Historia Blackwater Holylight od początku opierała się na ruchu i przemianie. Pierwsze dwa albumy tej dziewczyńskiej grupy jeszcze mocno wyrastały z tradycji psychodelicznego hard rocka i stoner doomu zanurzonego w estetyce lat siedemdziesiątych. W tamtym czasie w ich muzyce słychać było fascynację sabbathowskim klimatem, pustynnym ciężarem i bluesową motoryką. Już wtedy Blackwater Holylight wyróżniały się na tle sporej części współczesnej sceny. Przełom przyniósł jednak dopiero album "Silence/Motion" (2021). Właśnie wtedy dziewczyny z Portland zaczęły coraz mocniej rozpuszczać doomowy fundament w shoegaze'owych mgłach, ambientowych syntezatorach i onirycznych strukturach. Tym samym ich muzyka nabrała ogromnej ilości powietrza. Utwory Blackwater Holylight zaczęły przypominać zderzenie Chelsea Wolfe i My Bloody Valentine, slowcore'u i psychodelii przepuszczonej przez zabrudzony filtr dream popu.
Najnowsze "Not Here Not Gone" wydaje się naturalnym rozwinięciem tej drogi, ale równie dobrze można potraktować ten materiał jako symboliczne nowe otwarcie. Album powstawał już po przeprowadzce zespołu z Portland do Los Angeles - i właśnie ta zmiana odcisnęła się na jego muzyce wyjątkowo mocno. Jak wielokrotnie podkreślały same artystki, to miasto przez lata stanowiło integralną część ich brzmienia - z jego chłodem, wilgocią i specyficzną melancholią północno-zachodniego wybrzeża. Los Angeles przyniosło już zupełnie inną energię - światło, przestrzeń, obcość i konieczność budowania wszystkiego od nowa. Sunny Faris - wokalistka i basistka grupy - mówi o tym wprost: "Not Here Not Gone" opisuje stan zawieszenia, życie jedną nogą w przeszłości i drugą w nowym miejscu. Obecność ludzi, relacji i emocji, które zniknęły z codzienności, ale nadal pozostają gdzieś pod skórą. Ta ambiwalencja staje się osią całej historii zawartej na krążku. Jak dodaje perkusistka Eliese Dorsay: "w jednych utworach jesteśmy drapieżnikiem, w innych - ofiarą". I rzeczywiście - w jednej chwili dziewczyny brzmią jak doomowy kolos z Roadburn, by chwilę później rozpłynąć się w śnie.
Już otwierające album "How Will You Feel" pokazuje, jak bardzo rozwinął się ich język. Utwór opiera się na ciężkich, grunge'owych gitarach zanurzonych w błotnistym przesterze, ale ponad nimi unoszą się niemal świetliste wokale Sunny Faris i syntezatory Sarah McKenny. Riff ma tutaj wymiar emocjonalny. Brzmi jak zapis napięcia, żałoby, lęku albo powolnego oczyszczenia. Doskonale słychać to w "Bodies" i "Spades". Mikayla Mayhew buduje gitarowe partie o wielkiej masie, ale sposób ich osadzenia w przestrzeni całkowicie zmienia charakter tej muzyki. Szczególnie fascynująco wypada singlowe "Heavy, Why?". To właściwie esencja estetyki Blackwater Holylight. Monumentalne, funeralne melodie współistnieją tutaj z kruchym wokalem Sunny, a kompozycja przez cały czas balansuje pomiędzy agresją a bezbronnością.
Jednym z najbardziej intrygujących momentów na płycie pozostaje także instrumentalne "Giraffe", stworzone z udziałem Davida Siteka z TV on the Radio i Run the Jewels. Utwór opiera się na pulsującym rytmie i psychodelicznym transie, który momentami przypomina industrial. Kulminacją albumu pozostaje jednak ośmiominutowe "Poppyfields" - rozbudowany finał inspirowany historią przyjaciela, który stracił dom podczas pożarów w Los Angeles. Utwór rozpoczyna się od gotyckich gitar i napięcia budowanego przez perkusję Dorsay, by z czasem przejść w prawdziwy dźwiękowy kataklizm - blast beaty, black-metalowe tremolo, symfoniczne syntezatory i sludge'owy ciężar zlewają się tutaj w jeden organizm.
Warto dodać, że dużą rolę w sukcesie "Not Here Not Gone" odegrała produkcja Sonny'ego Diperriego, znanego ze współpracy z DIIV, Narrow Head czy Emmą Ruth Rundle. Album nagrywano w Sonic Ranch pod teksaskim El Paso - miejscu od lat kojarzonym z artystami szukającymi pełnego odcięcia od świata. Ten izolacyjny charakter studia słychać zresztą w całym materiale. Brzmienie albumu jest przepastne, ale jednocześnie bardzo organiczne.
Większość zespołów funkcjonujących w obrębie doomu czy stoner rocka opiera swoją tożsamość na stylistycznej stabilności. Tymczasem Blackwater Holylight pozostają w ciągłym ruchu. Ich twórczość działa tak intensywnie właśnie dlatego, że jego ciężar ma wiele wymiarów - emocjonalny, psychologiczny i niemal metafizyczny. Podobnie jak na płytach, również swoje koncerty grupa opiera na transie, dynamice i sporym wolumenie dźwięku. To wszystko razem daje niemal ceremonialną atmosferę wspólnego zanurzenia w hałasie. Przepadnijmy w nim wspólnie.
Sebastian Gabryel
- Blackwater Holylight
- 12.05, g. 19
- Klub pod Minogą
- bilety
© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2026