Komunikaty

pagina

Aktualności

Pominąłeś menu

menu

Festiwal to nie znaczy zawsze to samo [opinia]

Gdyby na bazie Google Maps stworzyć aplikację, która pokazywałaby na mapie Polski lokalizacje najróżniejszych artystycznych festiwali, dostalibyśmy obraz przestrzeni szczelnie wypełnionej setkami kulturalnych punkcików. Co nam po nich? - pyta Michał Danielewski.

rys. Joanna Pakuła - grafika artykułu
rys. Joanna Pakuła

Każde nieco większe miasto w kraju nad Wisłą z jakiegoś powodu za punkt honoru przyjęło sobie, by zorganizować jakiś festiwal. Teatr, muzyka, film, coś dla młodszych, coś dla starszych, tutaj Bach, tam teatr kukiełkowy, tu dla bardziej wymagających, tam dla tych mniej wybrednych, z gwiazdami zagranicznymi albo lokalnymi, z funduszy samorządowych albo za pieniądze od sponsora. Do wyboru i koloru. Gdyby wziąć pod uwagę sam tylko Poznań, musielibyśmy zoom mapy ustawić na maksymalną wartość, by rozróżnić, który punkt w tym gąszczu odpowiada za jaką imprezę.

Przepis na "event" prosty i tani

Po latach traktowania kultury jak piątego koła u wozu, nagle jakiś czas temu zaczęliśmy nadmuchiwać w Polsce artystyczną bańkę spekulacyjną. Na organizowanie cyklicznych imprez przeznaczamy naprawdę spore pieniądze, sumę, która w skali kraju spokojnie co roku sięga setek milionów złotych. Skąd ten boom? Idealistyczna odpowiedź byłaby taka, że w końcu doceniliśmy rolę, jaką odgrywa kultura w poprawie jakości życia obywateli. Według tej wizji moglibyśmy powiedzieć, że chcemy przy okazji wydarzeń kulturalnych spotykać się ze sobą, chłonąć sztukę, przeżywać ją i o niej dyskutować. Odpowiedź bardziej realistyczna - lub, jak kto woli, cyniczna - byłaby taka, że zorganizowanie kulturalnego "eventu" przynosi duży, doraźny zysk bardzo małym kosztem. Trochę można zarobić, trochę się wypromować albo zbić na popularnej imprezie polityczny kapitał. Typowy przepis na festiwal jest bowiem banalnie prosty. Należy wymyślić w miarę chwytliwe hasło, zastanowić się, jaką dziedzinę sztuki chcemy festiwalowo obsłużyć, chwilę pomyśleć nad targetem, skalkulować budżet, zatrudnić na umowę czasową ludzi, którzy odwalą całą brudną robotę... I już. Gotowe. Publiczność zawsze jakaś przyjdzie (choć oczywiście lepiej, żeby była większa niż mniejsza), gorzej lub lepiej się zabawi i kolejną imprezę można z czystym sumieniem zaznaczyć w sprawozdaniu, w rubryce "odbyła się". W takim ujęciu festiwal kulturalny niewiele rożni się od meczu piłkarskiego lub wizyty w centrum handlowym - jest kolejnym wydarzeniem pozwalającym uczestnikom zabić nudę, fajerwerkiem bez żadnej wartości dodanej, zaspokajającym najprostsze potrzeby.

Więcej...