Kultura Poznań.pl

Film

opublikowano:

PROSTO Z EKRANU. Satyra przeciw nienawiści

Polski dystrybutor wypuścił do kin Jojo Rabbit, komediodramat o dziesięciolatku uważającym się za nazistę, zaledwie trzy dni przed 75. rocznicą wyzwolenia obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau. Czyżby prowokacja? Kij w mrowisko? Nieważne, jak mówią, ważne, żeby mówili? Spokojnie, jego reżyser Taika Waititi, z pochodzenia maoryski Żyd, wcielający się w filmie w rolę Hitlera, doskonale wie, co robi.

.
fot. materiały dystrybutora

Młody Niemiec Jojo, przesiąknięty absurdalną ideologią, według której Żydzi mają diabelskie rogi i rybie łuski a Sowieci jedzą dzieci, wstępuje do nazistowskiej organizacji dla młodzieży o nazwie Jungvolk. I choć marzy mu się służba u boku samego führera, to podczas szkolenia okazuje się, że serce chłopak ma jednak miękkie. Przezywany przez kolegów "królikiem" znajduje duchowe wsparcie u swojego wymyślonego przyjaciela - nie kogo innego, jak właśnie Adolfa Hitlera. Pewnego dnia odkrywa, że w schowku za ścianą w jego domu ukrywa się Elsa, nastoletnia Żydówka. Nie chcąc narażać matki na niebezpieczeństwo postanawia zachować nowo zdobytą wiedzę dla siebie. Stawia jednak dziewczynie pewne warunki...

Wszystkie wydarzenia pokazywane są z perspektywy małego bohatera, przez co rzeczywistość przybiera nieco magiczny charakter - wisielce kołysani przez wiatr na rynku miejskim wydają się w świecie chłopca tak samo realni, jak führer zajadający się pieczenią z jednorożca, a poczciwy, nieheteronormatywny dowódca Jungvolk (Sam Rockwell) wydaje się pochodzić z jeszcze innej, osobliwej bajki. Optykę dziecka wspierają reżyserskie zabiegi, takie jak znane choćby z Włatców móch pokazywanie tylko dolnych części ciał dorosłych (wspaniale rozegrany został motyw czerwono-białych bucików matki), czy też stylistyka realizmu magicznego bliska tej znanej z filmów Wesa Andersona. W centrum tego wszystkiego ulokowany został dziesięciolatek, którego wyobraźnia i wrażliwość zostaje przeciwstawiona fanatyzmowi i tyleż okrutnej, co niedorzecznej ideologii.

Waititi, drugi po Peterze Jacksonie najbardziej znany nowozelandzki reżyser na świecie, rzecz jasna nie wymyśla koła. Szlak, w którym tragedia II wojny światowej została przefiltrowana przez popkulturowe wyobrażenia i umieszczona w nieco luźniejszym kontekście, przetarli już choćby twórcy kultowego serialu Allo, allo, Roberto Benigni w głośnym Życie jest piękne czy nawet sam Quentin Tarantino w Bękartach wojny (o niezliczonych filmach klasy B i C spod znaku nazisploitation nie wspominając). Mimo to przy tego typu projektach wciąż można mówić o pewnym ryzyku przekroczenia granicy wrażliwości widza. Reżyser Thora: Ragnarok nie jest jednak w ciemię bity - dokładnie wie, co chce powiedzieć, i robi dokładnie to, co sobie zamierzył. Fani jego Co robimy w ukryciu wiedzą, że mogą się spodziewać bezkompromisowego humoru, ale wymierzonego nie tyle w ludzi czy zdarzenia, co w absurdy życia. Sam Waititi celnie nazwał zresztą Jojo Rabbita satyrą przeciw nienawiści. Jako syn Maorysa i Żydówki, który nieraz na własnej skórze odczuł skutki rasowych uprzedzeń, wydaje się zresztą w tym temacie kompetentny jak mało który twórca.

Tymczasem jako Adolf Hitler strzela gagami niczym z karabinu maszynowego, ale nie ma go na ekranie aż tak dużo, jak mogłoby się z początku wydawać. Może to i dobrze, bo łatwo byłoby w tym przedobrzyć i utopić w oceanie żartów ważne przesłanie. Świetnie wypadają też Scarlett Johansson jako matka Jojo oraz Sam Rockwell jako kapitan Klenzendorf. Jojo Rabbit to jednak popis małych aktorów. Debiutujący Roman Griffin Davis jako główny bohater to strzał w dziesiątkę - jego Jojo Rabbit to unikalne połączenie pasjonata zbrodniczej ideologii i nieposkromionego fantasty o dobrym sercu, postać ciekawa i złożona na wielu poziomach. Wtóruje mu równie doskonała Thomasin MacKenzie, która jako Elsa punktuje absurdalność nazistowskich uprzedzeń z taką samą precyzją, jak tarantinowski Aldo Raine wycinał na czołach nazistów małe swastyki. Jednak moim ulubieńcem został Archie Yates wcielający się w Yorkiego - kolegę Jojo, ze swoją nadwagą przypominającego nieco Prosiaczka z pierwszej adaptacji Władcy much Goldinga. Jego celne, zdroworozsądkowe mimo absurdalności otoczenia odzywki to crème de la crème całej tej niebanalnej opowieści.

Mamy zatem w punkcie wyjścia Jojo Rabbita czystą gatunkowo komedię, by w dalszych partiach dojść do przejmującej, ale nietracącej dobrego humoru opowieści o dojrzewaniu, rozumianemu jednak nie jako przemiana dziecka w dorosłego, lecz jako gotowość do wyjścia naprzeciw drugiemu człowiekowi, stawienia czoła własnym uprzedzeniom. U Waititiego to właśnie rozmowa, nawet jeśli na początku wymuszona okolicznościami, staje się remedium na przesądy, fanatyzm i nienawistną ideologię. Bo poza tą granicą czai się zdrowy rozsądek, który podpowiada, że dziesięciolatek nie potrzebuje ani wyimaginowanego przyjaciela ani wyimaginowanego wroga. W trudnych czasach i niesprzyjającym środowisku najbardziej zapewne potrzebuje mocnego przytulenia, o czym zresztą w pewnym momencie nie waha się przypomnieć niezawodny Yorki.

Adam Horowski

  • Jojo Rabbit
  • reż. Taika Waititi

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2020