Twój fotoreportaż "Śmigus-Dyngus", uhonorowany główną nagrodą podczas zakończonego w grudniu konkursu Wielkopolska DOC, organizowanego przez Wojewódzką Bibliotekę Publiczną w Poznaniu, pochodzi właśnie z 2025 roku. Ile razy podejmowałeś się tego tematu?
To była moja trzecia wizyta w wielkopolskich Przygodzicach, gdzie zostały wykonane te zdjęcia. Za pierwszym razem poruszałem się za uczestnikami zabawy samochodem, w kolejnych latach mogłem już jeździć z nimi na wozie strażackim. Fotografowałem dzięki temu z zupełnie innej perspektywy, nie jako widz stojący z boku, tylko z samego centrum akcji, z punktu widzenia uczestnika.
Stałeś się częścią tej społeczności?
Mieszkańcy wsi są bardzo zaangażowani w tę lokalną tradycję. Miejscowa straż pożarna, właściwie jak we wszystkich mniejszych miejscowościach, pełni w Przygodzicach również rolę społeczną. Strażacy nie tylko ratują ludzkie życie, ale całe życie miasteczka tak naprawdę kręci się właśnie wokół remizy. A sama tradycja wielkanocnego śmigusa-dyngusa jest dla mieszkańców ważna - tam się rozgrywa prawdziwa bitwa! Przed domami stoją baseny ogrodowe napełnione wodą, a ich zawartość jest wykorzystywana do "walki" ze strażakami. Ci z kolei polewają mieszkańców z armatek wodnych. I tak jeżdżą od domu do domu, by każdy był zmoczony - co symbolicznie ma przynieść szczęście.
W większych miastach już tego klimatu nie ma. Kiedy oglądam inne zdjęcia z lanego poniedziałku, widać na nich, że jest poprawnie. Ludzie bawią się tak, żeby nikogo za bardzo nie zmoczyć, żeby nikomu nie przeszkadzać.
To prawda. W Poniedziałek Wielkanocny ludzi oblewających się wodą na ulicach tak naprawdę już nie uświadczysz.
Przygodzice to pewnie jedno z nielicznych takich miejsc, gdzie ten fenomen przetrwał. Wszyscy są zgrani, zadowoleni. To jest wręcz niebywałe.
To, co uderza w Twoich zdjęciach - nie tylko tych konkursowych - to prawdziwość. Brak masek, brak udawania. Historie, które przedstawiasz na swoich fotografiach, nie są ustawione tak, by dobrze wyszły w mediach społecznościowych. Czy to jest kwestia tego, że starasz się fotografować, jak sam to określasz, na prowincji? I że w tych trochę mniejszych miejscowościach tej instapresji jeszcze, na szczęście, nie ma?
Jestem jednym z sześciu administratorów facebookowej grupy o nazwie "Fotografia Uliczna". Większość z nas skupia się właśnie na małomiasteczkowej fotografii lokalnej. Jesteśmy fotografami, którzy kochają ten stary sposób fotografowania - klasyczny reportaż. Ale też jesteśmy zakochani w prowincji, właśnie za jej autentyzm.
Wspomniałeś o Instagramie. Teraz, żeby zdjęcie się na nim "poniosło", trzeba zrobić fotografię przede wszystkim pionową, ale również barwną i estetyczną. Moje zdjęcia nie są instagramowe - są wieloplanowe, z dużą liczbą detali, często trzeba się im dobrze przyjrzeć, by je w całości odczytać. No i są poziome, dokładnie tak, jak naturalnie kierujemy swój wzrok. Dla mnie definicja dobrej fotografii jest taka, że zdjęcie musi być ciekawe, a nie ładne.
Powiedziałeś, że jesteś zakochany w małych miejscowościach. Faktycznie, przeglądając Twoją stronę internetową, widać, że większość nagrodzonych zdjęć wykonałeś w promieniu około 40-50 kilometrów od swojego domu. Czy łatwiej jest fotografować "u siebie", znając każdy kąt, czy właśnie to "u siebie" bywa czasem przeszkodą?
Krąży taki mit, że aby zrobić dobre zdjęcie, trzeba pojechać na koniec świata. To nieprawda, trzeba tylko umieć znaleźć ciekawe wydarzenia! W pobliżu każdego z nas jest ich bardzo dużo, wystarczy chcieć poszukać. To prosta droga do tego, by przywieźć ciekawy reportaż albo dobre zdjęcie streetowe (uliczne - przyp. red.).
Mówisz o odkrywaniu małych wydarzeń i przedsięwzięć. Czy taki rodzaj dokumentacji lokalnej motywuje Cię do fotografowania?
Te wszystkie wydarzenia, które wynajduję, są naprawdę fascynujące. Tu się tyle dzieje! I to są takie rzeczy, że gdy potem opowiadam, co miałem okazję przeżyć, to sam w to nie wierzę. Robiłem zdjęcia podczas wyścigu wraków, fotografowałem dwudniową symulację postapokaliptycznego świata "Nuclear Zone LARP", towarzyszyłem taborowi kaliskiemu. To właśnie takie drobne momenty, niewielkie wydarzenia mnie fascynują. Uwielbiam tak spędzać czas. A jeśli do tego uda mi się tam wykonać dobrą fotografię, to jeszcze lepiej. Samo poszukiwanie kadru jest dla mnie fascynujące. To przygoda i zastrzyk dopaminy. Jeśli w ciągu roku uda mi się zrobić 5-10 dobrych zdjęć, jestem bardzo zadowolony.
A kiedy wyjeżdżasz do innego państwa, też szukasz tam prowincji zamiast najważniejszych i najbardziej znanych miejsc?
Kupując wycieczkę turystyczną do innego kraju, często trafia się do hotelu z basenem, a na miejscu oferowane są wycieczki do najbardziej znanych zabytków. Te wszystkie miejsca wyglądają... tak samo. Jest cały parking autokarów, są stragany z pamiątkami. Ten świat nie jest prawdziwy, to taki turystyczny Truman Show. Ale wystarczy zrobić parę kroków w lewo czy w prawo, udać się w jedną z bocznych uliczek - i można odnaleźć autentyczne życie. A przecież to jest właśnie prawdziwy cel takiego wyjazdu: doświadczyć innej kultury, poznać życie w danym miejscu. I ja właśnie czegoś takiego szukam.
Zawodowo jesteś grafikiem (i to wielokrotnie nagradzanym) i fotografem komercyjnym. Czym dla Ciebie jest zatem fotografia streetowa?
Fotografia streetowa jest pociągająca, bo jest trudna. Trzeba naprawdę sporo się nachodzić, żeby zrobić dobre zdjęcie. To niezliczone kilometry i godziny. Zdjęcie, które będzie posiadało kontekst, będzie wywoływało emocje.
Zaczęło się od tego, że w trakcie pandemii, kiedy wszyscy byliśmy pozamykani w domach, zapragnąłem fotografować ludzi. Wziąłem aparat, wyszedłem na targowisko... Kiedy sprzedawcy zobaczyli mój duży aparat, od razu mnie przegonili. Ale się zawziąłem, zmieniłem aparat na mniejszy i wróciłem. Zacząłem robić zdjęcia dlatego, że fascynowało mnie to, o czym wspominał Tomasz Tomaszewski: że fotografowie potrafią dostrzegać to, czego inni nie widzą. Chciałem się nauczyć to dostrzegać. Udało mi się opanować to rzemiosło i tak właśnie fotografuję.
W wywiadzie sprzed roku, dla portalu fotopolis.pl, powiedziałeś Julii Kaczorowskiej, że nawet fotografując duże wydarzenia, starasz się nie skupiać na głównej scenie. Dlaczego?
Uważam, że najciekawsze fotograficznie wydarzenia dzieją są tam, gdzie nie są skierowane obiektywy mediów. Nie interesuje mnie to, co się na danym wydarzeniu dzieje. Zamiast tego skupiam się na tym, jak reagują na to jego uczestnicy. Będąc w Jarocinie na festiwalu muzycznym, wolałem pochodzić wokół całego terenu, popodglądać uczestników, potowarzyszyć im w drodze na samą imprezę.
Kiedyś podczas strajku rolników zrobiłem takie zdjęcie, na którym jeden z uczestników stoi, a w tle palą się opony. Umieściłem go w kadrze w taki sposób, żeby wyglądało, jakby ten dym wydobywał mu się z głowy. Odebrałem w ten sposób pierwotny kontekst temu zdjęciu i nadałem mu zupełnie nowy. Właśnie taka fotografia mnie interesuje.
Jedną z cech charakterystycznych Twojej pracy jest wspomniana już wieloplanowość. Na Twoich zdjęciach dużo się dzieje, należy się im dobrze przypatrzeć.
Bardzo cenię starych fotografów i stary sposób fotografowania, jak u Josefa Koudelki czy wspomnianego już Tomaszewskiego. Oni właśnie tak robili - misternie komponowali kadr fotograficzny. Teraz autorzy częściej sięgają po proste środki wyrazu: centralną kompozycję i małą głębię ostrości, która zapewnia wycięcie z tła. Tyle że to nie jest fotografia, która przedstawia historię. Bez wieloplanów, bez kontekstu i interakcji między poszczególnymi elementami zdjęcia nie opowiemy historii.
Na koniec zadam przewrotne pytanie: Czy należałoby Ci życzyć wyjazdu w jakieś piękne, nowe miejsce, czy raczej tego, by Twój Ostrów Wielkopolski wraz z okolicznymi miejscowościami już nigdy się nie zmienił?
Dla mnie nie ma znaczenia czy będę za granicą czy tu, w Polsce. Ja już sobie znajdę temat. (śmiech) Można mi życzyć tego, żebym po prostu mógł robić te moje zdjęcia. Bo jestem w dobrej formie i ciągle mnie ta fotografia kręci.
Rozmawiał Adam Jastrzębowski
© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2026