Kultura Poznań.pl

Teatr

opublikowano:

Warto było czekać?

Wystawienie jednoaktówki Mishimy Yukio "Wachlarz" otworzyło we wtorek w Poznaniu Przegląd Teatru Japońskiego. Teatr Dainanagekijo z Tsu zaproponował minimalistyczną i rozszerzoną wariację współczesnego dramatu nō japońskiego geniusza teatru.

.
fot. materiały ogranizatorów

Japończycy mają predylekcję do promowania swej kultury produktami przykurzonymi, z lekka staromodnymi, sztuką klasyczną, papilotami. Ot - szlagierami. To zwykle rzeczy na poziomie raczej podstawowym z wyimaginowanego kursu wiedzy o ich kraju. Dobierają je niczym stroskany nauczyciel, edukujący Zachód z myślą "o, tu mamy wybitne nazwiska, to więc im pokażę, ale tych nowych rzeczy, to chyba nie, jeszcze nie wyrobiły sobie marki..." - odsuwając na bok może nawet i czasem ciekawsze, bo świeższe sprawy.

Przygotowany na stulecie relacji polsko-japońskich program teatralny ciążył ku temu podejściu - co przyjąłem z westchnieniem zawodu. Moje sarkanie okazało się jednak na wyrost. Publiczność zebrana w Fundacji Malta "Wachlarz" przyjęła z dużą aprobatą. Z dyskusji po spektaklu ze zdziwieniem odkryłem, że nawet nie do końca wie, kim Mishima był - a nawet jeśli już, to ma dość groteskowe wyobrażenie o nim jako tym, co dokonał groteskowego samobójstwa, czy postaci zafiksowanej na etosie samurajskim. Czyli warto jednak zaprezentować go... sensowniej?

Otóż - dla Japończyków Mishima w czasie swojego życia pozostawał po prostu świetnym i niezwykle płodnym pisarzem i dramaturgiem. Jego publiczne pajacowanie - prężenie nagiego ciała przed obiektywem Hosoe Eikō, odgrywanie w filmach samurajów i gangusów yakuza, ginących na ekranie efektownie i szałowo (najlepiej w kiczowatym białym garniturze bądź innym tego typu kostiumie), a wreszcie utworzenie prywatnej armii, paradującej w ślicznych mundurach - raczej nie traktowano poważnie. Dziś powiedzielibyśmy, że Mishima nade wszystko kochał cosplay, doprowadzając go do perfekcji we wszelkich zmanierowanych odsłonach. Dla teatru Dainanagekijo "Wachlarz" to prostu jeden z ich popisowych spektakli, grany już z dekadę, a wybrany z powodu popularności i niezwykłej grywalności pięciu sztuk nō, które cechuje zwartość, prostota oraz dobrze pojęte sztuczność i melodramatyczność.

"Wachlarz" to z pozoru prosta sytuacja dramatyczna: oszalałą z miłości byłą gejszą Hanako opiekuje się Jitsuko, tokijska malarka w średnim wieku. Ukochany dziewczyny Yoshio trzy lata temu pożegnał ją, obiecując ponowne spotkanie. A czekanie doprowadziło ją do szaleństwa. Yoshio czyta artykuł w gazecie o szalonej kobiecie szukającej co dzień twarzy ukochanego wśród mężczyzn na dworcu i przybywa, by się z nią spotkać. A jednak Mishima nie byłby sobą, gdyby nie dodał swego charakterystycznego pierwiastka - perwersji i okrucieństwa. Dla Jitsuko - kobiety, której nikt nigdy nie kochał - spełnieniem marzeń było "pojmanie" Hanako, by kontemplować jej miłość i cierpienie. Tłumaczy to Yoshio następująco: "Znam Hanako jedynie z czasów, gdy oszalała. Uczyniło to ją niezmierzenie piękną. Zwykłe marzenia, które miała jako zdrowa, zostały oczyszczone i stały się kosztownymi klejnotami. Są one zupełnie poza twoją zdolnością pojmowania rzeczy". Stąd mężczyzna nie jest w stanie dotrzeć do świadomości Hanako, przywrócić ją "do zmysłów". Jitsuko z "Wachlarza" to jakby kolejny wariant demonicznych kobiet Mishimy czy Edogawy Ranpo. Bardzo pasuje zwłaszcza do tytułowej bohaterki "Kurotokage" tego drugiego - genialnej złodziejki, która porywa pięknych ludzi, aby poddać ich dziwnej procedurze, w wyniku której stają się żywymi posągami - wiodąc życie spowolnione praktycznie w nieskończoność. W filmowej adaptacji jednym z tych posągów staje się zresztą gangster grany przez Mishimę...

Reżyser Kouhei Narumi wraz z aktorami doprowadził przez lata jego trochę ekscentryczną interpretację "Wachlarza" do perfekcji - i mogliśmy podziwiać przedstawienie stojące na dobrym poziomie. Podczas spotkania z publicznością Kouhei przyznał przy tym, że przez pierwsze lata grali "Wachlarz" w kimonach. Na szczęście zrezygnowali z tego pomysłu na rzecz europejskiego ubioru. Trudno powiedzieć skąd w ogóle taki pomysł przyszedł reżyserowi do głowy, bo jednoaktówki Mishimy są przecież bardzo swobodnymi adaptacjami nō, w założeniu absolutnie współczesnymi i mającymi być czytelne dla odbiorcy. Za życia sugerował, aby lokacje dopasowywać do kraju, gdzie będą grane. I tak, jak na Zachodzie raczej dramat japoński sukcesu powszechnego nie zdobył, tak jednoaktówki swoją bezpośredniością potrafiły trafić o wiele lepiej do zagranicznej publiczności. W Polsce z dużym powodzeniem grał je, rzecz jasna po polsku, Andrzej Wajda. Kouhei - tak, jak zignorował instrukcje Mishimy co do wystawiania jego dramatów na modłę współczesną - tak nie mógł też sobie darować majstrowania przy samym tekście. Dopisał trochę sztuczny monolog Yoshio na początku, oraz jeszcze dziwniejszy monolog Hanako na końcu, opisującej obraz świata podlegającego zniszczeniu. Ten katastroficzny obrazek niezbyt mi pasuje do Mishimy, który nie był zafiksowany na bombach, a na perwersji ludzkich umysłów i piękna kryjącego się w cierpieniu zwykłych ludzi. Cierpieniu, które w jego wyobrażeniu pozwalało tym "przeciętniakom" wznieść się ponad wszystkich śmiertelników, zyskując quasi-boski status.

Umieszczenie "Wachlarza" w programie Przeglądu Teatru Japońskiego punktuje też zjawisko o znamionach nowego hype'u na literacką twórczość Mishimy Yukio - choć pewnie to kwestia zbiegu okoliczności. A muszę przyznać, że dla jego fanów los był ostatnio nad wyraz łaskawy. Po bardzo długiej przerwie w tłumaczeniu dzieł Japończyka na język angielski (ostatni był przekład "Kinu to Meisatsu" z 1998 roku) w ubiegłym roku dostaliśmy niezwykle wyrafinowanie przełożoną powieść "Wybryki bestii", a w tym - nowelę "Gwiazda". Z kolei na naszym poletku niezrównana Beata Kubiak Ho-Chi nareszcie ukończyła tłumaczenie tak bardzo brakujących polskim czytelnikom "Wyznań maski".

Marek S. Bochniarz

  • Przegląd Teatru Japońskiego: "Wachlarz"
  • reż. Kouhei Narumi
  • Fundacja Malta
  • 3.12

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2019