W czwartek 29 października Wojtek Mazolewski Quintet wspólnie z aktorem Marcinem Dorocińskim przedstawią w poznańskim Teatrze Wielkim "Witkacy. Kompozycje Astronomiczne" - projekt, w którym ten osobliwy fortepianowy temperament znów dochodzi do głosu. I to z całą mocą.
Stanisław Ignacy Witkiewicz dorastał w domu, w którym na co dzień spotykały się bardzo różne sztuki. Jego ojcem był twórca stylu zakopiańskiego Stanisław Witkiewicz, matką - pianistka i nauczycielka muzyki Maria Witkiewicz. Wiemy dobrze, że późniejszy autor "Nienasycenia", "Szewców", licznych filozoficznych rozpraw i fotograficznych inscenizacji potrafił śmiało żartować z własnej legendy, jednak zawsze poważnie pytał o miejsce człowieka w świecie. W tak ważnej dla niego teorii Czystej Formy szukał artystycznego przeżycia wykraczającego poza zwykłe odtwarzanie rzeczywistości. A czy podobnej niezgody na przewidywalność nie odnajdujemy również w jazzie?
Nic dziwnego, że twórczość Witkacego już wcześniej wyraźnie przyciągała polskich jazzmanów. W latach 80. choćby Tomasz Stańko nagrał materiał wydany jako "Witkacy Peyotl / Freelectronic" (1986), w którym fragmenty rozdziału "Peyotl" z "Narkotyków. Niemytych dusz" czytał Marek Walczewski. Na płycie trąbka łączyła się z elektroniką, funkowym pulsem i szorstką improwizacją. Dzisiejszy projekt Wojtka Mazolewskiego ma z tamtym albumem wyraźny wspólny literacki punkt wyjścia, choć znacznie silniej otwiera się na prywatne zapiski i aktorską interpretację.
Mazolewski - rocznik '76 - dorastał przy muzyce Davida Bowiego, Leonarda Cohena czy Led Zeppelin, ale pierwsze doświadczenia sceniczne zdobywał jako dziecko w punkowej grupie Iwan Groźny, związanej z jego starszym bratem Jerzym, znanym później jako Mazzoll. Punkowe poczucie niezależności połączył później z fascynacją Johnem Coltrane'em i trójmiejskim yassem, zupełnie nieuznającym granic między improwizacją, hałasem a rockiem. Jednak młody artysta intensywnie myślał też o malarstwie. Do liceum plastycznego nie trafił, bo... pomylił terminy egzaminów. I wtedy zaczął uczyć się gry na kontrabasie. Pomyłka jakże istotna dla historii polskiego jazzu.
Udowadnia to już rok 1998, kiedy Wojtek zakłada Pink Freud, a na "Zawijasach" (2001) oraz "Sorry Music Polska" (2003) jazzowe instrumentarium łączy z energią klubowej alternatywy, co jeszcze mocniej słychać na późniejszym "Punk Freud" (2007). Ostre partie dęciaków, powtarzane motywy basu i niemal rockowa perkusja sprawnie wymykały się formule eleganckiego jazzowego koncertu, a przecież później grupa jeszcze bardziej przesuwała się w stronę mocno eksperymentalnej elektroniki. Szczególnie wymownym przykładem stał się "Pink Freud Plays Autechre" (2016) - spotkanie z muzyką jednego z najbardziej awangardowych brytyjskich duetów na scenie IDM, całkowicie rozbijającego schematy rytmu i brzmienia.
Ale dlaczego Mazolewski w końcu sięgnął po Witkacego? Kontrabasista przyznaje, że autor "Nienasycenia" fascynował go już w czasach szkolnych, a pomysł na inspirowany jego twórczością album dojrzewał w nim latami. W końcu przyszedł czas, kiedy postanowił znaleźć dźwiękowy odpowiednik literatury równie chętnie podważającej przyzwyczajenia odbiorców, wybierając teksty, które najmocniej do niego przemawiały - prozę, eseje i listy. Okazja nadarzyła się przy jubileuszu 50-lecia Teatru im. Jana Kochanowskiego w Opolu. W czerwcu ubiegłego roku, podczas 49. Opolskich Konfrontacji Teatralnych, odbyła się premiera widowiska zapowiadanego początkowo jako jednorazowe wydarzenie, do którego teksty opracowała poetka Agnieszka Wolny-Hamkało, a muzykę i koncepcję przygotował właśnie Mazolewski.
Później jednak przyszły następne koncerty, a pod koniec maja 2026 roku na półkach sklepowych pojawił się już pełnoprawny album - "Witkacy. Kompozycje Astronomiczne". Do takiej opowieści potrzebny był jednak ktoś, kto potrafiłby udźwignąć zmieniający się ton Witkacowskiego języka. Mazolewski chciał, by to Marcin Dorociński - aktor znany i charakterystyczny, pamiętany choćby z "Pitbulla" - zagrał tę postać. Zwłaszcza że z Witkacym spotkał się już wcześniej, w filmie Macieja Kawalskiego "Niebezpieczni dżentelmeni", wcielając się w pisarza uwikłanego w kryminalną awanturę zakopiańskiej bohemy.
Na płycie "Witkacy. Kompozycje Astronomiczne" głos Dorocińskiego jest istotną częścią tej osobliwej muzycznej konstrukcji. Aktor zawiesza zdania, podbija pojedyncze słowa, czasem daje zespołowi przestrzeń na odpowiedź. Słychać w tym teatralną precyzję, ale i gotowość do pozostawienia niektórych rzeczy w niedopowiedzeniu. Ważne jest przy tym, że adaptacja Wolny-Hamkało łączy w sobie fragmenty różnych gatunków literackich, zachowując ich pęknięcia. W końcu Witkacy, piszący o metafizyce, używkach, miłości i własnych lękach, wyjątkowo rzadko mówił tylko jednym tonem.
Na albumie Mazolewskiemu i Dorocińskiemu towarzyszą: trębacz Oskar Török, saksofonista Piotr Chęcki, pianista i klawiszowiec Stanisław Pańta oraz perkusista Wojtek Zieliński. W nagraniach uczestniczył też klarnecista basowy Wiktor Wysocki. Szesnaście kompozycji składających się na płytę układa się w serię krótkich scen, między którymi stale zmieniają się proporcje słowa i instrumentów. Materiał otwiera "S.I.W.", niedługo potem motyw ten wraca w "S.I.W. - Requiem dla Staszka", a całość zamyka "S.I.W. - Bez Końca". Ten powracający podpis przypomina nam o bohaterze, kiedy muzycy coraz bardziej oddalają się od wyjściowego tematu. Trudno doszukać się w tym ciągłej biograficznej fabuły, bo ważniejsze są kolejne przybliżenia, jakby ktoś obracał portret i za każdym razem pokazywał go pod innym kątem.
Jednym z ostrzejszych momentów jest "Zjazzd", krótki instrumentalny wybuch freejazzowej swobody, ale obok są też fragmenty bardziej przystępne - "Ostatnie Takie Lato", rozwijające spokojniejszą melodię, czy "Piękno Złożone z Brzydkich Elementów", grające kontrastem między delikatnością a niepokojem. Ważną częścią materiału są również teksty korespondencji, obecne w "Pętli (List 1)", "Przyjedź (List 2)", "Zakopane City (List 3)" i "Chuj i Pan (List 4)". Groteska spotyka się w nich z językiem prywatnym - szorstkim i czasem zaskakująco odsłoniętym, pasującym Dorocińskiemu jak ulał. Aktor rysuje głosem postać ekscentrycznego geniusza, ale i człowieka, który pisał listy, tęsknił i złościł się na innych.
Witkacy siadał do fortepianu, nie przejmując się zbytnio tym, co wypada zagrać, a to łączy go z Mazolewskim na tyle, by jego wizji jednej z najważniejszych i najbardziej niepokornych postaci polskiej awangardy XX wieku naprawdę chcieć zaufać. Ba, łatwo wyobrazić go sobie właśnie wśród takich muzyków, którzy w każdej chwili swawolnie skręcają w zupełnie inną stronę. Kto wie zresztą, czy po kilku taktach to właśnie oni nie musieliby nadążać za Witkacym.
Sebastian Gabryel
- Mazolewski / Dorociński - "Witkacy. Kompozycje astronomiczne"
- 29.10, g. 20
- Teatr Wielki
- bilety
© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2026