Festiwal Ale Kino! dedykowany jest młodym widzom. W jaki sposób pokazywane w jego ramach, stworzone przez Pana animacje mogą do nich dotrzeć?
Moje animacje z racji tego, że wyglądają jak kreskówki, są kolorowe i pełne akcji, często podobają się najmłodszym. Jednak nie powiedziałbym, że są do nich skierowane. Staram się aby ich tematyka poruszała trudniejsze zagadnienia. Planuję całą fabułę od początku do końca. To trudny temat, ponieważ coś, co wydaje nam się kolorowe i przepełnione radością, może nieść smutne przesłanie. Cieszy mnie jednak kiedy widzę, że młodym ludziom podobają się moje prace, mimo że nie wyłapują wszystkich aspektów.
Jako nauczyciel na co zwraca Pan szczególną uwagę w pracach młodych animatorów?
Najważniejsze w mojej opinii jest to, czy projekt jest spójny. Czy opowiadana historia współgra z formą i czy jest wykreowana w sposób, który sprawi, że po obejrzeniu widz zastanowi się, co właśnie obejrzał. Jako nauczyciel spotykam się z wieloma przypadkami bardzo dobrze wykonanych animacji, nie opowiadających zupełnie o niczym. Ważny jest każdy aspekt - łącznie z udźwiękowieniem, sprawiającym naprawdę dużo trudności młodym twórcom. Zwracam też uwagę na planowanie tego, co się chce zrobić. Stworzenie dobrych storyboardów przed animowaniem bardzo ułatwia pracę i daje przejrzystość naszemu pomysłowi. Często zdarza się, że animatorzy tracą kontrolę nad swoim dziełem i po prostu gubią się we własnym przesłaniu.
Jest Pan jurorem na tegorocznym Ale Kino!. Jakim kluczem kieruje się Pan przy ocenianiu filmów?
Widziałem naprawdę wiele filmów, które są dobrze zrobione, a jednak nudzą widza. Były także świetne produkcje, jak francuski film "Dzień obywatela", poruszający zagadnienie młodych imigrantów w Paryżu. Zaskoczył mnie podejściem do tematu i formą dokumentu. Większość aktorów zaangażowanych w ten krótki metraż to amatorzy, co sprawia, że film jest bardzo prawdziwy w swoim przesłaniu i odbiorze.
Duża wagę przykładałem również do zagadnień trudnych dla młodzieży. Należy bardzo ostrożnie i umiejętnie przedstawiać problemy związane z seksualnością czy wykluczeniem. To były główne kryteria.
Jest Pan laureatem licznych festiwali, był Pan nominowany do Oscara. Czy takie wyróżnienia pozwalają na większą swobodę w tworzeniu i przeforsowywaniu swoich pomysłów?
Jestem w wieku, kiedy otrzymuję wiele życiowych nagród. Jeśli jesteś stary, dostajesz ich naprawdę dużo (śmiech). Osobiście nigdy nie zabiegałem o wyróżnienia, ale wiadomo - jak jesteś młody to takie laury pomagają w pozyskiwaniu finansowania na twoje filmy. Budżety na krótkometrażowe filmy są bardzo niskie. Bardzo miło wspominam swój udział w różnych festiwalach. Jako młody chłopak przyjechałem na festiwal w Annecy. To było chyba w 1965 r. Zetknąłem się z twórcami animacji z całego świata. Było tam wiele osób z Polski oraz Czechosłowacji, duże nazwiska jak Norman McLaren, który bardzo mnie inspirował. Po pewnym czasie, podobnie jak on, zacząłem tworzyć dla National Film Board of Canada. To było dla mnie olbrzymie wyróżnienie. Pamiętam jak zastanawiałem się nad wyjazdem do Kanady. Zdawałem sobie sprawę, że bardzo ułatwi mi to zaistnienie w świecie animacji. Jednak miałem już wtedy rodzinę, nie chciałem jej zostawiać. Postawiłem wszystko na jedną kartę. Rozpoczęliśmy życie w nowy kraju, co było bardzo ryzykowne, ale jak widać opłaciło się (śmiech).
Miałem to szczęście, że zawsze tworzyłem rzeczy, które chciałem i nigdy nie pozwoliłbym, aby ktoś odgórnie narzucał mi tematy.
Zaczynał Pan w latach 60., ma zatem obraz zmian, jakie zaszły od tego czasu w animacji. Które uważa Pan za najbardziej pozytywne, a co wkurza Pana w branży dziś?
Dzięki technologii animację może obecnie tworzyć każdy. Nawet jeśli ma się niewielkie umiejętności, poziom dzisiejszych programów komputerowych pozwala na retuszowanie ich braku. Na rynek wychodzi dużo miernych projektów. Prowadzi to również do kopiowania i powielania wielu pomysłów. Kiedy zaczynałem w latach 60., trzeba było naprawdę się postarać. Od każdego wymagano wyrobienia unikalnego stylu, który będzie cię wyróżniał w świecie animacji. Od tamtego czasu filmy animowane przeobraziły się w przemysł, który generuje niewiarygodne zyski. W moich czasach była to branża zrzeszająca pasjonatów, tworzących dla własnej przyjemności, a nie dla pieniędzy.
Jestem dziś wykładowcą na Uniwersytecie w Kassel. Uwielbiam otaczać się studentami i nadzorować ich pracę. Jeśli miałbym wskazać, co mnie irytuje, to środowisko wykładowców, gdzie panuje dziwna atmosfera rywalizacji. Dlatego jeśli jest jakieś spotkanie nauczycieli, to zawsze staram się z niego wymigać (śmiech).
Pracował Pan przy tworzeniu "Yellow Submarine" dla The Beatles. Jak wspomina Pan pracę nad tym projektem?
Do pracy nad filmem zwerbował mnie reżyser George Dunning. Nie zastanawiałem się zbyt długo. Projekt nie był tak duży, jakby się mogło wydawać. Nad animacją pracowało 25 animatorów. To nic w porównaniu do 5 tysiącami, które tworzą np. filmy Pixara.
Członkowie grupy The Beatles nie mieli zbyt dużego wpływu na to, co tworzyliśmy. W tamtym czasie dużo bardziej interesował ich wyjazd do Indii, więc ograniczyli się tylko do podłożenia głosów, nie mieli większego wpływu na kształt przedsięwzięcia. Pamiętam jednak jak raz odwiedził nas Paul McCartney. To był okres największej popularności zespołu, więc spotkanie takiej ikony zrobiło na mnie duże wrażenie.
Co zostanie w Pana pamięci po tegorocznym Ale Kino!?
Jako juror świetnie się bawiłem. Najbardziej cieszyła mnie interakcja z najmłodszymi podczas warsztatów. Nie doświadczyłem tego na żadnym innym festiwalu. Patrzenie na to, jak odbierają filmy, możliwość spędzenia z nimi czasu - to było bardzo pozytywne. Podoba mi się tu dużo bardziej niż np. w Annecy, które skierowane jest głównie do nastolatków. A oni bardziej interesują się imprezowaniem, a nie oglądaniem filmów. W Poznaniu mogłem doświadczyć, jak młodzież naprawdę cieszy się z oglądania filmów. Będę również wspominał nasze jury, zgraną ekipę. No i miałem okazję trochę potańczyć na bankietach (śmiech).
Rozmawiał Dawid Wódzki
*Paul Driessen - rysował od najmłodszych lat. W 1964 r. ukończył Akademię Sztuk Pięknych w Utrechcie, a trzy lata później został zaproszony do Londynu, by pracować przy "The Yellow Submarine" dla The Beatles. W 1970 r. wyemigrował do Kanady i zaczął pracować jako animator freelancer. Od 1976 r. animował i wyreżyserował wiele filmów dla niezależnych producentów w Holandii. Jego krótkometrażowa animacja "3 Misses" została nominowana do Oscara w 2000 r. Od 2005 r. wykłada animację na Uniwersytecie w Kassel w Niemczech, jego studenci zdobyli dwa Oscary.