Autorskie przedstawienie można traktować jak kolejny znak - po "Rewolcie" Przemysława Pilarskiego wyreżyserowanej przez Jerzego Jana Połońskiego w Teatrze Muzycznym - że właśnie dojrzeliśmy do opowiadania o Czerwcu bez martyrologii, nabożności i przesadnej dumy. Przedstawienie na Scenie Nowej im. Sławy Kwaśniewskiej przesuwa fundamentalne dla poznańskiej tożsamości zdarzenia na drugi plan, prezentując je z perspektywy pojedynczego człowieka - ich niezaangażowanego, mimowolnego świadka - i jego najbliższej rodziny. Bohater, którego los stanowi kanwę przedstawienia, nie jest jednak uosobieniem "everymana" - to Zdzisław Wardejn, dziś rozpoznawalny w całym kraju aktor i reżyser. Zdzisiek dorastał w Poznaniu i to właśnie tu, jako szesnastolatek, został potrącony przez tramwaj historii. Podniósł się jednak, otrzepał i - pogwizdując - poszedł dalej swoją drogą.
Scenariusz Mana inspirowany jest autentyczną historią Wardejna, który - zatrzymany przez milicję i przez trzy dni przetrzymywany w areszcie - został omyłkowo wpisany na listę ofiar tamtego tragicznego, czerwcowego dnia. Rodzina, nie mając innych wiadomości o jego losie, uznała, że okazane jej zwłoki innej osoby z raną postrzałową twarzy, należą do Zdziśka. Krewni zorganizowali pogrzeb. Tymczasem niedługo po zakończeniu ceremonii nastolatek - poobijany, ale z pewnością żywy - wrócił do domu. Z formalnego punktu widzenia pozostawał jednak martwy przez kolejne tygodnie - przywracająca go do życia decyzja sądu zapadła dopiero w sierpniu.
Dyl sowizdrzał
Bartosz Włodarczyk kreuje postać tytułowego bohatera jako pełnego energii, rezolutnego chłopaka, którego żywiołem są ruch, ciekawość świata i młodzieńcza niefrasobliwość. W krótkich spodenkach na szelkach i wełnianej kamizelce zachowuje się jak przystało na typowego rojbra. Nie troszczy się o oceny, więc świadectwo, które przynosi do domu po zakończeniu roku szkolnego, wywołuje złość jego matki (Martyna Zaremba-Maćkowska). Elegancka kobieta pyta retorycznie, czy jej syn zamierza kopać rowy, skoro nie chce się uczyć i chodzi na wagary, a do tego rzuca pierogami w stołówce, pije piwo i pali papierosy. Zdzisiek bez wahania deklaruje, że zamierza zostać aktorem - przecież świetnie recytował wiersz na jakiejś akademii. Powtarza go, przy okazji opisując tak swoją sytuację: "Pewien bumelant, gwiżdżąc na pracę, z piękną dziewczyną chciał iść na spacer". Aktor to wstyd dla rodziny, stwierdza matka, akcentując swoje szlacheckie pochodzenie. Rodzinny konflikt zaognia się: padają przykre słowa, a nawet dochodzi do rękoczynów. "Wynoś się z domu!" - syczy matka - "nie chcę cię więcej widzieć". "Ja ciebie też" - rzuca jej syn i wychodzi z domu.
Na ulicach wrze. Demonstranci z narodowymi flagami i transparentem "Żądamy chleba" idą przez miasto. Zdzisiek-sowizdrzałek w okolicy Targów zaczepia jakiegoś Francuza (Adam Machalica), od którego dostaje paczkę Gauloises'ów, a od kogoś innego bierze mapę miasta. Oba przedmioty wkrótce staną się dla milicji dowodami szpiegostwa. Tymczasem beztroski chłopak, razem z manifestantami, rusza na Jeżyce. Pod komendą UB na Kochanowskiego padają strzały. Ktoś rzuca wezwanie do budowy barykad. Kiedy słychać nadjeżdżające czołgi, nastolatek chowa się w bramie. Spotyka tam przestraszoną dziewczynę (Agnieszka Różańska), którą zagaduje i pociesza. Chociaż nie działa chyba całkiem bezinteresownie - wiadomo: krew nie woda - roztacza nad nią opiekę.
Retrofantazja
Kolejne, wartko prowadzone sceny, szybko zarysowujące okoliczności dalszych wydarzeń, przeplatają układy zbiorowe z dwójkowymi dialogami bohaterów. W krótkim prologu anonimowe postaci w kolorowych kostiumach zaprojektowanych przez Anettę Man zgodnie z najlepszymi wzorami epoki, bez słów, za to z dużym wdziękiem, odgrywają scenę zalotów. Mężczyźni i kobiety są eleganccy, uśmiechnięci i swobodni. Nie wydaje się, żeby doskwierały im głód, bieda albo dyktatura komunistycznej władzy schyłku stalinizmu. A przecież właśnie te doświadczenia za chwilę sprowokują ich do wyjścia na ulice. Na razie nucą wesołą melodię, wybijając jej rytm; kobiety prężą łydki, a mężczyźni przybierają pozy kogucików. Historyczna fantazja prezentuje się atrakcyjnie, przyciągając wzrok widzów. Cudzysłów dla tej, a także kolejnych scen ustanawia muzyka - nie tylko chwytliwe, klasyczne melodie wykonywane przez aktorki i aktorów, ale także dźwięki gitary Grzegorza Kopali, obecnego przez cały spektakl na uboczu sceny (w dublurze z Szymonem Witczyńskim).
Powracająca, charakterystyczna muzyka - mnie kojarząca się ze spaghetti westernami, ale też z piosenką otwierającą każdy odcinek późniejszego o niemal 20 lat serialu "Stawiam na Tolka Banana" - nadaje spektaklowi cechy ballady. Wykorzystując ją, reżyser osłabia odniesienia faktograficzne, jakby sugerował, że prezentowana historia mogła toczyć się tak lub trochę inaczej, ale to bez znaczenia, bo celem spektaklu nie jest historyczna rekonstrukcja. Narracja o "przygodzie" Zdziśka - jak dawna ballada - krąży w zbiorowej pamięci i przekazywana jest dalej. Wzbogaca ją fantazja, urozmaica rytm: opowieść poddawana jest skrótom, obrasta apokryfami i ulega teatralnemu przetworzeniu. Muzyka funkcjonuje jak najważniejszy element tworzący specyficzną dramaturgię przedstawienia - wzmacnia jego sowizdrzalski ton i sugeruje, by kolejne zdarzenia traktować jak epizody niezwykłych przygód bohatera, nieustannie wpadającego z jednych tarapatów w kolejne, ale zawsze wychodzącego cało. Zdzisiek bywa bezczelny, ale jest odważny. Jeśli się boi - nie daje tego po sobie poznać. I pozostaje niezłomny: nawet po trzech dniach przesłuchań dowcipnie odszczekuje się przesłuchującemu go ubekowi. Balladowy dystans pozwala na bezkrytyczne przyjęcie historii opowiadanej do dzisiaj przez Wardejna, wspominającego szczególne dni swojej młodości. Teatr, o którym marzył szesnastoletni Zdzisiek, 70 lat później opowiada jego wersję własnej legendy.
Galeria typów
Lekkość determinuje styl bycia głównych bohaterek i bohaterów spektaklu. Matka Zdziśka zostaje przedstawiona jako kobieta chłodna, wręcz bezwzględna. Jej arystokratyczne pochodzenie przejawia się w sposobie bycia, dystansie i poczuciu wyższości wobec innych. Nawet perspektywa śmierci syna nie wyzwala jej rozpaczy, która mogłaby służyć przełamaniu konwencji czarnej komedii. Zupełnie inną, ciepłą energię wnosi - grana z fantastyczną lekkością przez Oliwię Nazimek - ciotka. To kobieta zawsze znajdująca dobrą radę, praktyczne rozwiązanie i właściwe wyjście z każdej sytuacji. Cokolwiek się dzieje, zachowuje pogodę ducha. Nawet w kostnicy.
Zachowania pozostałych postaci rzadko znajdują motywację psychologiczną. Pielęgniarka (Maria Rybarczyk), komunistyczny aparatczyk (Tomasz Mycan) czy krewny, który przyjechał na pogrzeb Zdziśka (Sebastian Grek), reprezentują ludzkie typy charakterystyczne dla farsy albo - pokrewnej jej stylistycznie - opowieści łotrzykowskiej. Ich reakcje bywają nieadekwatne do dramatyzmu sytuacji, których są świadkami. Śmierć, przemoc i strach zostają osłabione komediowymi skeczami z ich udziałem. W ten sposób reżyserowi udaje się konsekwentne utrzymanie tonu przedstawienia, ogranicza jednak możliwość wprowadzenia do spektaklu prawdziwie mocnej linii dramatycznej - albo choćby punktu, w którym zabawa z historią zostanie zawieszona, ujawniając wagę i tragizm wydarzeń. Tymczasem sceniczna opowieść płynie szybko, nie pozostawiając po sobie śladu głębszego niż kolejna anegdota.
Zmieniający drugoplanowe role wykonawcy tworzą wyraziste, często komediowo przerysowane postaci. Scenografia i kostiumy Anetty Man budują atrakcyjny wizualnie obraz epoki betonu i czynu społecznego, nie tyle rekonstruując rzeczywistość 1956 roku, co poddając ją teatralnej stylizacji. W tej estetyce pobrzmiewa nutka sentymentu za dawnymi czasami, budząc we mnie drobne wątpliwości. Kolorowe kostiumy, piosenki, wdzięk dawnych obyczajów i łobuzerska energia młodego bohatera zderzają się z lokalną pamięcią o rzeczywistości autorytarnego państwa, które wysłało wojsko i czołgi przeciwko ludziom domagającym się godności i chleba. Tymczasem prawdziwa, tragiczna historia zakotwiczona jest w Zdziśku jedynie w krótkiej, szablonowej i nieumocowanej fabularnie scenie manifestacji oraz w projekcjach Zuzanny Piekarskiej, wykorzystujących oryginalne zdjęcia jej uczestników.
"Zdziśka" ogląda się dobrze. To sprawnie poprowadzony i świetnie zagrany spektakl. Historyczny kontekst sowizdrzalskiej przygody tytułowego bohatera - obok fotografii i ikonicznego transparentu - kreśli w nim także głos Radia Wolna Europa (Rybarczyk), komentujący wydarzenia rozgrywające się w tle pierwszoplanowej fabuły. Komediowy ton pozwala Manowi na uniknięcie wzniosłości rocznicowej celebry. Jego przedstawienie przypomina, że jednostkowe historie często tworzone są przez przypadki, nieporozumienia i pomyłki. Problem w tym, że zatrzymuje się właściwie na tym rozpoznaniu, z którego niewiele wynika. Owszem: życie pisze scenariusze bardziej nieprawdopodobne niż teatr, ale ten scenariusz jest apokryfem historii, stworzonym przez opowieść Wardejna - człowieka teatru i kina. Zdzisiek to spektakl udany, który odzyskuje jednostkę dla historii. Tyle tylko, że nie do końca wie, co zrobić z tym wymiarem historii, która została przez niego przy tej okazji odkryta.
Piotr Dobrowolski
- "Zdzisiek", reż. Tomasz Man
- Teatr Nowy
- recenzja z 26.06
© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2026