Kultura Poznań.pl

Rozmowy

opublikowano:

Z zewnątrz i od środka

- Na pytanie, czym jest wiersz, nie potrafię udzielić nigdy dobrych odpowiedzi, dziś jest to jeszcze trudniejsze niż wtedy, gdy zaczynałam pisać. Wiersz może być wszystkim i wszystko może być wierszem - mówi Krystyna Miłobędzka*, laureatka tegorocznej Poznańskiej Nagrody Literackiej przyznanej podczas Festiwalu Fabuły.

. - grafika artykułu
fot. Filip Łepkowicz

Kiedy myśli Pani Poznań...

...widzę młodość. Mam wtedy osiemnaście lat, zaczynam studia na poznańskiej polonistyce. Chciałam wybrać medycynę, ale nie należałam do ZMP, nie miałam punktów za pochodzenie. W 1950 roku zdałam maturę w Chodzieży. Rok wcześniej na wspólnej wycieczce w Tatrach zginął mój ojciec - Witold Łuczkiewicz. Był leśnikiem, dyrektorem Szkoły Leśnej w Margoninie, bardzo wiele mu zawdzięczam. Zapisałam kiedyś: "gdybym mocniej uwierzyła w śmierć, nie wysunąłbyś się tak łatwo".

Po śmierci ojca zamieszkaliśmy wraz z matką i bratem w Puszczykowie, w willi Rusałka. Mama pracowała jako księgowa w Dyrekcji Lasów Państwowych w Poznaniu. Ten pierwszy Poznań to moje codzienne dojazdy na zajęcia, a jeździło się towarowymi wagonami, do których wstawiano ławki. Długie godziny w czytelni, bo podstawą studiów były książki, których wtedy często brakowało. Zaangażowałam się w teatr dramatyczny, był to jeden z pierwszych teatrów studenckich w Polsce. Bożenka Mazurek, późniejsza prof. Bożena Chrząstowska, moja starsza koleżanka, wciągnęła mnie także do koła naukowego polonistów.

A po latach, w kanonicznej dziś dla polonistów Poetyce stosowanej znalazły się Pani wiersze.

To była wielka niespodzianka. Poetyka stosowana Bożeny Chrząstowskiej i Seweryny Wysłouch to było pierwsze opracowanie, w którym znalazły się moje teksty i ich analiza. Żartowałam, że trafiłam tam po znajomości, ale Bożenka mówiła, że "po względach poetyckich". Przez lata mieszkałyśmy obie w Puszczykowie. W moim egzemplarzu Poetyki... jest dedykacja - "Krysi leśniczance...", bo tak mnie nazywała.

Powiedziała Pani "pierwszy Poznań", czyli były kolejne?

Mam "trzy Poznanie" - tak o nich myślę, zgodnie z tym, jak biegło i układało się moje życie. Ten drugi to lata 70., mieszkałam już wtedy z mężem - Andrzejem Falkiewiczem - we Wrocławiu, a wcześniej w Koszalinie i Słupsku, ale do Poznania przyjeżdżałam zawsze jak do domu, bo w Puszczykowie wciąż była mama i brat.

Lata 70. to moje spotkanie z Leokadią Serafinowicz, Janem Berdyszakiem, Marysią i Wojtkiem Wieczorkiewiczami - wielki i wspaniały czas Teatru Lalki i Aktora "Marcinek". Przyjaźń, nasza współpraca, która trwała przez lata, wyjazdy z przedstawieniami. Dziś nikogo z nich już nie ma, ale dla mnie zawsze są żywi, zawsze najbliżsi. Wtedy w Poznaniu spotkałam także po raz pierwszy Jana Dormana. Niezwykłego reżysera i człowieka teatru, któremu potem poświęciłam książkę.

Przez chwilę zdarzył się jeszcze Kalisz i współpraca z teatrem Izy Cywińskiej, a w połowie lat 90. wróciliśmy z Andrzejem do naszego "trzeciego Poznania", zamieszkaliśmy już na stałe w Puszczykowie w jego rodzinnym domu.

W 1960 roku otrzymała Pani pierwsze literackie wyróżnienie, jeszcze przed debiutem - III nagrodę na Festiwalu Młodej Poezji w Poznaniu. Dowiedziała się Pani, że jest poetką.

Ale do dzisiaj nie wiem, jak ta poetka we mnie jest i kim ona jest. O tamtym zdarzeniu zawsze myślę z niedowierzaniem. Pan wie, że te moje pierwsze teksty - w tajemnicy przede mną - wrzucił do konkursowej skrzynki Andrzej Falkiewicz. Rano, znając decyzję jury, czekał na mnie na dworcu w Poznaniu i powiedział: "Dostałaś nagrodę". Jechałam do pracy w Instytucie Technologii Drewna, gdzie robiłam korekty tekstów, Andrzej po "nocnym sympozjum literackim" wracał do Puszczykowa. Byłam przerażona. Myśmy się wtedy dobrze znali, bo Andrzej był kolegą ze studiów mojego męża Jerzego Miłobędzkiego. Potem stało się tak, że w 1964 roku zostaliśmy z Andrzejem małżeństwem.

Wiersz, zapis jest dla Pani czymś intymnym?

Na pytanie, czym jest wiersz, nie potrafię udzielić nigdy dobrych odpowiedzi, dziś jest to jeszcze trudniejsze niż wtedy, gdy zaczynałam pisać. Wiersz może być wszystkim i wszystko może być wierszem.

A jaki jest literacki Poznań w Pani wspomnieniach?

Pierwszy wieczór autorski miałam w klubie "Od nowa" - to było wtedy ważne miejsce na mapie Poznania - czytałam Anaglify.

Wiedziałam, że jest "Wierzbak", znaliśmy się, spotykaliśmy - Eugeniusz Wachowiak, Ryszard Danecki, Marian Grześczak - ale moje pisanie było zawsze z boku. Nikomu nie pasowałam, sama także nie miałam nigdy potrzeby należenia do grupy literackiej. Andrzej miał więcej tych kontaktów, ale też chodził swoimi ścieżkami. Przyjaźnił się z Maciejem Kozłowskim, który był członkiem "Wierzbaka" i redaktorem naczelnym "Ziemi Kaliskiej", prowadził też Dom Kultury w Pile. Brałam udział w konkursach na piosenkę o Pile. Zdobyłam pierwszą i drugą nagrodę, muzykę pisali Jerzy Dabert i Jerzy Milian. Byłam wówczas poetką z Koszalina i reprezentowałam Ziemie Zachodnie i Północne.

Poznań to dla mnie także Wojtek Burtowy - poeta, autor książki Inaczej ponazywać kwiaty, z którym się przyjaźniliśmy, później Stanisław Barańczak, który wierzył w to moje pisanie. Tego wszystkiego nie potrafię już dziś zebrać w jedną całość i krótko opowiedzieć. Za dużo ludzi, za dużo emocji.

Została Pani tegoroczną laureatką Poznańskiej Nagrody Literackiej za całokształt twórczości - to szczególny czas, bo mija dokładnie sześćdziesiąt lat od debiutu

Mój pierwszy tekst, który napisałam i który został też zgłoszony na tamten konkurs w 1960 roku, powstał w drodze do Poznania. Narysowałam te stwory na szybie, wracając pociągiem, to było moje wielkie odkrycie: "Na szybie pokrytej parą rysujemy dwa kółka, dodając uszy, wąsy i ogon. W ten sposób powstaje kot. Można także narysować świerk, kwiat albo człowieka. Dopóki różnica temperatur po obu stronach szyby utrzymuje się - ludzie, zwierzęta i rośliny istnieją w sposób niebudzący wątpliwości. Istnieją z zewnątrz i od środka".

Jestem wzruszona, bo otrzymuję tę nagrodę od miasta i uniwersytetu, które są ważne w moim życiu. Nagrody dla starych ludzi są podejrzane, bo może się wydawać, że to za długowieczność. Wszystko jest za późno, my też rozmawiamy za późno. Ta nagroda to dla mnie także nagroda za wytrwałość, za konsekwencję w pokonywaniu własnych ograniczeń. Przywołuje mnie tamtą sprzed lat, ale już widzianą z daleka.

Rozmawiał Jarosław Borowiec

  • Krystyna Miłobędzka, jest / jestem
  • wyb. i oprac. Jarosław Borowiec
  • Wydawnictwo Wolno

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2020