A że koncert miał miejsce dwa miesiące po tym, jak kapituła XII Teatralnych Nagród Muzycznych im. Jana Kiepury nominowała artystkę w kategorii najlepszego debiutu (śpiewaczki), to stylistyczny przeskok był, nie powiem, dość spory. Po krótkiej ocenie wieku i ubioru publiczności uznałem, że część osób musiała już słyszeć Antkowiak jako Zuzannę w "Weselu Figara" albo Papagenę w "Czarodziejskim flecie", a tego wieczoru chcieli poznać swoją diwę z innej, trochę bardziej przystępnej strony. Czyli jakiej?
Maria Antkowiak - jak sama przyznała - zdecydowała się na wykonanie coverów utworów tych wokalistów, którzy są dla niej szczególnie ważni. Atmosferę i temat wieczoru wyznaczyło wykonanie "I just can't stop loving you" Michaela Jacksona. Z pomocą tej absurdalnie sentymentalnej, ckliwej piosenki znaleźliśmy się w drugiej połowie lat 80., gdy muzyka pop miała się najlepiej, a słuchało się jej zdecydowanie łatwiej i szczerze, bez dzisiejszego dystansu i ironii.
Potem przyszła pora na utwory autorskie. "Good Love" to jedna ze starszych piosenek Antkowiak. Na co dzień jest jednym z pedagogów studia wokalnego Przestrzeń Głosu. To właśnie w studiu padł pomysł, by zaprezentować je publiczności (zresztą, koncert III wakacyjnych warsztatów Przestrzeni Głosu wyznaczono w Blue Note dzień po występie Antkowiak). Całkiem dobrze wypadło też zupełnie niedawno napisane przez Antkowiak "Cicho".
I żeby nie zrobiło się zbyt smutno, powróciliśmy do lat 80, tyle że tym razem do siermiężnego, acz dziś zgoła sentymentalnie postrzeganego PRL-u, bo artystka sięgnęła po "A kto się kocha w Tobie" Zdzisławy Sośnickiej. Antkowiak wspominała, jak słuchała piosenkarki wspólnie z bratem, gdy ten powiedział "Wiesz, kiedyś muzyka była taka uczciwsza" (brat rzecz jasna był obecny na sali). Czy chodziło o to, że muzycy w komunistycznej Polsce nie zarabiali prawdziwych pieniędzy, więc śpiewali bardziej dla swoich fanów?
I w tym momencie przyszła pora na największy ukłon Antkowiak, kierowany w stronę... Celine Dion. Jako dziewczynka była zafascynowana kanadyjską piosenkarką, gdy biegała po przedpokoju, gwiazdorząc i śpiewając do pojemnika na lakier do włosów, udającego mikrofon. Wykonując cover "I'm Alive" artystka była tak pełna energii, jak słowa tej ekstatycznej piosenki. Publiczność otrzymała wraz z "I'm Alive" tyle uśmiechów i pozytywnej energii od charyzmatycznej Antkowiak, że pociemniało mi w oczach. Przypomniałem sobie podobne wrażenia z koncertu Miyaviego (gwiazdy j-rocka) w warszawskiej Progresji kilka lat temu, gdy Japończyk sprawiał wrażenie równie niezmordowanego. Jako zupełny smutas i miłośnik metalu zapewne bym w tym momencie umarł w Blue Note z emocjonalnego dysonansu, gdyby pałeczki nie przejęło od Antkowiak akompaniujące jej trio Jacka Szwaja, by pograć instrumentalnie przed krótką przerwą.
Powiecie: słuchanie popularnego repertuaru Marii Antkowiak to eskapistyczne, wstydliwe przyjemności? Być może. Niemniej każdy miłośnik muzyki pop przyzna, że prawdziwą karierę robią tylko ci piosenkarze, którzy posiadają autentyczne zdolności wokalne i doskonały warsztat, a tego artystce nie można odmówić (równie dobre trio i chórki doskonale dopełniły ten muzyczny pop-obrazek).
W drugiej części koncertu Maria Antkowiak zaprezentowała ze swoich autorskich kompozycji m.in. "Z tobą", które zabrzmiało jak typowy kawałek Ani Dąbrowskiej (prosta piosenka o miłości i wokal o wiele za dobry jak na tak naiwny, grafomański tekst). I nawet ja zrobiłem się na chwilę sentymentalny. A że mijałem na schodach klubu starsze panie ledwo pokonujące stopnie, to uznałem, że takie solistki jak Antkowiak są w stanie zebrać w jednej sali naprawdę bardzo różne osoby (sporo młodych ludzi też zresztą było), co już jest sporym sukcesem. No cóż - czekamy w takim razie na nowy sezon w Teatrze Wielkim w Poznaniu.
Marek S. Bochniarz
- Koncert Marii Antkowiak
- Blue Note
- 25.08
© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2018