Bohaterką "Drapanda" jest pierwszoklasistka Katie, która choruje na AZS. Jednak, jak przekonuje reżyser, nie jest to wyłącznie spektakl o chorobie, ale "historia o dziecku, które nagle musi nauczyć się żyć z czymś, czego nie rozumie i czego nie da się łatwo usunąć, oraz historia rodziny, która bardzo chce mu pomóc, ale często sama nie wie jak".
Dlaczego Rafał Szumski sięgnął po "Drapando"? - Interesował mnie przede wszystkim temat walki z bezsilnością - zdradza. Ciekawe według niego jest to, że również to, że akcja dzieje w dwóch planach: realnym, w którym Katie i jej rodzina próbują pokonać chorobę (ta bardzo szybko przestaje być tylko sprawą dziewczynki, bo wpływa na sen, posiłki, kąpiele, szkołę, relacje z rówieśnikami, a nawet na zwykłe rodzinne wieczory), oraz fantastycznym, w którym z kolei widzowie spotkają superbohaterów walczących z potworem AZSem. W planie lalkowym pojawią się jeszcze takie postaci jak m.in. Dermikrem, Purafin, Hipolicyna i Dieta, którzy pojedynkują się ze wspomnianym AZSem.
Droga do diagnozy czy życie z chorobą - co jest trudniejsze dla bohaterki i jej bliskich? - W "Drapandzie" pojawiają się oba te etapy. Najpierw jest szukanie odpowiedzi: co się dzieje, dlaczego swędzi, czy winne są chomiki, jedzenie, kosmetyki? Potem przychodzi diagnoza - AZS - która wcale nie przynosi natychmiastowej ulgi - tłumaczy Szumski. - I chyba właśnie to jest najtrudniejsze: odkrycie, że diagnoza nie oznacza końca problemu. Że trzeba nauczyć się z nim żyć. Są gorsze dni, są lepsze dni, są płacze, ale są też śmiech i normalne życie - wylicza reżyser.
Jak za pomocą teatru rozmawiać z dziećmi o chorobie, by ich nie wystraszyć, lecz dać siłę? - Nie udawać, że choroby nie ma, ale też nie budować wokół niej atmosfery grozy. W "Drapandzie" mamy potwora, superbohaterów, absurd, żarty i wyobraźnię. AZS zostaje zamieniony w przeciwnika, z którym można się zmierzyć. Ale ważne jest też, że ostatecznie potwór nie zostaje magicznie pokonany. Bohaterowie go osłabiają, odpoczywają i próbują dalej - tłumaczy Szumski. Twórca chce powiedzieć widzom, że mogą "być chorzy, ale jednocześnie odważni, śmiać się, mieć przyjaciół, chodzić do teatru i robić rzeczy, które lubią, że choroba nie musi być całą tożsamością".
Co było największym wyzwaniem przy pokazywaniu fizycznego bólu i swędzenia na scenie? - Chyba to, że swędzenie jest niewidzialne! Ból można pokazać grymasem, krzykiem, gestem. A uporczywe swędzenie jest czymś bardziej podstępnym - pojawia się, wraca, przeszkadza w koncentracji, we śnie, w zwykłym funkcjonowaniu - mówi Szumski. - Nie chciałem jednak robić z tego spektaklu naturalistycznego pokazu cierpienia. Bardziej interesowało mnie pokazanie, jak swędzenie wchodzi w każdą sferę życia Katie... dlatego językiem spektaklu stała się również wyobraźnia. Nawet podczas lekcji nie może się skupić, bo jej ciało cały czas przypomina jej o chorobie. Dlatego językiem spektaklu stała się również wyobraźnia - potwór, superbohaterowie, absurd. Dzięki temu można opowiedzieć o czymś trudnym bez epatowania cierpieniem - mówi twórca.
Czy na "Drapandzie" odnajdą się również dzieciaki bez AZS? - To historia o tym, że czasem nasze ciało albo życie robi coś, czego nie chcemy, że nie zawsze możemy znaleźć rozwiązanie i że wtedy ogromne znaczenie mają bliscy ludzie. To także historia o teatrze, rodzinie i nadziei. Opowieść przygodowa o walce dobra ze złem i sile wyobraźni. Spektakl uniwersalny i dla każdego - przekonuje twórca.
Monika Nawrocka-Leśnik
- "Drapando", reż. Rafał Szumski
- premiera: 10.10
- Teatr Animacji
© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2026