Kultura Poznań.pl

Kultura

opublikowano:

ZAPISKI Z LAMUSA. Brudny róż

O poznańskiej Różowej Kukułce - okazie zupełnie niezwykłym i ze wszech miar oryginalnym, cieszącym się zainteresowaniem i entuzjastycznymi reakcjami publiczności - jakiś czas temu już wspominaliśmy. Salwy śmiechu dowodziły, że występom, ich koncepcji i wykonaniu, trudno było cokolwiek zarzucić. Wręcz przeciwnie. Wszystko stało na najwyższym poziomie. Ale czy zawsze?

, - grafika artykułu
Kompozycja autorstwa Ludwika Pugeta pt."Narodziny Różowej Kukułki", ok. 1932, fot. ze zb. Narodowego Archiwum Cyfrowego

"«Nie wyszło!» - powiedziałem sobie zrezygnowany, po gościnnym występie «Różowej Kukułki» w Bydgoszczy. Ano - trudno. Nie wyszło! W Bydgoszczy nie wyszło. A przecież wychodziło znakomicie - i to nieraz - w Poznaniu. Przecież «Różowej Kukułce» udało się nawet ożywić «Jamę Michalikową» w Krakowie. Aż siedem razy ożywić. Ten sukces zwłaszcza zaimponował mi najbardziej. Należałem ongiś do tych, którzy «mieszkając» nieomal w uroczej «Jamie», daremnie łamali sobie nad tem głowy, w jakiby tu sposób tchnąć nowego ducha w piękne, ale zmartwiałe formy. Nie zdały się jednak na nic najdowcipniejsze pomysły najdowcipniejszych krakowian. Trzeba było dopiero przyjazdu poznańskiej «Różowej Kukułki», aby «Jama Michalikowa» ożyła. Wtedy powziąłem decyzję. Jeżeli taki stary wyga, jak Kraków siedem razy wpadał w różowy humor na widok «Różowej Kukułki», to i chłodna Bydgoszcz rozgrzeje, rozrusza i zaróżowi się z uciechy..."* - pisał Marian Turwid w swojej relacji pod niepozostawiającym złudzeń tytułem Nie wyszło, która ukazała się na łamach "Kuriera Poznańskiego" (nr 114/1934).

I tak oto zdarzyło się więc razu pewnego, że mogąca pochwalić się licznymi sukcesami, tak na gruncie rodzimym, a więc poznańskim, jak i obcym, nieco dalszym, np. krakowskim, kabaret Różowa Kukułka zawitał do Bydgoszczy, gdzie całkiem dla wszystkich nieoczekiwanie doznał porażki. Czy zasłużenie? Co takiego musi się stać, by kolorowy, zachwycający ptak, nagle zaczął zmieniać kolor swoich piór na smutny, szary i w żadnym razie niewzbudzający zachwytu?

"Postanowiłem tedy sprowadzić «Różową Kukulkę» do Bydgoszczy. Inicjatywa moja spotkała się z bardzo życzliwem i czynnem poparciem pań z Tow. Polsk. Krzyża. Jak najstaranniej przygotowaliśmy wszystko na niecierpliwie oczekiwany przylot wesołej kukułki. Byłem pełen entuzjazmu. Choć niepokoiło mnie trochę wspomnienie pewnej rozmowy. Rozmowę tę odbyłem z Romanem Niewiarowiczem na krótko przed jego wyjazdem z Bydgoszczy. Niewiarowicz był wówczas zupełnie zniechęcony. - Nie, nie rozumiem bydgoskiej publiczności - przyznał z rezygnacją utalentowany reżyser i aktor. - Pracowałem tu przez kilka miesięcy i niewiem zupełnie, co właściwie tę publiczność «bierze», a co odstręcza." - czytamy dalej. Jak się bowiem okazało, publiczność bydgoska miała być publicznością trudną, co rozumieć należy jako - wedle najpewniej borykających się z jej kaprysami artystów - uciążliwość dla twórców, którzy ostatecznie nie potrafili wstrzelić się w jej niezrozumiałe dla nich gusta. Czy to przesądziło o nieudanym występie na bydgoskiej scenie? Co na to Turwid?

"Tydzień już minął zgórą, jak kukułkarze odlecieli do Poznania, a wciąż się tylko o nich tutaj słyszy. Ale co się słyszy?... Nie uprzedzajmy wypadków. Wejdźmy raczej na salę hotelu «Pod Orłem», na chwilę przed występem «Kukułki». U wejścia panuje niebywały wprost tłok. Od godziny już cała sala oblężona jest do ostatniego miejsca. I to oblężona przez najwytworniejszą bydgoską publiczność. (...) Ale czemu kukułkarze nie rozpoczynają swych występów? Publiczność czeka już nieomal godzinę i niecierpliwi się coraz bardziej. A sympatyczny «herszt» Kukułki p. Puget, najspokojniej w świecie pali sobie niedostępną fajkę i - milczy. A na sali czyni się coraz głośniej. Wytwarza się atmosfera zdenerwowania i niechęci. Czemuż, - u licha, - nie zaczynają?" - pisze, a czytelnicy - tak kiedyś, jak i dziś - z pewnością wyobrażają sobie tę scenę, rozumiejąc zapewne niezadowolenie bydgoskiej publiczności, które trudno zrzucić w tym przypadku na karb fochów i rozkapryszenia.

Cóż, sprawa wydaje się nieco zabawna, choć z perspektywy widzów i organizatorów uchodzić musiała raczej za skandaliczną. Jak się bowiem okazuje, przyczyną opóźnienia była "miłość małżeńska", a więc żadna niedyspozycja artystyczna któregokolwiek z twórców. Ot, po prostu miłość. "Okazało się bowiem, że nadworny kompozytor «Różowej Kukułki» znalazł w Bydgoszczy swoją żonę. Stęskniony małżonek poszedł powitać swoją połowicę i - zapomniał zupełnie o «Kukułce». Przypomniał sobie dopiero w godzinę po oznaczonym terminie" - tłumaczy Turwid. Kiedy wreszcie zakochany małżonek w pośpiechu uwolnił się - jak można przypuszczać - z objęć ukochanej żony i trafił na scenę, było zdecydowanie za późno, by jakkolwiek udobruchać słusznie urażoną publikę: "Pointa za pointą pryskały jak bańki mydlane, które nie zdołały oderwać się od słomki". Najzabawniejsze dowcipy już nie bawiły. Popisy gwiazd Różowej Kukułki zbywane były ostentacyjnym milczeniem, a gromkie oklaski nie nagradzały za włożony w sceniczną pracę trud. I choćby artyści stawali na rzęsach, nie mieli już szans, by odwrócić bieg wydarzeń.

Tak oto poznańska Różowa Kukułka na swoim pierwszym występie w Bydgoszczy dostała przysłowiowego pstryczka w nos. Jak widać, bez względu na status i pochlebne recenzje, o zadowolenie publiczność należy dbać i walczyć zawsze, jakby zamiast kolejnego już występu artystę czekał dopiero stresujący debiut. W innym wypadku nawet historia miłosna w tle nie pomoże. A może wręcz zaszkodzić...

Justyna Żarczyńska

* We wszystkich cytowanych fragmentach zachowano oryginalną pisownię.

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2021