Zebrane w tej książce wiersze więcej wspólnego mają ze zbiorem niż linearnie opowiedzianą historią, ale nie przeszkadza to w zarysowaniu głównej tematyki, jaką jest istnienie w relacji wobec języka; słowa w tomiku Bociąg uważnie się ogląda i "przyuważa" w różnych kontekstach. Okładka omawianej książki poetyckiej autorstwa Kiry Pietrek subtelnie zapowiada, to, co dzieje się pod jej powierzchnią. Na czarnym tle opalizuje znany Poznaniakom kształt jeziora maltańskiego, a użyta do jego zaznaczenia folia holograficzna wygląda inaczej w zależności od kąta padania światła. Struktura tomiku wygląda podobnie: pod połyskującymi wierszami domyślamy się jakiejś większej całości, która pozostaje nieuchwytną i zmienną.
Utwory zebrane w tej książce są raczej krótkie i przeważnie pozostają świadectwem epifanii osób (lub przedmiotów), którym w wierszach udziela się głosu. Trudno oprzeć się wrażeniu, że autorka pozostaje pod wpływem zabaw formą i językiem, jakie uprawiał na przykład Raymond Queneau. W "malcie" dużo jest bowiem układania wersów w różnej kolejności dla uzyskania odmiennego efektu, "rozmów" wierszy sąsiadujących ze sobą na otwarciu książki, a nawet powracających motywów (np. toczącego się jabłka) oglądanych w nieco zmienionych okolicznościach świata przedstawionego. Element zależności od kontekstu jest zresztą zasugerowany wprost już w utworze "kostka" na stronie 7, który jest siatką sześcianu jakby gotową do wycięcia i złożenia, podczas gdy na każdej ścianie znajduje się opis czynności: "krzyczymy", "znajdujemy sanki", "zjeżdżamy", "wchodzimy na górkę", "z większej się boję". Trudno o bardziej wymowną zachętę do zabawy.
Wspomniane przyuważanie słów obejmuje także analizę ich budowy oraz użycie wieloznaczności. Ta ostatnia staje się niekiedy jedyną osią oddziaływania wiersza, jak dzieje się choćby w utworze "mgławica" (s. 14):
"widziałem ryby
szukając gwiazd"
Liczne zabiegi dokonywane tutaj na języku kierują uwagę odbiorcy raczej na aspekt foniczny niż zdolność przywoływania obrazów. Tę intuicję zdaje się potwierdzać wielość podmiotów, które mówią w wierszach, pojawiające się w kilku utworach eksperymenty z rytmem czy powtarzający się zapis znany z utworów dramatycznych lub słuchowisk, z wyróżnieniem osoby mówiącej.
"gałąź: abstrakcja, której używasz, jest dla mnie zrozumiała, ale nie dosięgam do niej. kiedy mówimy o ż y c i u, mam na myśli ciężar jabłka, które trzymam.
drzewo: (choć mówisz: c z u j ę).
gałąź: kiedy mówię o m i ł o ś c i, mówię o węźle, z którego wyrastam."
(***, s. 29)
"malta" z jednej strony wydaje się tomem pełnym dźwięków i ruchu, z drugiej natomiast mówi wiele o intymności relacji i uczuciach, które towarzyszą losowości życiowej fabuły. W tym kontekście folia na okładce wtóruje uchwyconej przez Bociąg pewności co do występowania emocji przy równoległości ich nieuniknionej ewolucji. Wydaje się, że w tym tomiku woda nie tylko udziela swych właściwości przy organizacji tomiku, ale staje się też monumentalną metaforą wszechrzeczy. Chyba najlepiej oddaje to wiersz o wymownym tytule "ps", który dodatkowo - w ramach wspomnianych już zabaw formalnych - usytuowany jest u dołu strony, jak przystało na postscriptum:
"zabawa polega na
przeniesieniu w foremce
wody
z zamkniętymi oczami
przy krawędzi basenu"
("ps", s. 37)
Mocne, egzystencjalne momenty zdarzają się w "malcie" raz po raz, jednak to właśnie dzięki nim odbiorca nie zapomina, że mimo iż zabawa nad jeziorem jest z natury krotochwilna, to bywa także niebezpieczna. Pod powierzchnią pełną blasku i rytmu istnieje głębia, która może pochłonąć i już nie wypuścić - ta właśnie dwoistość z pewnością jest w książce Joanny Bociąg obecna.
Joanna Żabnicka
- Joanna Bociąg, "malta"
- wyd. Warstwy
© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2026