Zacznijmy od wydarzeń bezsprzecznie wartościowych i ważnych. W tej kategorii bezkonkurencyjny okazał się przyjazd na Festiwal Maćka Szczerbowskiego, kilka miesięcy temu uhonorowanego - w duecie z Chrisem Lavisem - Oscarem za najlepszy krótkometrażowy film animowany. "Dziewczyna, która płakała perłami" to ukoronowanie ich dotychczasowej kariery, w pełni zasłużenie nagrodzone najsłynniejszą filmową nagrodą. Animacja została dwukrotnie zaprezentowana publiczności podczas Animatora - najpierw w Kinie Muza podczas przeglądu twórczości wspomnianych animatorów, podpisujących swoje filmy jako Clyde Henry, następnie zaś - w trakcie Gali Rozdania Nagród w Kinie Apollo. Temu drugiemu pokazowi towarzyszyła muzyka wykonywana na żywo, a wyraźnie wzruszony reżyser odebrał Srebrną Pieczęć Miasta Poznania - honorową nagrodę za jego osiągnięcia artystyczne. Szczerbowski urodził się w Poznaniu, ale jeszcze jako dziecko, na początku lat 80., opuścił kraj wraz ze swoimi rodzicami. Dziś mieszka i tworzy w Montrealu.
"Dziewczyna, która płakała perłami" to poklatkowa animacja lalkowa opowiadająca o uczuciu ubogiego chłopca do równie nieszczęśliwej dziewczyny. Za sprawą niezwykłego daru bohaterki chłopak staje przed dramatycznym wyborem: czy odmienić własny los, nawet jeśli miałoby się to odbyć kosztem ukochanej. Opowieść poznajemy po latach, gdy już jako starzec wraca pamięcią do wydarzeń z młodości, odsłaniając przed wnuczką tajemnicę skarbu, który przez całe życie nosił ze sobą. Całość byłaby może nadmiernie sentymentalna - w gruncie rzeczy przypomina konstrukcję słynnego "Titanica" Jamesa Cemerona - gdyby nie finałowy twist, czyniący animację bardzo przewrotną i wieloznaczną. Szczebrowski, Lavis i współscenarzystka Isabelle Mandalian wykazali się świetnym wyczuciem w konstruowaniu historii, która ani nie porzuca "prostych" emocji, ani nie staje się nadmiernie cyniczna. "Dziewczyna, która płakała perłami" to po prostu wartościowa, poruszająca muzycznie i wizualnie, kiedy trzeba należycie uczuciowa, ponadczasowa opowieść o sile młodzieńczych uczuć oraz walce szlachetności z chciwością, zrobiona z myślą o szerokim gronie odbiorców. Nie jest łatwo dokonać tego z klasą i polotem. Warto przekonać się osobiście, jak wyważonym dziełem jest ten film.
W najważniejszym, międzynarodowym Konkursie Głównym - na najlepszy animowany film krótkometrażowy - główna nagroda przypadła w tym roku innemu polskiemu twórcy. Grand Prix Festiwalu Animator odebrał Piotr Milczarek za obraz "Innego końca nie będzie". Odbierając nagrodę, autor żartował ze sceny, że sam - jako widz biorący udział w głosowaniu na Nagrodę Publiczności - ocenił swój film na... 3 (w 6-cio stopniowej skali). Animacja jest niewątpliwie wysmakowana, operuje paletą ograniczoną do zaledwie trzech kolorów (czarnego, turkusowego i bladożółtego), jednak pozostawia pewien niedosyt. Jury z uznaniem odniosło się do jej satyrycznego humoru oraz krytycznego namysłu nad rzeczywistością, w istocie jednak nie odbiegała ona poziomem od wielu innych, pominiętych w werdykcie.
Większe wrażenie zrobiły na mnie dwie inne animacje polskich twórców, nagrodzone w pozostałych kategoriach. Grand Prix w Konkursie Polskich Filmów Krótkometrażowych przyznano filmowi "Dżungli nie ma" Marcjanny Urbańskiej. Absolwentka łódzkiej filmówki zaprezentowała animację 2D skrzącą się od kolorów, opartą na kontrastowych zestawieniach, pozwalającą zanurzyć się w głębię przeżyć bohatera - sympatycznej, człekokształtnej małpy. "Dżungli nie ma" - zgodnie z opisem - dotyka problemu prokrastynacji i stanowi metakomentarz do wykonywania zawodu animatora, ale równie dobrze wyraża typową dla osób żyjących w miejskiej dżungli tęsknotę za ciekawszym życiem, w świecie pełnym fantastycznych stworzeń. Z kolei Nawojka Wierzbowska zaprezentowała film "Już mnie nie ma", w którym w ryzykowny, bardzo bezpośredni sposób opowiada o odchodzeniu i śmierci. Operująca prostym, "dziecięcym" rysunkiem animacja ukazuje zmagania członków wielopokoleniowej rodziny próbujących powstrzymać dziadka przed dobrowolnym pożegnaniem się z życiem, które ukazane jest tu jako seria umownych, ale dość desperackich prób załatwienia tego na swoich zasadach pomimo sprzeciwu członków rodziny. W pewnym momencie śmierć faktycznie przychodzi do dziadka, a ukazana zostaje - jakże by inaczej - jako kostucha z kosą. "Już mnie nie ma" zaskakuje zderzeniem bezpośredniego, bezceremonialnego tonu z melancholijnym humorem i emocjonalnym dystansem w mówieniu o sprawach najtrudniejszych i bolesnych. Mimo że budzi pewien opór, na długo pozostaje w pamięci.
Pod względem jakości artystycznej trudno więc narzekać na kondycję polskiej animacji. Na tle międzynarodowej konkurencji prezentuje się ona jak zwykle świetnie, a nasi rodzimi twórcy, niezależnie od kategorii wiekowej, reprezentują wysoki poziom. Z drugiej strony Konkurs Polski składał się w tym roku tylko z 3 zestawów filmowych, w przeszłości bywało ich więcej. Być może animatorzy napotykają więc na większe trudności produkcyjne, trudno to diagnozować w tym momencie. Niewątpliwie jednak o sztukę animacji powinniśmy dbać i pieczołowicie ją wspierać, a Animator jest jednym z najlepszych przykładów takiego wsparcia udzielanego polskiemu filmowi animowanemu.
Jeśli chodzi o produkcje międzynarodowe, kilka obrazów także zasługuje na wyróżnienie, co dostrzegły także poszczególne składy jurorskie. Wyróżnienie specjalne otrzymał film "Hind" Stanleya Millera opowiadający o tym, jak izraelska armia ostrzelała samochód pewnej palestyńskiej rodziny, nie oszczędzając także zespołu ratowników medycznych, który przyjechał im na pomoc. To krótka, ale rozdzierająca animacja, w dokumentalnym tonie przedstawiająca nie tylko samą zbrodnię, ale także oskarżająca rodzinny kraj twórcy - Wielką Brytanię - o militarny współudział w masakrze. Miller szkicuje w animacji mapę małych angielskich firm produkujących komponenty militarystyczne i eksportujących je do Izraela. Dzięki temu wydarzenia ukazane w animacji okazują się jeszcze bliższe i bardziej namacalne niż mogłoby się pozornie wydawać.
Tematyka wojenna silnie obecna była także w Międzynarodowym Konkursie Filmów Pełnometrażowych. Dwie z czterech konkursowych animacji dotyczyły działań wojennych w Afryce i na Bliskim Wschodzie. Zaven Najjar zekranizował nagradzaną powieść iworyjskiego pisarza Ahmadou Koroumy "Allah is not obliged", wydaną pierwotnie po francusku. Rozwinięcie tytułowego zdania odnosi się do problematycznej kwestii niezawinionego cierpienia i prowokacyjnie brzmi: "Allah nie jest zobowiązany do sprawiedliwości we wszystkim, co czyni na świecie". Główny bohater to dziesięcioletni osierocony chłopiec, Birahima, który wyrusza z Wybrzeża Kości Słoniowej do Liberii, aby odnaleźć swoją ciotkę, z nadzieją, że ta mogłaby się nim zaopiekować. Po drodze zostaje wciągnięty w rzeczywistość brutalnej wojny domowej oraz zmuszony do walki jako żołnierz. Film jest niewątpliwie wstrząsający, ale niestety pozbawiony oddechu: składa się z powtarzalnych scen, brakuje mu zatrzymania. W efekcie dramaturgicznie nie pozwala w pełni wczuć się w opowiadaną historię.
Takiego problemu nie sprawia za to film "Flavors of Iraq" Léonarda Cohena, w którym opowiada on historię imigracji własnej rodziny z Iraku do Francji. Głównym bohaterem Cohen czyni swojego ojca, który przez prawie 30 lat marzył o powrocie do rodzinnego kraju, pogrążającego się w upadku na skutek kolejnych wojen w Zatoce, a następnie radykalizującego się za sprawą amerykańskiej interwencji wojskowej. "Flavors of Iraq" ma w sobie zarówno moc osobistej, rodzinnej opowieści, jak i walor edukacyjny, jako że pieczołowicie odtwarza kolejne etapy z historii politycznej kraju ostatnich 50 lat. Animacja przywodzi na myśl słynne "Persepolis" Vincenta Paronnauda i Marjane Satrapi: angażuje emocjonalnie, wzrusza sposobem ukazania więzi rodzinnych, a także budzi polityczną świadomość. Nic dziwnego, że została nagrodzona w głosowaniu publiczności, jednak pominęło ją - moim zdaniem niesłusznie - Jury, które zdecydowało się przyznać nagrodę filmowi "The Square". To także animacja z politycznym podtekstem (akcja dzieje się w totalitarnej Korei Północnej), spełniona wizualnie, jednak pozbawiona tak dużej siły oddziaływania.
Poza pokazami konkursowymi znaczącą część programu Animatora wypełniały pokazy specjalne, często związane z przyjazdem zagranicznych gości. Widzowie mogli spotkać twórców takich klasycznych produkcji, jak "Chojrak - tchórzliwy pies" (Cartoon Network) czy "Beavis and But-Head" (kultowy serial złotej ery MTV). Poza konkursami zaprezentowano kilka pełnometrażowych filmów anime, a także nową adaptację "Folwarku zwierzęcego" w reżyserii Andy'ego Serkisa - niby dla dzieci, ale pełną politycznych podtekstów. Osobnych pokazów doczekali się także niemal wszyscy członkowie zespołów jurorskich. Gdy dodać do tego wydarzenia odbywające się w Słodowni w Starym Browarze (z cyklu "Animator Pro" - dla osób pracujących w branży - oraz "VR Gallery") oraz oparty na świetnym pomyśle "Animated Late Night Show" (animatorzy rysują na żywo), przyznać trzeba, że program Animatora był naprawdę bogaty.
Skąd więc lekkie poczucie niedosytu? Towarzyszyło mi ono podczas kilku pokazów kuratorowanych lub zorganizowanych we współpracy z innymi podmiotami. Rozczarowały tegoroczne "Koszmarynki". Oczywiście jest to seans przeznaczony dla amatorów niekoniecznie mainstramowych produkcji, widzów lubiących estetycznie ryzykowe rozwiązania i tolerancyjnych dla powabów złego smaku. To wszystko sprawdza się przy odrobinie polotu i finezji, tymczasem wyselekcjonowane filmy były po prostu nużące i męczące, sprawiały wrażenie dość przypadkowo zebranych "ciekawostek". Podobny problem odczułem podczas seansu "Adult Swim" - premierowe odcinki seriali oznaczonych tą marką były niezborne, a ich wartość rozrywkowa okazała się dyskusyjna. Największe rozczarowanie przeżyli jednak widzowie skuszeni marką Annecy: doroczny pokaz wyselekcjonowanych krótkich metraży z najsłynniejszego festiwalu animacji na świecie, z nie do końca jasnych względów "kalendarzowych" okazał się czymś innym niż zazwyczaj. Oznaczony był akronimem WTF (tak, chodzi o tę angielską wulgarną frazę), co sprowadziło się do tego, że oglądaliśmy filmy mało odróżnialne od tych pokazywanych w segmentach "Adult Swim" - niedojrzałe, pozbawione czytelnej konstrukcji dramaturgicznej i - niejednokrotnie - ograniczone do skatologicznego humoru. W tej sytuacji honoru broniły reżyserki - sekcja "Best of Annecy - Spotlight on Women Directors" przyniosła kilka interesujących animacji, które cechowała różnorodność i tematyczna, i estetyczna. Najbardziej przypadł mi do gustu subtelny obraz "Sulaimani" - ukazujący spotkanie dwóch pochodzących z Indii kobiet w paryskiej restauracji.
Mimo tych rozczarowań trudno uznać tegorocznego Animatora za festiwal nieudany. Wręcz przeciwnie - to wciąż jedna z najważniejszych imprez poświęconych animacji w tej części Europy. Nawet jeśli nie wszystkie tegoroczne propozycje okazały się równie przekonujące, Animator nadal pozostaje miejscem, w którym najłatwiej zobaczyć czym dziś żyje świat filmu animowanego. Właśnie ta różnorodność programu sprawia, że festiwalu absolutnie nie należy pomijać w swoich kulturalnych planach na początek wakacji. I dlatego, mimo pewnego niedosytu, już teraz trudno nie czekać na jubileuszową, dwudziestą edycję.
Adam Domalewski
© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2026