Kultura Poznań.pl

Historia

opublikowano:

OKRUCHY POZNANIA. Życie w oblężonym mieście

W styczniu 1945 roku niemieccy cywile posłuchali rozkazów - i ginęli podczas spóźnionej ewakuacji z Poznania. Polacy nie wykonali nakazów okupanta - walki o miasto przeżyli, ukryci w piwnicach. 

.
Aleja Niepodległości w czasie walk o Poznań na przełomie stycznia i lutego 1945 roku, na pierwszym planie ruiny gmachu Dyrekcji Okręgowej PKP. Fot. Zbigniew Zielonacki / cyryl.poznan.pl

Batalia o Poznań, jaka rozegrała się w styczniu i lutym 1945 roku, zakończyła się kapitulacją ostatnich niemieckich oddziałów na Cytadeli wczesnym rankiem 23 lutego 1945 roku. Walki o miasto oznaczały śmiertelne niebezpieczeństwo dla mieszkańców Poznania.

Ucieczka pod czołgi Armii Czerwonej

Na przełomie 1944 i 1945 roku Poznań liczył około 320 tysięcy mieszkańców. Na skutek prowadzonych przez niemieckich okupantów wywózek Polaków, eksterminacji Żydów i systematycznej akcji osiedleńczej dla Niemców z krajów nadbałtyckich oraz z innych podbitych terenów ZSRR niemal co trzeci mieszkaniec Poznania (ok. 90 tys.) mówił po niemiecku.

Dopiero 20 stycznia 1945 roku - w dziewiątym dniu wielkiej sowieckiej ofensywy znad Wisły, która przełamała front - ruszyła ewakuacja niemieckich cywilów z Poznania. Hitlerowski namiestnik Arthur Greiser do ostatniej chwili zwlekał z wydaniem tej decyzji. Tłocząca się na peronach dworca głównego ludność niemiecka ładowała się do pociągów, odjeżdżających co kwadrans, i uciekała w kierunku na Berlin i Wrocław. Ci, którzy nie zdążyli lub nie zmieścili się do pociągów, próbowali ucieczki samochodami lub na wozach. Wielu z nich nie przeżyło spotkania z pancernymi czołówkami Armii Czerwonej.

Ale i ucieczka koleją nie gwarantowała sukcesu. 23 stycznia 1945 roku wczesnym rankiem z Poznania wyruszył jeden z ostatnich pociągów ewakuacyjnych. Jechał do Wrocławia. Zatrzymał się na Dębcu - byli świadkowie, którzy widzieli, jak na dworcu wsiadała jeszcze do pociągu duża grupa ludności niemieckiej. Ktoś chciał nawet zabrać fortepian, ale instrument po prostu się nie zmieścił. Pociąg był przeładowany, a ewakuacja przerodziła się w panikę. Część Niemców pozostała na peronie.

Na pewno pociąg zatrzymał się jeszcze w okolicy ul. Samotnej, za dworcem dębieckim. Tam uzupełnił zapas wody. W Luboniu prawdopodobnie już się nie zatrzymywał. Pojechał dalej - i na wysokości Łęczycy wjechał na minę. Lokomotywa wypadła z szyn, ale nie stoczyła się z nasypu. Unieruchomiony skład ostrzelały oddziały sowieckie, które sforsowały zamarzniętą Wartę od strony Czapur - w Kątniku - i nacierały w kierunku na Luboń. Niemieccy pasażerowie ponieśli śmierć na miejscu. Z relacji świadków wynika, że atak przeżył jedynie pomocnik maszynisty. Uciekł do jednego z gospodarstw w Łęczycy, w którym przygarnął go Polak - parobek mówiący po niemiecku. Niemiec zginął jednak tydzień później, zastrzelony przez Rosjan, którzy poszukiwali we wsi kwater.

Sowieci zmusili mieszkańców Łęczycy, by pochowali zabitych w dwóch mogiłach. Jedną z nich odnaleźli po wojnie archeolodzy. Do dziś kontrowersje wywołuje kwestia, kto jechał feralnym pociągiem. Według relacji świadków byli to głównie cywile oraz niemieccy kolejarze (nosili czarne mundury, które skojarzono później z uniformami SS), a także żołnierze po amputacjach nóg. Według Leszka Adamczewskiego w ten sposób uciekali funkcjonariusze gestapo i inni hitlerowscy oprawcy. Podczas ekshumacji wspomnianej wyżej mogiły odkryto w niej szczątki i elementy wyposażenia kolejarzy.

Miesiąc pragnienia w piwnicach

Polska ludność cywilna w większości nie posłuchała nakazów niemieckich władz, wzywających do ewakuacji, i pozostała w oblężonym mieście. Od 23 stycznia 1945 roku - po załamaniu się niemieckiej linii obrony od strony Dębca - trwały regularne walki uliczne o miasto. Polacy usiłowali przeżyć, chowając się z reguły w piwnicach kamienic. W wielu z nich wyburzono fragmenty ścian, by mogli się nimi swobodnie przemieszczać niemieccy żołnierze. Polacy niejednokrotnie byli świadkami przemieszczania się pod domami oddziałów Wehrmachtu.

Szacuje się, że w wyniku walk o Poznań zimą 1945 roku od ostrzału i w gruzach zginęło ok. 4 tysięcy polskich cywilów. Trudne dni w piwnicy jednego z domów przy placu Działowym (obecnie teren ogródka jordanowskiego przy ul. Solnej) przeżył wtedy Zenon Wechmann, dziś przewodniczący Wojewódzkiej Rady do Spraw Kombatantów. - Z jedzeniem jakoś tam sobie jeszcze radziliśmy. Gorzej było z wodą - opowiada. - Trzeba się było po nią udać przez ulicę Święty Wojciech na Wolnicę. Między Małymi Garbarami, okolicą dzisiejszej stacji benzynowej, i ulicą Wroniecką stała pompa. Zginęło tam jednak wielu cywilów - od ostrzału przejeżdżających samochodów niemieckich. Gdzieś na przełomie stycznia i lutego 1945 roku Niemcy wyrzucili nas z placu Działowego. Wtedy schroniliśmy się w podziemiach fabryki marmolady przy ul. Święty Wojciech. Było nas tam ok. 2 tysięcy osób.

Wechmann zaznacza, że poznaniacy nie znali Rosjan, nic o nich wtedy nie wiedzieli. Zapamiętał widok eleganckiego, młodego oficera sowieckiego, który zszedł do ukrywających się w fabryce Polaków. - Nie znałem rosyjskiego, ale po polsku powiedziałem mu o esesmanach, którzy ukrywali się w jednym z budynków. Rosjanie pokonali ich miotaczami płomieni - opowiada. Wszyscy ukrywający się w fabryce byli skrajnie spragnieni, więc oficer dał im butelkę wódki. Wechmann do dziś pamięta, jak trunek momentalnie ściął go z nóg. - Do rodziców już mnie zanieśli - śmieje się.

Stefan Lamęcki, wówczas 13-latek, tak jak wielu innych mieszkańców os. Warszawskiego ukrywał się wraz z matką w pobliskim XIX-wiecznym forcie. Wyrzuceni stamtąd przez niemieckiego oficera, przenieśli się do znajomych na ulicę Łąkową. - Gdy zaczęły się walki, wszyscy uciekli do piwnicy - wspomina. - Miała ona wzmocnione stropy za pomocą filarów z cegieł. Byliśmy tam do początku lutego. Kiedyś ktoś krzyknął: "Rosjanie!". Zobaczyliśmy dwóch na schodach. Bardzo chciało im się pić, więc ludzie natychmiast poczęstowali ich kompotami. Ale nie byli ufni, kazali najpierw nam je próbować.

Po przenosinach na ul. Kolską Lamęcki z matką zamieszkali przy radzieckim punkcie opatrunkowym. Obok stała kuchnia wojskowa - mogli więc zawsze się pożywić.

Piotr Bojarski

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2020