Filmowa wersja "Pani Doubtfire" w reżyserii Chrisa Columbusa, którego szczególnego wyczucia oczekiwań publiczności i szczęśliwej ręki dowiodły dwie pierwsze części "Home Alone", była jednym z największych kinowych przebojów początku lat 90. Spośród produkcji zrealizowanych w 1993 roku większe przychody przyniósł tylko Park Jurajski. Opowieść o losie bezrobotnego aktora dubbingowego, który po rozwodzie charakteryzuje się, przebiera i jako kobieta zostaje zatrudniony przez byłą żonę do opieki nad trójką ich dzieci, nigdy szczególnie mnie nie zachwycała. Doceniam jednak brawurową kreację Robina Williamsa, który jako beztroski Daniel Hillard zamieniał się w starszą panią z zasadami, zamiłowaniem do trunków i ciętym językiem, niejako przy okazji zyskując szansę na poznanie znaczenia słowa "odpowiedzialność" i bawiąc widzów niewyszukanym dowcipem. Z podobnymi wrażeniami pozostawiła mnie musicalowa wersja tej historii, opartej na klasycznym chwycie korzystającym ze starej farsowej konwencji qui pro quo, uruchamianej przez zmianę płciowej tożsamości bohatera. Ponad 30 lat po premierze filmu Euphegenia Doubtfire pojawiła się na scenie Teatru Muzycznego w spektaklu wyreżyserowanym przez Łukasza Brzezińskiego.
Zrealizowane w Poznaniu przedstawienie z librettem Kareya Kirkpatricka i Johna O'Farrella oraz muzyką i tekstami piosenek Wayne'a i Kareya Kirkpatricków tylko nieznacznie przesuwa akcenty pierwowzoru - operuje nieco celniejszym humorem i prowokuje do bardziej współczesnej refleksji, nadal jednak opartej na pytaniach o istotę bycia rodzicem i dopuszczając myśl o różnych modelach rodziny. Niepodważalnym atutem scenicznej "Pani Doubtfire" jest jednak obsadzenie w tytułowej - podwójnej - roli rewelacyjnego, na co dzień pracującego w zespole Teatru Nowego, Michała Kocurka (w dublurze z Patrykiem Kośnickim), który podczas trzygodzinnego spektaklu nie tylko dwoi się, ale wręcz troi, znakomicie stając na wysokości powierzonego mu zadania, zachwycając intuicją, wszechstronnością oraz - aktorską, wokalną i choreograficzną - sprawnością.
Postać pani Doubtfire stworzyła Anne Fine, która losy Daniela Hillarda i jego rodziny opisała w wydanej w 1987 roku powieści. Zrealizowany zaledwie kilka lat później film z Robinem Williamsem zamienił ją w ikonę popkultury, funkcjonującą jako jeden z charakterystycznych sygnałów przejścia między szalonymi latami 80. a coraz wyraźniejszym w następnej dekadzie powrotem do mieszczańskiej stabilizacji. Wobec popularności tego tytułu zaskakujące nie jest to, że na jego podstawie powstał musical, lecz że stało się to dopiero w 2019 roku. Światowa prapremiera tej produkcji odbyła się w Seattle, a realizację na Broadwayu znacznie opóźniła pandemia. Mam jednak wrażenie, że nie był to jedyny powód, dla którego ten tytuł - choć z powodzeniem grany na najważniejszych światowych scenach - nie powtórzył sukcesu filmu. Oryginalne niegdyś spojrzenie na rozwód, patchworkową rodzinę i odejście od klasycznego modelu rodzicielstwa nie niesie dzisiaj elementu zaskoczenia, które mogło wywoływać refleksję i zainteresowanie publiczności na początku lat 90. Realizatorki i realizatorzy poznańskiego spektaklu starają się jednak uatrakcyjnić widowisko, co całkiem często im się udaje - a nie jest to łatwe przy produkcjach realizowanych na licencji, które w dużym stopniu muszą pozostać wierne oryginałowi.
Powodzenie "Pani Doubtfire" w znacznej mierze zależy od postaci Daniela. Celności decyzji obsadowej dowodzi już pierwsze pojawienie się Kocurka, który - jeszcze przed rozpoczęciem właściwej akcji, początkowo ukryty przed oczami publiczności - czyta prośbę o wyciszenie telefonów komórkowych podczas przedstawienia. Samo odczytanie tekstu byłoby niezgodne z naturą Hillarda, który koniecznie musi wtrącić coś od siebie, dodać dowcip, mówić jak Osiołek ze "Shreka", Darth Vader z "Gwiezdnych wojen", Kermit albo Homer Simpson. Każdy pomysł potwierdza jego aktorską sprawność, ale równocześnie coraz bardziej irytuje reżysera, który w końcu wyrzuca go z pracy. Wkrótce dowiemy się, że to trzecie zlecenie stracone przez Daniela w ciągu tygodnia. Błyskotliwy, pomysłowy i zabawny bohater nie potrafi podporządkować się regułom. Podobnie funkcjonuje w rodzinie, prowokując wątpliwości najstarszej córki, Lydii (Aleksandra Daukszewicz w dublurze z Urszulą Laudańską) i irytację żony, Mirandy (Katarzyna Tapek w dublurze z Oksaną Hamerską). Wobec problemów dzieci oczekuje ona dojrzałego partnera oferującego wsparcie, na którym można polegać. Kiedy po raz kolejny Daniel przedkłada szaloną zabawę z dziećmi nad odpowiedzialność, Miranda decyduje się na rozwód. Rozwój jej zawodowej kariery wymaga zatrudnienia opiekunki, która zajmie się dziećmi.
Potwierdzona wyrokiem sędziego - granego przez pomysłowo wprowadzonego na scenę Jarosława Patyckiego - decyzja o odsunięciu Daniela od dzieci prowokuje go do działania. We współpracy ze swoim bratem Frankiem (Radosław Elis) i jego mężem Andre (bardzo dobry Bartosz Sołtysiak) przeistacza się w Euphegenię Doubtfire, która będzie zabiegać o posadę w domu Hillardów. Ze sceny wyśpiewana zostaje deklaracja: "gościa czas zamienić w gościówę", po czym rozpoczyna się jeden z bardziej efektownych muzycznie i choreograficznie numerów pierwszej, nieobfitującej w wiele innych atrakcji, części spektaklu. "Widzę nowy styl, nowy przód, nowy tył. Zróbcie kobietę ze mnie już" - domaga się Daniel, a wraz z kolejnymi propozycjami charakteryzacji na scenie pojawiają się Cher, Donna Summer, Grace Kelly, Lady Diana czy księżna Kate, a nawet... Elton John. Po informacji dotyczącej wieku i charakteru oczekiwanej opiekunki parada ikon popkultury uzupełniana jest przez "żelazne damy": Różę Luksemburg, Susan Boyle, Margaret Thatcher i Angelę Merkel. Kostiumy Katarzyny Zawal sprawnie włączają do tej rewii elementy historii, polityki, mody i estetyki kamp. Z połączenia cytatów, póz, fryzur, głosów i stereotypów powstaje starsza pani, która do wszystkich zwracać się będzie poufałym "skarbeńku".
Scena przeistoczenia głównego bohatera ujawnia jeden z ciekawszych aspektów scenicznej opowieści. Daniel wkłada kobiecy kostium, żeby oszukać Mirandę, ale właśnie dzięki niemu zaczyna uczyć się zachowań, których żona wcześniej od niego oczekiwała. Pani Doubtfire organizuje dom, przygotowuje posiłki, pilnuje obowiązków dzieci i poważnie z nimi rozmawia. Farsowe qui pro quo przynosi konkretne efekty: mężczyzna, który nie potrafił być odpowiedzialnym ojcem, zaczyna uczyć się odpowiedzialności, grając kobietę. A przy tym - po krótkotrwałym kryzysie wynikającym z ograniczenia swobody dzieci - zyskuje sympatię swoich podopiecznych. Przemianie ich stosunku do opiekunki brakuje wprawdzie dramaturgicznego uzasadnienia, jednak w konwencji musicalu można wybaczyć ten automatyzm. A także finałową zmianę nastawienia Mirandy do Daniela, która prowadzi do happy endu w stylu deus ex machina: spektakl prowadzi bohaterów do pojednania, które nie sprowadza się do odbudowy małżeństwa, lecz do akceptacji nowego modelu rodziny.
W pierwszej części przedstawienia, poza sceną tworzenia Doubtfire, brakuje wyrazistego, wpadającego w ucho i oko przeboju. Liryczne piosenki Mirandy obniżają temperaturę prezentacji, a oparcie postaci brata Daniela (Radosław Elis w dublurze z Radosławem Wieczorkiem) na niespodziewanym wykrzykiwaniu wypowiadanych słów nie pozostawia dobrego wrażenia. Sytuacja zmienia się po antrakcie, kiedy w utworach wyraźniej pobrzmiewają muzyczne cytaty, stylistyczne aluzje i kulturowe skojarzenia. Gdy konflikty zostały już ustanowione, a mistyfikację coraz trudniej utrzymać, farsa nabiera pełnego tempa. Bardzo dobre wrażenie pozostawia utwór, w którym Doubtfire prowadzi dialog ze starającym się o względy Mirandy - z wzajemnością - Stuartem (Maksymilian Pluto-Prądzyński w dublurze z Patrykiem Bartoszewiczem). W cytatach i przycinkach ujawnia się źródło problemu Daniela. Nie jest nim nowy partner jego byłej żony, lecz trudność, z jaką przychodzi mu akceptacja faktu, że Miranda może planować życie z kimś innym. Komediowy charakter przedstawienia najpełniej ujawnia się w scenie w restauracji, w której Daniel musi występować w obu rolach, to zakładając, to zdejmując przebranie. Tłem dla jego działań jest występ Pieśniarki Flamenco. Rewelacyjna, ironiczna i dowcipna Anna Lasota śpiewa w nim o niewiernym kochanku, który zasłużył na utratę "cojones". Na scenie wybrzmiewają słowa "to farsa, farsa, la farsa to", będące celnym komentarzem scenicznej mistyfikacji, nieuchronnie zmierzającej do katastrofy. Jej nadejście będzie spektakularne.
Katastrofa, do której prowadzi zmienianie ról przez Daniela w restauracji, wzmacnia przesłanie całego spektaklu. "Pani Doubtfire" nie jest prostą komedią qui pro quo, ale opowieścią o dojrzewaniu do odpowiedzialności. Bohater wreszcie ma szansę zrozumieć, że miłość nie upoważnia go do lekceważenia granic wyznaczanych przez innych, a bycie ojcem polega na czymś więcej niż zapewnianiu dzieciom rozrywki. Finał, w którym godzi się on z rzeczywistością, pani Doubtfire znajduje pracę w telewizji, a rodzina Hillardów akceptuje zmianę relacji organizujących jej życie, może wydawać się zbyt łatwy. W musicalowej konwencji całkiem celnie puentuje jednak najważniejszą myśl przedstawienia: niezależnie od tego, jakie gramy role, kiedyś trzeba je porzucić i skonfrontować się z okolicznościami, które tworzy życie. Poznańska "Pani Doubtfire" oferuje dobrą rozrywkę. Choć pierwsza część wymaga od publiczności pewnej cierpliwości, po antrakcie muzyka, choreografia i komediowy rytm nabierają tempa. Najlepsze wrażenie pozostawia jednak znakomita kreacja Michała Kocurka, role bardzo dobrze zagrane przez dzieci i wysoki poziom całego zespołu. To dzięki wykonawcom trącąca myszką opowieść zyskuje atrakcyjność, sceniczną energię i lekkość.
Piotr Dobrowolski
- "Pani Doubtfire", reż. Ł. Brzeziński
- Teatr Muzyczny
- recenzja z premiery: 12.09
© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2026