Wojtek Mazolewski, inicjator projektu "Witkacy. Kompozycje astronomiczne", doskonale wiedział, co robi. Zainspirowany twórczością pisarza, sięgnął po jego teksty w adaptacji znakomitej poetki Agnieszki Wolny Hamkało, oddając je w ręce Marcina Dorocińskiego, a następnie zbudował wokół nich muzyczno-literacką opowieść. Projekt, zapoczątkowany z okazji jubileuszu 50-lecia Teatru im. Jana Kochanowskiego w Opolu, doczekał się albumu i trasy koncertowej. 29 października, w Teatrze Wielkim w Poznaniu, odbyło się jej finałowe spotkanie z publicznością.
Trudno o lepsze towarzystwo dla Witkacego niż artyści, którzy nie mają potrzeby trzymania się utartych ścieżek. Mazolewski swobodnie porusza się między jazzem, rockiem, punkiem i improwizacją, a Dorociński potrafi wydobyć z tych tekstów całą paletę znaczeń i emocji - od błyskotliwej ironii, przez absurdalny humor, aż po filozoficzny niepokój. Na scenie Teatru Wielkiego ten duet - wspierany przez znakomitych instrumentalistów - stworzył świat, w którym muzyka, słowo i obraz wzajemnie się napędzały.
Dorociński - elegancki, w garniturze, przez znaczną część wieczoru stojący przy pulpicie, nie potrzebował rozbudowanej choreografii ani teatralnych gestów, by przyciągać uwagę. Całą ekspresję budował głosem, intonacją, rytmem i mimiką - tę ostatnią dodatkowo wydobywały wyświetlane na ekranie zbliżenia, o których więcej za chwilę. Skrzące się ironią, intelektualną przewrotnością, absurdem i niepokojem fragmenty zyskiwały w jego interpretacji jeszcze bardziej wyrazistą bezpośredniość.
Miałam zresztą wrażenie, że nie oglądałam aktora wcielającego się w Witkacego, ale samego Stanisława Ignacego - choćby na chwilę wypożyczonego z innego porządku rzeczywistości. Być może pomogło wcześniejsze spotkanie Dorocińskiego z tą postacią w filmie Macieja Kawalskiego "Niebezpieczni dżentelmeni" z 2022 roku (jeśli nie znają Państwo tego tytułu, gorąco polecam! Trio Dorociński jako Witkacy, Tomasz Kot jako Tadeusz Boy-Żeleński i Wojciech Mecwaldowski w roli Bronisława Malinowskiego to absolutne złoto). Aktor pozostawał niezwykle czujny wobec muzyków - jego wejścia były idealnie osadzone w strukturze utworów, a głos - choć tworzył osobną warstwę narracji - nieustannie splatał się z tym, co działo się instrumentalnie. Wymagało to niemałego wyczucia względem muzyki, której przebiegu nie sposób przewidzieć po kilku taktach.
Był też moment, w którym M.D. odszedł od pulpitu i zaczął tańczyć, odwrócony plecami do publiczności. Choć nie pamiętam, przy okazji którego z utworów miało to miejsce, wiem, że obraz ten zostanie ze mną na długo. Przez chwilę trudno było rozstrzygnąć, czy tańczy Dorociński, czy może właśnie Witkacy - i chyba nie ma potrzeby udzielać na to pytanie jednoznacznej odpowiedzi. Klasa, styl i lekkość wymieszana z absurdem - połączenie doskonałe.
Mocne jazzowe struktury nieustannie otwierały się na psychodeliczne odcienie, ale te ostatnie nie przytłaczały całości. Budowały raczej gęstą, chwilami niepokojącą atmosferę, w której można było zanurzyć się, nie tracąc przy tym orientacji. Kwintet grał jak jeden organizm - z wyczuciem napięć, przestrzeni i momentów, w których należało ustąpić miejsca pozostałym. Wojtek Mazolewski był wyraźnym liderem, ale nie próbował skupiać na sobie całej uwagi. Prowadził zespół, jednocześnie pozostawiając mu swobodę i przestrzeń do współtworzenia opowieści.
Obok kontrabasu Mazolewskiego usłyszeliśmy Wojciecha Zielińskiego na perkusji, Katerynę Zbieliuk przy fortepianie, Wiktora Wysockiego na saksofonie i klarnecie oraz Oskara Toroka na trąbce. Największe wrażenie robiła zespołowa uważność: umiejętność przechodzenia od mocnych, wyrazistych struktur do bardziej rozproszonych, psychodelicznych fragmentów, a także budowania przestrzeni dla słowa.
Atut, którego się nie spodziewałam, a który okazał się jednym z najmocniejszych punktów tego wieczoru? Wizualizacje! Rejestrowany na żywo obraz z muzykami i Dorocińskim w rolach głównych poddawany był nieustannym przekształceniom. Twarze i sylwetki rozpływały się w kształtach przypominających fale dymu, by za chwilę ustąpić miejsca obrazom pełnym zakłóceń, jakby ktoś próbował złapać ostrość w rzeczywistości, która właśnie postanowiła się rozpaść. Zbliżenia, zmiany planów, deformacje i płynne przejścia tworzyły coś na kształt narkotycznej, pejotlowej wizji - i trudno wyobrazić sobie lepszą oprawę dla tekstów Witkacego.
Koncert przebiegał zgodnie z dramaturgią albumu, którego utwory zostały pomyślane jako większa całość. Szczególnie mocno wybrzmiało "Piękno z Brzydkich Elementów" z zapadającą w pamięć, zapętloną frazą "Piękno jest złożone z brzydkich elementów w czystej formie". W tym jednym zdaniu mieści się zresztą coś z estetyki całego przedsięwzięcia: zderzenie pozornie nieprzystających do siebie składników, które dopiero razem tworzą nową jakość. Muzyka, tekst, obraz, groteska i powaga - nic nie zostaje tu sprowadzone do roli niepotrzebnego ozdobnika, wszystko pracowało na wspólny efekt.
"Witkacy..." to połączenie koncertu z performatywnym słuchowiskiem, zanurzone w halucynacyjnej rzeczywistości. Projekt ambitny, ale nieprzekombinowany, wymagający uwagi, ale niehermetyczny; pełen artystycznych odniesień, a przy tym otwarty także na tych, którzy nie przyszli do Teatru Wielkiego z przygotowanym zestawem witkacowskich przypisów.
"Kompozycje astronomiczne" nakarmiły mnie i zachwyciły. Takie projekty są nam szalenie potrzebne, bo przypominają, że ambicja wcale nie musi oznaczać niedostępności. A Witkacy? Cóż, wygląda na to, że wciąż jest studnią bez dna. I chwała artystom, którzy zamiast próbować ją zasypać kolejną miałką interpretacją, potrafią zejść głębiej - i zabrać ze sobą publiczność.
Marta Szostak
- Mazolewski / Dorociński - "Witkacy. Kompozycje astronomiczne"
- Teatr Wielki
- 29.10
© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2026