Klub wypełnił się do ostatniego miejsca. Publiczność zajmowała schody, przejścia i każdy inny wolny fragment przestrzeni, jaki tylko udało się znaleźć. Trudno się dziwić. Tego wieczoru na scenie pojawiła się Ewa Bem - artystka, która od ponad pięciu dekad pozostaje jedną z najważniejszych postaci polskiej muzyki jazzowej i rozrywkowej, której historię współtworzyła i bez której trudno byłoby sobie ten gatunek w ogóle wyobrazić.
Zaczynała pod koniec lat sześćdziesiątych. Śpiewała w zespołach Bemibek i Bemibem, współpracowała z najważniejszymi postaciami polskiego jazzu, nagrywała albumy, które dla wielu słuchaczy stały się punktami muzycznego odniesienia, a z czasem zyskała status damy polskiego jazzu. Charakterystyczna miękkość frazy, swoboda rytmiczna i umiejętność opowiadania historii poprzez piosenkę (tak samo na poziomie tekstu, jak i melodii) sprawiły, że jej głosu nie dało się pomylić z jakimkolwiek innym. Równie naturalnie odnajdywała się w piosence literackiej, muzyce rozrywkowej czy bossa novie, którą - jak sama przypomniała - pokochała między innymi dzięki swojemu bratu, Aleksandrowi Bemowi.
Program poznańskiego koncertu miał charakter szczególny. Jak przyznała sama artystka, zwykle chętnie sięga po repertuar innych wykonawców, tym razem jednak zdecydowała się na program niemal w całości złożony z własnych piosenek. Na otwarcie wybrzmiały obdarzane szczególnym sentymentem przez wokalistkę "Pomidory", a po nich "I co z tego dziś masz", "Dlaczego nas tam nie ma", "Moje serce to jest muzyk", "Por favor", "To cześć", "Powrotna bossa nova" oraz "Podaruj mi trochę słońca". Każdy z utworów publiczność przyjmowała z entuzjazmem, podsycanym przez niezwykle serdeczny kontakt z artystką. W repertuarze pojawił się również utwór Grażyny Łobaszewskiej "W objęciach". Bem zapowiedziała go z właściwym sobie poczuciem humoru, stwierdzając, że skoro "właścicielki" piosenki nie ma na sali, może sobie na taki wybór pozwolić.
Trudno nie wspomnieć, że jedną z największych sił Ewy Bem pozostaje jej sceniczna osobowość. Między utworami opowiadała historie, wspominała ludzi, którzy towarzyszyli jej przez lata, żartowała i prowadziła swobodny dialog z publicznością. Nie było w tym nic z wyuczonej przez lata konferansjerki, za to sporo naturalnej potrzeby bycia z ludźmi i dzielenia się tym, co dla niej samej ważne.
Artystka poświęciła również sporo miejsca osobom, które współtworzyły jej muzyczny świat. Podkreślała, że przez całe życie miała ogromne szczęście do wybitnych kompozytorów i wspaniałych tekściarzy. Wspominała między innymi Agnieszkę Osiecką i Wojciecha Młynarskiego, bez których trudno wyobrazić sobie historię polskiej piosenki drugiej połowy XX wieku. Wracała także pamięcią do swojego brata, wspomnianego już Aleksandra Bema - muzyka i przyjaciela Młynarskiego, który, jak opowiadała, wprowadzał ją w świat łamanych rytmów i bossa novy. Nie zabrakło również ciepłych słów pod adresem Joachima Mencela, autora muzyki do "Kakadu", do którego tekst napisała sama wokalistka.
Na scenie Bem towarzyszył znakomity band Andrzeja Jagodzińskiego, od lat należący do najważniejszych i najbardziej cenionych zespołów polskiej sceny jazzowej. Obok lidera przy fortepianie usłyszeliśmy Roberta Majewskiego na trąbce, Adama Cegielskiego na kontrabasie oraz Czesława "Małego" Bartkowskiego przy perkusji. Był to akompaniament najwyższej próby - dyskretny tam, gdzie wymagała tego piosenka, efektowny wtedy, gdy pojawiała się przestrzeń dla instrumentalnych dialogów. Szczególnie interesująco wypadły momenty, w których wokal Ewy Bem spotykał się z głosem Kai Kupczyńskiej. Ich wspólne fragmenty, często prowadzone równolegle z partiami trąbki Roberta Majewskiego, tworzyły ciekawe wielogłosowe struktury. Raz Kupczyńska przejmowała wyższe partie, innym razem role się odwracały, dzięki czemu wokalne współbrzmienia pozostawały naturalne i świeże. Odśpiewany wspólnie bis "Wszystko mi mówi, że mnie ktoś pokochał" stał się idealnym zwieńczeniem wieczoru - ciepłym, czułym i pozwalającym uwierzyć w to, w co uwierzyć potrzebujemy najbardziej - że jest dobrze.
Po latach obecności na scenie Ewa Bem nie musi już nikomu przypominać, kim jest. W Blue Note nie budowała pomnika własnej kariery ani nie odcinała kuponów od dawnych sukcesów. Zaprosiła słuchaczy do świata piosenek, ludzi i historii, które przez dekady współtworzyły jej muzyczną drogę. A oni przyjęli to zaproszenie z ogromną przyjemnością. W czasach, gdy tak wiele koncertów próbuje zachwycić rozmachem, technologią albo efektem, ten opierał się na czymś znacznie prostszym: kilku świetnych piosenkach, znakomitych muzykach i artystce, która po ponad pół wieku na scenie wciąż potrafi sprawić, że człowiek wychodzi z sali odrobinę szczęśliwszy, niż do niej wszedł. Pani Ewo, dziękujemy!
Marta Szostak
- Ewa Bem & Andrzej Jagodziński Band
- Blue Note
- 6.06
© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2026