Tama działa już ponad dekadę i coraz trudniej zamknąć ją w jednym prostym określeniu. Jest jednym z najważniejszych punktów na kulturalnej mapie Poznania, klubem mocno zakorzenionym w elektronice, dużą salą koncertową, w której spotykają się artyści z bardzo różnych muzycznych światów. Do tego doszedł SLOW, macie własne cykle, są też wydarzenia przygotowywane z zewnętrznymi promotorami... Kiedy patrzysz dziś na to wszystko z góry - czym właściwie jest dla Ciebie Tama? I co chciałabyś, żeby jako pierwsze przychodziło do głowy komuś, kto myśli o tym miejscu?
Dla mnie Tama już dawno przestała być po prostu klubem. To żywy organizm, który cały czas się zmienia, rozrasta, czasem trochę wymyka spod kontroli, ale jednocześnie zachowuje swój bardzo konkretny charakter. Zaczynaliśmy bardzo mocno od elektroniki i ona nadal jest naszym DNA, ale przez te wszystkie lata doszło do tego mnóstwo innych rzeczy. Dzisiaj jesteśmy klubem, dużą salą koncertową, miejscem spotkań, robimy własne cykle, współpracujemy z promotorami, mamy SLOW. I bardzo lubię to, że nie da się nas już zamknąć w jednym zdaniu. Chciałabym chyba, żeby pierwszym skojarzeniem z Tamą była jakość. Tylko nie jakość w takim nadętym sensie, że wszystko musi być "premium". Bardziej chodzi mi o to, że ktoś naprawdę pomyślał o całości - o artyście, dźwięku, świetle, atmosferze, o tym, jak człowiek się tutaj czuje. Żeby było wiadomo, że skoro coś dzieje się w Tamie, to nie znalazło się tutaj przypadkiem.
Tama po raz kolejny zajęła w tym roku pierwsze miejsce w kategorii Klub Roku w plebiscycie Munoludy, a Muno (największy w polskim internecie portal poświęcony muzyce elektronicznej, scenie klubowej oraz festiwalom - przyp.red.) pisało ostatnio o Was już jako o "gigancie" i miejscu, które stało się synonimem jakości. Mam wrażenie, że na pewnym etapie Tama przestała być tylko nazwą konkretnego klubu, a zaczęła funkcjonować jak marka - z własną estetyką, publicznością i całym zestawem skojarzeń oraz oczekiwań. Pamiętasz moment, w którym to się wydarzyło? I jak przy takiej pozycji zachować świeżość marki, która z jednej strony ma już bardzo wyraźną tożsamość, a z drugiej cały czas musi się zmieniać?
Nie umiem wskazać jednego momentu, w którym nagle stwierdziliśmy: okej, teraz jesteśmy marką. To wydarzyło się gdzieś po drodze. W którymś momencie zaczęliśmy widzieć, że ludzie przychodzą już nie tylko na konkretnego artystę, ale też dlatego, że ufają Tamie. Czasami nie znają nawet nazwiska z line-upu, ale myślą: dobra, skoro oni to robią, to sprawdzę. I to chyba jeden z największych komplementów, jakie może dostać klub. Ale to też pułapka, bo bardzo łatwo w takim momencie uwierzyć, że już masz wszystko wymyślone. A ja najbardziej boję się właśnie sytuacji, w której zaczniemy odtwarzać samych siebie. Dlatego cały czas trzeba sobie trochę przeszkadzać. Zrobić coś inaczej, zaprosić kogoś nieoczywistego, wymyślić nowy format, czasem zaryzykować. SLOW też trochę z tego wyrósł - z potrzeby zrobienia czegoś obok, inaczej, w innej skali. Tożsamość Tamy jest dla mnie bardzo ważna, ale nigdy nie chciałabym, żeby stała się instrukcją obsługi pod tytułem: "to działało, więc robimy to przez następne dziesięć lat".
Działacie w Sali Reprezentacyjnej Wielkopolskiej Izby Rzemieślniczej, w budynku, którego historia sięga jeszcze lat 20. ubiegłego wieku. Mam wrażenie, że po tylu latach klub i ta przestrzeń zaczęły już funkcjonować niemal jak jedno. Na ile z Twojej perspektywy architektura i historia Izby rzeczywiście wpływają na to co robicie?
Ogromnie wpływają. Dzisiaj w ogóle trudno mi już myśleć o Tamie bez tego budynku. Ta sala ma coś bardzo charakterystycznego. Z jednej strony jest reprezentacyjna, elegancka, monumentalna, a z drugiej ma w sobie pewną surowość. I ten kontrast zawsze bardzo mi się podobał. To nie jest miejsce, które ktoś od początku projektował jako klub, więc musieliśmy się go nauczyć. Trochę z nim negocjować. Oczywiście mamy też pewne ograniczenia, których musimy przestrzegać. Sąsiadujemy z biurami i kliniką, więc w tygodniu nie możemy po prostu robić prób czy hałasować, kiedy mamy na to ochotę. Sama Sala Reprezentacyjna też nie jest wyłącznie przestrzenią Tamy - odbywają się w niej wydarzenia organizowane przez Izbę. Dlatego bardzo dbamy o porządek i o to, żeby po naszych wydarzeniach sala wracała do swojego pierwotnego charakteru. Myślę, że to nauczyło nas dużego szacunku do tego miejsca.
Od początku staraliśmy się raczej dopasować Tamę do architektury niż architekturę do Tamy. Gospodarze budynku od lat bardzo nas wspierają i dali nam ogromny kredyt zaufania, za który jestem naprawdę wdzięczna. My z kolei dokładamy wszelkich starań, żeby tego zaufania nie zawieść. Pielęgnujemy piękne dębowe parkiety, kilka razy się zastanawiamy, zanim w jakikolwiek sposób zaingerujemy we wnętrze, i po prostu staramy się o nie dbać najlepiej, jak potrafimy. Z czasem rzeczy, które na początku wydawały się ograniczeniami, stały się częścią charakteru Tamy. Bo nie da się tego miejsca oddzielić od jego historii i architektury. I nadal, po tylu latach, zdarza mi się zostać tam sama, spojrzeć na te cudowne witraże, pustą salę i pomyśleć: wow. Jak bardzo kocham to miejsce i jak niesamowite jest to, że właśnie tutaj rozwinęła się Tama. To chyba najpiękniejsze - że ta sala wciąż mi nie spowszedniała. Po prostu bardzo kocham naszą Tamkę.
Tama przez te lata bardzo się rozrosła - zarówno programowo, jak i organizacyjnie. Jak wraz z nią zmieniła się Twoja rola? Czego nadal lubisz pilnować osobiście, a co z biegiem lat nauczyłaś się oddawać innym i w której części prowadzenia klubu czujesz się dziś najbardziej "u siebie"?
Na początku robisz wszystko, naprawdę wszystko. Z czasem jednak skala rośnie i trzeba nauczyć się oddawać część rzeczy innym. Dla mnie to była ważna lekcja - że delegowanie nie oznacza, że przestajesz o coś dbać. Mamy dziś świetny zespół i wiele rzeczy inni robią po prostu lepiej ode mnie. Są jednak obszary, od których nadal nie umiem się odsunąć: program, rozwój, komunikacja, bezpieczeństwo i przede wszystkim szczegóły. Mam wrażenie, że od początku Tamy jestem w permanentnym remoncie. Kiedy tylko widzę możliwość, żeby coś poprawić - nowy bar, kanapy, nagłośnienie czy wyposażenie - od razu zaczynam działać. Bardzo lubię po prostu budować miejsca. Dobrym przykładem jest SLOW, które tworzyliśmy od podstaw, z ogromnym naciskiem na akustykę, design i komfort. I chyba właśnie w tym czuję się dziś najbardziej u siebie - w rozwijaniu przestrzeni, budowaniu programu i myśleniu o tym, co będzie dalej. Bo Tama to już nie tylko imprezy i koncerty. To także eventy, spektakle i nowe projekty. W przyszłym roku chcemy rozwijać Akademię TAMA i myślimy o dużym balu charytatywnym. Najbardziej ekscytuje mnie wciąż to samo pytanie: co możemy zrobić dalej?
Pod koniec ubiegłego roku otworzyliście SLOW, czyli - jak sami go określacie - "drugą stronę tego samego świata". Minęło już na tyle dużo czasu, że pierwsze założenia tego projektu zdążyły zderzyć się z praktyką. Dlaczego właściwie potrzebowaliście drugiego, tak innego miejsca, skoro sama Tama dawała Wam już ogromne możliwości?
Bo Tama czasami jest po prostu za duża. I to fantastyczne, że mamy taką skalę, ale nie każdy pomysł potrzebuje tysiąca osób, ogromnego parkietu i dużej produkcji. Brakowało nam miejsca bardziej intymnego, gdzie jesteś blisko DJ-a, blisko ludzi i gdzie muzyka może wybrzmieć trochę inaczej. Od początku wiedziałam też, że SLOW nie może być po prostu "małą Tamą". Chciałam, żeby miało własny charakter, własne tempo i mocno house'ową tożsamość. I to chyba zadziałało dokładnie tak, jak sobie wyobrażaliśmy - ludzie bardzo szybko zaczęli traktować SLOW jako osobne miejsce. Najbardziej zaskoczyło mnie natomiast to, jak naturalnie zaczęły się tam spotykać różne pokolenia. Przychodzi sporo moich dawnych klubowych znajomych i osób, z którymi imprezowaliśmy wiele lat temu, a obok nich są bardzo młodzi ludzie, którzy dopiero odkrywają house. Uwielbiam patrzeć, jak młodsi odkrywają artystów, którzy dla mnie są legendami, a starsi klubowicze cieszą się, że w programie pojawiają się takie perełki jak Robert Owens. I chyba właśnie tego nauczyło mnie SLOW: możesz zaprojektować przestrzeń, brzmienie i program, ale ostatecznie to ludzie nadają miejscu jego prawdziwy charakter. I bardzo podoba mi się to, jaki charakter SLOW dostało właśnie od nich.
Najbliższe miesiące dobrze pokazują, jak szeroko rozumiecie dziś program Tamy. Od Richarda Bony i Homo Twist, przez KSU, Eagle-Eye Cherry'ego, Happysad, The Dumplings, Guziora czy Baby Lasagnę, aż po grudniowe koncerty Illusion i Obywateli Republiki - a po klubowej stronie choćby występ Âme Live. Na papierze to naprawdę kilka bardzo odległych muzycznych światów. Co musi mieć artysta albo wydarzenie, żebyś pomyślała: "tak, to pasuje do Tamy"?
Na pewno nie chodzi o jeden gatunek. Przez Tamę przewinęły się bardzo duże nazwiska elektroniki - Kobosil, Sara Landry, KI/KI, Ben Klock, Ellen Allien czy VTSS - a z drugiej strony mieliśmy Rojka, Brodkę, Strachy na Lachy, Tricky'ego, Taco Hemingwaya i mnóstwo innych koncertów z zupełnie różnych muzycznych światów. Część tych koncertów organizujemy sami, część powstaje we współpracy z zewnętrznymi agencjami i promotorami, ale niezależnie od modelu najważniejsze jest dla mnie to, czy my sami to czujemy. Czy uważamy, że dany artysta albo wydarzenie są dobre, ciekawe i mają sens właśnie tutaj. Bardzo szanujemy różne gatunki i różne publiczności, ale jednocześnie Tama nie jest po prostu salą do wynajęcia, do której można wstawić wszystko. Program musi mieścić się w granicach tego, co my sami uważamy za wartościowe i ekscytujące. Musi mieć energię, charakter, jakiś wspólny mianownik z Tamą. Nawet kiedy wychodzimy daleko poza elektronikę, chcemy, żeby zostało w tym coś z klubowego charakteru tego miejsca. Nie chcę też podejmować decyzji tylko dlatego, że coś na pewno sprzeda bilety. To dla mnie za mało. No i oczywiście jakieś granice mamy. Disco polo chyba nigdy u nas nie wybrzmi.
Ludzie, którzy przychodzili na pierwsze imprezy Tamy, są dziś na zupełnie innym etapie życia, a na parkiecie pojawiło się już kolejne pokolenie. Ty obserwujesz to z bardzo bliska - co najbardziej zmieniło się w sposobie, w jaki ludzie wybierają dziś wydarzenia, słuchają muzyki i bawią się w klubie? Widzisz dużą różnicę między publicznością Tamy sprzed dekady a tą dzisiejszą?
Ogromną. Ludzie, którzy byli z nami na początku, są dzisiaj często w zupełnie innym miejscu w życiu. Mają dzieci, pracę, więcej obowiązków, niekoniecznie chcą wychodzić co weekend. Ale wielu z nich nadal przychodzi - po prostu wybierają bardziej świadomie. A obok nich pojawiło się całe nowe pokolenie, które muzykę odkrywa kompletnie inaczej niż my kiedyś. Dzisiaj właściwie nie ma już takich sztywnych podziałów gatunkowych. Ktoś rano może słuchać techno, po południu rapu, a wieczorem starego polskiego rocka i to jest absolutnie normalne. Algorytmy zrobiły swoje, dostęp do muzyki jest totalny. Bardzo mocno widzę też wpływ pandemii. Całe jedno pokolenie wchodziło w dorosłość w czasie, kiedy klubów, koncertów i normalnego życia społecznego właściwie nie było. Mam wrażenie, że część młodych ludzi dopiero później uczyła się tego, czym jest wspólne przeżywanie muzyki na żywo, bycie na parkiecie, poznawanie ludzi w realnym świecie. I może właśnie dlatego dziś jest w tym dużo spontaniczności i potrzeby "bycia tu i teraz". Zmienił się też sposób kupowania biletów. Ludzie decydują dużo później. Czasami patrzysz tydzień przed wydarzeniem i myślisz: "o Boże, będzie dramat", a trzy dni później nagle wszystko się odpala. Social media mają na to ogromny wpływ. Ale ostatecznie potrzeba jest chyba cały czas ta sama. Ludzie chcą wyjść z domu i przeżyć coś razem z innymi. Chcą momentu, którego nie da się przewinąć, zatrzymać i odtworzyć na telefonie. I chyba właśnie dlatego klub nadal ma sens.
Niedawno podczas konferencji "Zróbcie Hałas" brałaś udział w panelu pod bardzo konkretnym tytułem: "Klub, artysta, miasto. Kto powinien inwestować w nowe brzmienia?". Pytam więc z perspektywy osoby, która robi to od lat - ile programowego ryzyka może dziś wziąć na siebie niezależny klub?
Tyle, żeby po kilku takich eksperymentach nadal istnieć (śmiech). Ryzyko jest absolutnie potrzebne. Bez niego po jakimś czasie zaczynasz robić cały czas te same rzeczy. I pewnie da się wtedy świetnie optymalizować Excela, tylko pytanie, czy nadal robisz coś ciekawego. Ale oczywiście ten Excel istnieje. Jesteśmy niezależnym miejscem, mamy pracowników, czynsz, produkcję i ogromne koszty każdego wydarzenia. To nie jest abstrakcyjna dyskusja o kulturze, tylko bardzo konkretne liczby. Dlatego patrzymy na program jako całość. Są wydarzenia, o których wiemy, że będą mocne frekwencyjnie, i dzięki temu możemy zrobić też coś dużo bardziej ryzykownego. Są również projekty, do których świadomie dokładamy, bo wierzymy, że warto je pokazać albo że dzięki nim budujemy coś na przyszłość. Tylko jest pewna granica. Prywatny klub nie może sam finansować całego eksperymentu kulturalnego miasta. Jeśli chcemy, żeby miejsca takie jak nasze pokazywały nowe zjawiska, dawały przestrzeń artystom, którzy jeszcze nie sprzedają tysiąca biletów, robiły rzeczy edukacyjne czy artystyczne, to trzeba też pomyśleć, jak ten ciężar rozsądnie podzielić.
Skoro już pojawiło się miasto - przy tym samym stole siedział również Marcin Kostaszuk z poznańskiego Wydziału Kultury. Jak z Twojej perspektywy wygląda dziś relacja między klubami a samorządem? Masz poczucie, że miejsca takie jak Tama są w Poznaniu traktowane jako pełnoprawna część miejskiej kultury? I czego klub, który każdego roku organizuje tak wiele wydarzeń, realnie potrzebuje od miasta?
Myślę, że jesteśmy dzisiaj w dużo lepszym miejscu niż kilka lat temu, bo coraz częściej mówi się o klubach jako o części kultury miasta, a nie wyłącznie o nocnej rozrywce. I dla mnie to bardzo ważne rozróżnienie. Klub to nie tylko bar, DJ i ludzie tańczący do rana. To miejsce pracy dla ogromnej liczby osób, scena dla artystów, technika, produkcja, promocja, edukacja muzyczna, turystyka, ale też budowanie społeczności. My jesteśmy gdzieś pomiędzy kulturą a biznesem i przez to często nie pasujemy idealnie do żadnej szufladki. Nie chodzi mi o to, żeby miasto utrzymywało prywatne kluby. Absolutnie nie. Ale może pomóc tworzyć warunki, w których można realizować rzeczy mniej oczywiste: programy grantowe, współpracę przy konkretnych projektach, wsparcie wydarzeń, które mają wartość dla miasta, ale niekoniecznie od razu będą komercyjnym sukcesem.
Bardzo pozytywnym sygnałem było dla mnie właśnie spotkanie z Marcinem Kostaszukiem. Zaraz po naszej rozmowie zaprosił nas na kolejne spotkanie, wysłuchał historii Tamy, pytał o to, z czym mamy największe trudności i czego realnie potrzebujemy. Byłam naprawdę pozytywnie zaskoczona tym, jak ciepło i otwarcie zostaliśmy przyjęci. Mam dużą nadzieję, że będziemy mogli znaleźć takie programy i narzędzia miejskie, które odpowiadają działaniom o charakterze społecznym, edukacyjnym i kulturalnym. Jeśli dzięki temu część naszych pomysłów będzie mogła dostać realne wsparcie i stać się możliwa do zrealizowania, może to mieć ogromne znaczenie dla dalszego rozwoju naszej działalności kulturalnej. Sami też dojrzeliśmy do momentu, w którym chcielibyśmy robić więcej rzeczy społecznych, edukacyjnych i artystycznych, a nie tylko kolejne koncerty i imprezy. I do tego potrzebna jest rozmowa - nie tylko o pieniądzach, ale przede wszystkim o tym, jaką rolę takie miejsca jak Tama mogą pełnić w mieście.
Gdybyśmy wrócili do tej rozmowy za pięć lat, co chciałabyś zobaczyć w Tamie i SLOW inaczej niż dzisiaj, a co dokładnie takie samo? W którą stronę najbardziej chciałabyś teraz popchnąć te miejsca?
Mam bardzo konkretną listę. Po pierwsze, chciałabym, żeby Tama była naprawdę dostępna dla wszystkich. Żebyśmy za pięć lat mieli rozwiązany temat dostępności dla osób z niepełnosprawnościami, mieli windę i nie musieli nikomu tłumaczyć, dlaczego dostanie się do jakiejś części budynku jest problemem. Mamy piękny, historyczny budynek, ale on ma też swoje ograniczenia i chciałabym, żebyśmy krok po kroku mogli je likwidować. Marzy mi się też winda towarowa, bo każdy, kto kiedykolwiek robił produkcję w Tamie, dokładnie wie dlaczego (śmiech). Po drugie, chciałabym, żebyśmy dużo szerzej zaczęli wykorzystywać to miejsce. Nie tylko wieczorem i nie tylko jako klub czy salę koncertową. Bardzo podoba mi się myśl o czymś w rodzaju akademii - o warsztatach, spotkaniach, rozmowach, wystawach i projektach artystycznych. Mamy dostęp do bardzo ciekawych ludzi z muzyki, sztuki, produkcji czy technologii i szkoda byłoby tego nie wykorzystać.
Chciałabym też, żebyśmy robili więcej rzeczy pożytku publicznego. Mamy społeczność, która jest z nami od lat, i możemy wykorzystać tę energię również do pomagania. Bardzo chodzi mi po głowie na przykład coroczny bal charytatywny. Jedno wydarzenie, podczas którego naprawdę mobilizujemy całą naszą społeczność, zapraszamy ludzi i robimy coś konkretnego dla wybranego celu. I właśnie dlatego rozmowy z miastem są dla mnie teraz tak ważne. Bo jeżeli myślimy o Tamie wyłącznie jak o biznesie, to część tych pomysłów nigdy nie będzie miała ekonomicznego sensu. A jeśli pomyślimy o niej również jako o miejscu kultury i miejscu społecznym, otwiera się zupełnie inna perspektywa. A co chciałabym zostawić dokładnie takie samo? Ciekawość. Nie chcę za pięć lat prowadzić miejsca, które perfekcyjnie nauczyło się robić to, co działało pięć lat wcześniej. Chcę, żebyśmy nadal potrafili się czymś zajarać, zrobić coś dziwnego, zaprosić kogoś, kogo nikt się po nas nie spodziewa, a czasem nawet się pomylić. Jeżeli za pięć lat Tama i SLOW będą lepiej dostępne, bardziej otwarte społecznie i artystycznie, ale nadal będziemy mieć frajdę z wymyślania tego wszystkiego - to będzie dla mnie najlepszy scenariusz.
Rozmawiał Sebastian Gabryel
© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2026