, która swój niepowtarzalny styl ugruntowała po zmianie składu na początku lat 80., działa na korzyść spektaklu. Poetyckie teksty Kory uwieloznaczniają historyczną opowieść, a nieszablonowe kompozycje Marka Jackowskiego zwiększają dynamikę prezentacji. Pomimo kilku dekad, które upłynęły od ich napisania, utwory takie jak "Żądza pieniądza", "Krakowski spleen" czy "Wyjątkowo zimny maj" zapewniają poznańskiemu przedstawieniu zaskakującą świeżość i przebojowość.
W dobrym wrażeniu, z jakim pozostawiła mnie "Rewolta", łączą się sprzeczności: chociaż znam przebieg prezentowanych zdarzeń, a wiele wybrzmiewających na scenie piosenek na stałe wdrukowanych jest w moją pamięć, uważam, że jednym z największych atutów tego spektaklu jest jego oryginalność. Paradoksalna wydaje mi się także perspektywa prezentacji, w której zbliżenie do głównych bohaterów pozwala zrozumieć ludzki wymiar tytułowej rewolty (już nie zrywu, ale jeszcze nie rewolucji), ale sposób prowadzenia narracji przypomina przypowieść. To przyczyna, dla której wszyscy drugoplanowi bohaterowie zostali uproszczeni, a ukazywane wydarzenia - uschematyzowane. Prawdziwa historia, opowiedziana przez pryzmat współczesnej estetyki i dzisiejszej wrażliwości, nabiera na scenie cech baśni.
Bajka
W pamięci o Poznańskim Czerwcu niemal nie pojawiają się konkretni, jednostkowi bohaterowie. Poza zabitym trzynastolatkiem Romkiem Strzałkowskim i Stanisławem Matyją - jednym z liderów pochodu zmierzającego z Wildy do centrum miasta - zwykle wspomina się grupy uczestników zdarzeń: inicjujących protest robotników z Cegielskiego, dołączających do nich pracowników ZNTK oraz zasilające manifestację mieszkanki i mieszkańców miasta czy pielęgniarki niosące pomoc rannym. Po przeciwnej stronie lokowana jest milicja, funkcjonariusze UB i wojsko, które decyzją premiera Cyrankiewicza zostało wyprowadzone na ulice. Scenariusz Pilarskiego nie lekceważy zbiorowego podmiotu zdarzeń, a reżyser ukazał go jako chór robotników. Dramaturgia wymagała jednak konkretnych bohaterów, dlatego fabularna oś spektaklu oparta została na losach trojga protagonistów. Ich dążenia, działania i wzajemne relacje prezentowane są zgodnie z klasycznymi schematami narracyjnymi, opisanymi przez Władimira Proppa ("Morfologia bajki", 1928) i Algirdasa Greimasa, który opracował schemat narracyjny, wskazujący cztery kluczowe dla akcji kroki: brak - dążenie - próba - rezultat, świetnie rozpoznane i wykorzystane przez dramaturga.
"Rewolta" zaczyna się w połowie lat 40. - spotkaniem braci rozdzielonych podczas wojny. Radość trwa krótko. Za sprawą różnego nastawienia każdego z nich do komunistycznej władzy ich drogi natychmiast ponownie się rozchodzą. Mietek (Michał Kocurek / Maksymilian Pluto-Prądzyński) chce budować nowy porządek i pnie się po szczeblach partyjnej kariery. Franek (Mariusz Ostrowski / Patryk Kośnicki), który przed wojną był nauczycielem, nie godzi się na konformizm wobec władzy narzuconej przez Związek Radziecki. Zadaje zbyt dużo pytań, co sprawia, że uznany zostaje za jednostkę niebezpieczną i nazwany "myślozbrodniarzem" (określenie pochodzące z powieści "Rok 1984" Georga Orwella). Pracuje jako robotnik niskiego szczebla w zakładach Cegielskiego, gdzie jest świadkiem zbliżającego się przesilenia i uczestnikiem tragicznych w skutkach zdarzeń z 28 czerwca 1956 roku. Losy dwóch braci - dzielący ich brak zrozumienia, miłość Franka do dziennikarki Moniki (Iga Klein / Katarzyna Tapek), powtórna zdrada Mietka, doznane przez niego objawienie, chwilowe nawrócenie oraz poniesiona przez niego ofiara będąca formą zadośćuczynienia za popełnione winy - podnoszą stworzoną przez Pilarskiego opowieść do rangi mitu opisującego zbłądzenie, odnalezienie właściwej drogi i przyjęcie kary. Figura brata zwracającego się przeciwko bratu jest tyleż trafną, co upraszczającą metaforą Poznańskiego Czerwca. Taka jest jednak natura przypowieści, baśni i mitu, których cechy nosi spektakl Połońskiego.
Wiara
Zbiorowość, wspólnota, a może gromada - jak w "Dziadach" Mickiewicza, gdzie z zaświatów przyzywa duchy - jest w "Rewolcie" siłą napędową głównej akcji scenicznej. Grupa robotników oraz robotnic przejmuje także funkcje antycznego chóru. Podobnie jak przed wiekami chór na orchestrze - śpiewają, tańczą oraz komentują prezentowane zdarzenia. Wstawki narracyjne objaśniają tło akcji, przybliżają konteksty, wskazują przyczyny decyzji bohaterów i wielokrotnie dublują przekaz sceniczny opisami prezentowanych równolegle działań. W przedstawionej na scenie wizji świata robotnicy to grupa obdarzona szczególnym rodzajem wszechwiedzy. Wielu z nich nie zapewniła ona jednak immunitetu chroniącego przed śmiercią.
Część chóru złożona z tancerzy i tancerek milczy przez większość spektaklu. Osoby te występują w kostiumach poplamionymi krwią (kostiumy: Anna Chadaj), co sugeruje, że to ofiary zabite przez służby na ulicach miasta. Nie jest jednak całkiem jasne, czy w planie spektaklu rdzawe znamiona są zapowiedzią tego, co je czeka, czy sugestią, że wracają z zaświatów - jak na dziady - kiedy opowiadana jest ta historia. Przemówią dopiero w projekcjach (wideo: Karolina Jacewicz, Mateusz Kokot), korzystających z wypowiedzi świadków i oskarżonych, którzy stanęli przed sądem. Bezpośrednie przytoczenie archiwalnego materiału przywodzi na myśl inny okolicznościowy spektakl - zrealizowany w roku 1983 przez Izabellę Cywińską w Teatrze Nowym "Oskarżony: Czerwiec Pięćdziesiątsześć". Jego scenariusz powstał w oparciu o nagrania z pokazowych procesów sądowych organizowanych przez komunistyczne władze, starające się wskazać winnych wydarzeń z 28 czerwca.
Drugi z półchórów obdarzony jest większą sprawczością i przypomina grupę do zadań specjalnych z młodzieżowego filmu akcji. Choć jego członkowie mają na sobie podobne drelichy, każdego wyróżniają jakieś atrybuty: jeden to element stroju - czapka, rękawiczki bez palców, charakterystyczne okulary ochronne albo szczególna fryzura - drugi: trzymane w rękach narzędzia. Połączenie szczególnej stylizacji robotników, ich zawadiackie postawy, werwa ujawniana poprzez choreografię Barbary Olech i gotowość do podejmowania spontanicznych, nie zawsze przemyślanych działań pozwalają kojarzyć tę sowizdrzalską grupę ze stylistyką cyberpunka.
Apokryf
Pilarski, znany w Poznaniu z tekstu "Reality show (s)", którym w 2016 roku wygrał organizowany przez Teatr Polski konkurs dramaturgiczny Metafory Rzeczywistości, nie jest związany z miastem. Odrobił jednak lekcje i w scenariuszu wyeksponował lokalne smaczki, nazwy miejsc i wyrażenia gwarowe. Słowa takie jak "szneka z glancem", "fyrtel", "wiara" czy wtrącane od czasu do czasu "tej" nie zawsze brzmią naturalnie. Zdarza się też, że narracja - objaśniająca zbyt wiele gestów i myśli postaci - przeciąża prezentację, dublując jej sens. Można odnieść wrażenie, że twórcom zależało na tym, by nad każdym "i" postawić po dwie kropki. Wyniesienie Mietka na szczyty lokalnej władzy i zaprezentowanie go jako czerwonego barona znacznie zmienia prezentowaną historię, podporządkowując ją metaforycznej figurze skonfliktowanych braci. Jednak w zestawieniu z Frankiem, w wersji kreowanej przez Ostrowskiego nieomylnym niczym Miś Uszatek, komunistyczny aparatczyk Kocurka (świetnego aktora na gościnnych występach poza sceną Teatru Nowego) wypada całkiem interesująco. Atrakcyjnej, wyzywającej zbyt nowoczesnym kostiumem i sposobem bycia dziennikarce Monice nie powierzono roli, którą można uznać za sprawczą, jednak ten brak wynagradzają umiejętności wokalne i sceniczny wdzięk Katarzyny Tapek. Znacznie ważniejsze zadanie ma do wykonania Śmierć (Oksana Hamerska / Anna Lasota), która pojawia się w tłumie już na samym początku spektaklu. Śpiewając "Raz-dwa-raz-dwa", z tekstem "Miraż tworzenia, złuda istnienia / Im wyżej skaczesz, tym bliżej dna" zapowiada swój powrót i zbliżającą się tragedię.
Apokryficzna wobec utrwalonej narracji historycznej fabuła "Rewolty" przekłada kanoniczną wersję opowieści o Poznańskim Czerwcu, dostosowując ją do wrażliwości młodszych odbiorców. Pilarski i Połoński zrealizowali atrakcyjny spektakl. Trzynaście utworów Maanamu, których doliczyłem się w trakcie, przydaje mu skrzydeł. Znakomite aranżacje Łukasza Damarycha nie niwelują ich pierwotnej energii, akcentowanej przez zespół muzyczny, za którym - pozostając w tyle najwyżej o krok - podążają bardzo sprawne wokalistki i wokaliści Teatru Muzycznego. Ponadczasowe hity, takie jak "Rządza pieniądza", "Wyjątkowo zimny maj" czy "Oprócz błękitnego nieba" dopowiadają fabułę. Zdarza się, że w jej kontekście ich teksty tracą swój pierwotny sens, jednak dzięki scenicznej opowieści zyskują nowe znaczenia, na czym same nie zawsze tracą. Maanam jako podstawa ścieżki dźwiękowej "Rewolty" pozwala na przełamanie - niejednokrotnie interesującej i wpadającej w ucho, ale często jednak sztampowej - stylistyki licencyjnych musicali. Chociaż liczne uproszczenia i przeplatana metaforami dosłowność prowokują moje wątpliwości, a pozy postaci drugoplanowych niebezpiecznie zbliżają się do pozerstwa, cieszę się, że apokryficzna wersja historii Poznańskiego Czerwca została opowiedziana w musicalu Teatru Muzycznego.
Piotr Dobrowolski
- "Rewolta"
- reż. Jerzy Jan Połoński
- Teatr Muzyczny
- recenzja z 14.03
© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2026