Aliansi powstali w 1990 roku, ale pierwszy koncert zagraliście nie w rodzinnej Pile, tylko w Poznaniu. Pamiętasz jeszcze tamten występ? To był klub Imperatyw na Jeżycach, prawda?
Nazwy klubu nie pamiętam. Faktycznie był na Jeżycach, ale to nie tam był pierwszy koncert Aliansu. Pierwszy raz graliśmy niedługo wcześniej. Natomiast jeżycki koncert był naszym pierwszym poznańskim, a jego organizatorem był Łukasz Minta - jeden z najbardziej znanych promotorów w skali kraju. Z tym że wtedy wszyscy byliśmy dziećmi: Łukasz zdaje się uczęszczał do którejś z pierwszych klas liceum, więc w rezultacie na koncercie było mniej więcej wszystko, co powinno być, czyli zespół i publiczność, ale nie było sprzętu, na którym można by zagrać. Za całe nagłośnienie służył jeden mikrofon zwisający z belki pod sufitem. Całość przypominała więc bardziej towarzyski meeting niż koncert, ale za to spędziliśmy dwa dni w gościnie w DS Zbyszko, który pełnił wtedy funkcję mekki dla niezależnej sceny rockowej w kraju - zresztą nie tylko rockowej. Tam musiała być jakaś dobra żyła wodna, bo mnóstwo dobrych muzyków przez tę okolicę się przewinęło.
Lata 90. rządziły się swoimi prawami i miały własną specyfikę. Co wtedy było dla Was ważniejsze: czysta muzyczna energia czy jednak tekstowy komunikat?
Jak masz 19 lat i zakładasz swoją pierwszą kapelę rockową, to możesz mieć duże ambicje tekstowe, ale i tak najważniejsza jest energia. Patrząc z perspektywy faceta, który ma sporo lat i od długiego czasu zajmuje się pedagogiką, myślę sobie, że to jest absolutnie fantastyczne doświadczenie, które właściwie powinno obowiązkowo spotkać każdego. Z tym że można je zrealizować na wiele sposobów: to może być muzyka, sport, jakiś aktywizm. Ale nie ma nic lepszego niż to, że ekipa młodych ludzi wykreuje coś sama - musi się dotrzeć, pokłócić tysiąc razy, a potem nauczyć współpracy. Jeżeli towarzyszy temu pewna intelektualna świadomość, to tym lepiej. Ale nikt nie rozpoczyna dorastania od uniwersytetu; do tego, żeby tworzyć świadome teksty, droga jest daleka i potrzeba czasu. A takiej energii, jaką niosła wtedy muzyka, nie należy lekceważyć - ona zrobiła wiele dobrego dla świata, a ja nadal uwielbiam ten hałas.
W ubiegłym roku stuknęło Wam 35 lat. Co dziś jest dla Ciebie największym sukcesem Aliansu: płyty, koncerty, realny wpływ na ludzi czy samo przetrwanie bez kompromisu?
To wszystko razem, ale przede wszystkim chyba to przetrwanie. Z tym że to złe słowo, bo sugeruje jakiś egzystencjalny ból, a my nadal - jak dzieciaki - uwielbiamy jeździć na koncerty, kochamy to robić. Szczęście tego zespołu polega na tym, że my naprawdę funkcjonujemy w tej kapeli jak rodzina, a ludzi, z którymi robię muzykę, traktuję jako swoich najbliższych. Czasem czuję lekkie przerażenie, gdy widzę daty i uświadamiam sobie, ile lat już to ciągniemy; kiedyś wydawało mi się, że kapela rockowa nie powinna tyle czasu istnieć. Ale po pierwsze - na pocieszenie - są lepsi od nas, grający wyraźnie dłużej, a po drugie, chyba nie był to zmarnowany czas, bo naprawdę mam co wspominać. Wpływ na ludzi to jest akurat coś, czego się trochę boję, ale skłamałbym, mówiąc, że nie mam satysfakcji z tego, iż na nasze koncerty nadal przychodzi mnóstwo osób, i że czuję, iż w wielu przypadkach jest to dla nich coś więcej niż piątkowe wyjście do klubu.
To jaka jest dzisiaj Twoja metoda myślenia o świecie? Zmieniła się od momentu, gdy zakładałeś pierwszą kapelę?
Najwspanialsi ludzie naszego pokolenia kiedyś ocierali się o te klimaty. Niewiarygodne, w jakich instytucjach spotykam dziś ludzi, których kiedyś spotykałem - albo nadal spotykam - na koncertach. Mówienie o "metodzie myślenia" to może zbyt poważne określenie, ale pewna wrażliwość, idealizm, brak zgody na intelektualne lenistwo i hipokryzję to nadal bardzo ważne rzeczy. Zawsze uważałem, że wolność to przede wszystkim prawo do rozwijania się.
Rafał Kasprzak to Alians, ale od kilku lat także dyrektor Ogólnokształcącej Szkoły Baletowej im. Olgi Sławskiej-Lipczyńskiej w Poznaniu. Dla wielu osób punk rock i balet brzmią jak czysty oksymoron. Mają rację?
Mają i nie mają. Z jednej strony faktycznie trudno wyobrazić sobie dwie dziedziny sztuki bardziej odległe od siebie, z drugiej - ludzie bywają kreatywni i inspirujący, albo i nie, wszędzie. Tak się kiedyś złożyło, że jednym z pierwszych spektakli baletowych, jakie zobaczyłem, była produkcja niejakiego Matsa Eka, i to było wspaniałe oraz rebelianckie w najlepszym znaczeniu tego słowa.
Szkoła baletowa to miejsce pracy z dziećmi i młodzieżą na granicy wytrzymałości ciała i psychiki. Jak dyrektor z "punkowym doświadczeniem" rozumie pojęcie dyscypliny? I czy bunt ma w balecie jakąkolwiek rację bytu - a jeśli tak, to w jakiej formie?
Jeśli chcesz, żeby twoja kapela grała na odpowiednim poziomie, to musisz grać próby regularnie i być do nich przygotowany. W początkach Aliansu zdarzało nam się grać próby nawet dwa razy dziennie. Dziś to niemożliwe z wielu życiowych powodów, ale zasada jest prosta: grasz - jest efekt; nie grasz - efektu nie ma. Chcesz bawić się na scenie, musisz nad tym pracować. Balet to oczywiście jedna z najbardziej wymagających dziedzin sztuki, choćby dlatego, że nie wszystko zależy od ciebie. Nie masz na przykład wpływu na to, jak rozwija się twój organizm w trakcie dorastania, a wymagania fizyczne są faktycznie porównywalne ze sportem zawodowym. Z drugiej strony nie demonizujmy - ostatnio "Polityka" w jednym z tekstów użyła sformułowania "tresura" i były to wyjątkowo bezmyślne słowa. A co to jest bunt? Bunt to chęć robienia czegoś inaczej niż dotychczas. Balet klasyczny to akurat sztuka campowa - tu raczej dąży się do realizacji pewnego wizerunku niż do poszukiwania nowych dróg. Ale my uczymy też tańca współczesnego w rozumieniu profesjonalnym. W opinii wielu jesteśmy w tym kontekście najlepszą szkołą w Polsce i tu już masz szerokie pole do popisu, żeby robić coś po swojemu. Jak wspomniany wcześniej Mats Ek.
Czy w świecie baletu da się mówić młodym ludziom o porażce w sposób uczciwy: nie niszczący, ale też nie infantylizujący?
To jest tak samo trudne w każdej dziedzinie. Świat baletu jest trochę otoczony atmosferą tajemniczości, w naturalny sposób niedostępny dla ludzi z zewnątrz, więc rodzą się wokół niego różne legendy. Ale jeśli chodzi o to, o co pytasz, to niczym nie różni się on od każdej innej sfery życia. Odpowiadając więc wprost: da się, ale jest to oczywiście niezwykle trudne.
Edukacja artystyczna w Polsce dziś - ona bardziej uczy wolności czy przystosowania?
Istnieje taki mit, że do szkół artystycznych posyłają dzieci szaleni rodzice, którzy chcą wyleczyć swoje kompleksy. Tymczasem w Polsce jest kilkaset szkół artystycznych, ale profesjonalnych szkół baletowych tylko pięć. I ja wiem na pewno, że dziewięćdziesiąt pięć procent dzieciaków, które do nas trafiają, robi to dlatego, że samo z siebie posiada ten unikalny "gen" - coś, co sprawia, że mimo iż pracy jest dwa razy więcej niż w publicznej podstawówce, są gotowe zacisnąć zęby i ją wykonywać. To jest ich decyzja. W przeciwnym wypadku wykruszą się po trzech miesiącach. Więc sam sobie odpowiedz.
Co jest dla Ciebie najważniejszą misją jako dyrektora tej placówki? Jak zapamiętasz ostatnie cztery lata i jak widzisz kolejne?
Moje zawodowe marzenia są wyjątkowo proste. Chciałbym, aby w każdej sali w mojej szkole udało się położyć nową, profesjonalną podłogę baletową - a koszt jednej to kilkaset tysięcy złotych. Na razie udało się w dwóch salach, plus podłoga na dziedzińcu, który również wykorzystujemy jako przestrzeń do zajęć. Zostało więc jeszcze pięć. Gdyby znalazł się jakiś chętny sponsor, to numer telefonu jest na naszej stronie. Tu nie chodzi o moje wizje, tylko o stawy kolanowe naszych uczniów. Drugie marzenie jest takie, aby wszyscy absolwenci znajdowali wymarzoną pracę w zespołach, o których marzyli. Często się to udaje, ale wspominałeś coś o porażkach...
Rozmawiał Sebastian Gabryel
© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2026