Kultura Poznań.pl

Rozmowy

opublikowano:

Wiem, czego chcę

- Mała blondynka, plecaczek, gitara... i jadę w trasę koncertową z nieznajomym facetem, którego poznałam dzień wcześniej. Tak było, nie żartuję - mówi poznańska wokalistka Kathia*, której debiutancka EP Town ma premierę 21 sierpnia. W Poznaniu artystka wystąpi 7 (koncert wyprzedany) i 8 września w klubie Meskalina.

. - grafika artykułu
Koncert w Zabłociu, fot. Bartek Borówka

Jak doszło do tego, że zajęłaś się muzyką?

To rodzice zasiali mi w głowie pierwiastek muzyki. Tata grał na gitarze i pianinie, a także śpiewał. Zawsze czułam, że też muszę to robić. Dzieci niby mają takie marzenia, że chcą zostać piosenkarkami, weterynarzami, czy tancerzami, ale potem im się to wszystko zmienia, prawda? Ale ja zawsze wiedziałam, że chcę śpiewać i grać - nie zmieniło mi się to i ciągle na pierwszym miejscu była i jest muzyka. Potem z dziecięcego marzenia przerodziło się to w coś prawdziwego.

Mam takie wspomnienie, bardzo wyraźne: jako malutka dziewczynka siedzę w parku na wakacjach i mówię: "Mama, a ja chcę do szkoły muzycznej. Czy moglibyście mnie zapisać do szkoły muzycznej?". Poszłam tam na flet poprzeczny i tak się zaczęło.

Kiedy zaczęłaś tworzyć własną muzykę?

To bardzo dziwne, ale chyba tworzę od zawsze. Ostatnio znalazłam zeszyt z moimi starymi piosenkami, które pisałam odręcznie, wielkimi literami - w ogóle zapomniałam, że kiedyś taki miałam. Otworzyłam go i znalazłam tam typowe, dziecięce piosenki typu "dzisiaj mi wyrwano ząb". I wszystko nabrało sensu - połączyły mi się kropki, że już w podstawówce grałam na gitarze, pisałam teksty i robiłam swoją muzykę.

Czemu wybrałaś flet poprzeczny?

Zdawałam też na pianino i gitarę, ale się nie dostałam. Na te instrumenty było dużo chętnych, a ja nie umiałam nic, byłam kompletnym samoukiem. Flet był po prostu jedynym instrumentem, na który się dostałam. Ale teraz jestem za to bardzo wdzięczna. Na gitarze czy pianinie można samemu nauczyć się grać, a z fletem poprzecznym byłoby ciężej. Chcę też w przyszłości wykorzystać flet podczas moich występów, aby je urozmaicać.

Czy wykształcenie w szkole muzycznej pomaga muzykowi w koncertowaniu?

Szkoła muzyczna na pewno dała mi podstawowe rozeznanie o muzyce. Trafiła mi się typowa klasa fletu poprzecznego: teoria i historia muzyki, raz w tygodniu lekcje pianina, ale głównie stawiano właśnie na ten flet. Dziś mogę się posługiwać specjalistycznym żargonem i gdy ktoś mówi mi o muzyce, to nie jest wtedy tak, że nic nie rozumiem. Ale nie powiedziałabym, że nie mogłabym koncertować bez szkoły muzycznej. Bo nie dała mi ona żadnego doświadczenia, jeśli chodzi o występowanie, granie na gitarze czy śpiewanie. Do tego doszłam już sama, metodą prób i błędów.

Dawało się pogodzić dwie szkoły?

Było ciężko, ale super wspominam te czasy. Miałam dzienną szkołę i jako malutka, dziewięcioletnia dziewczynka z podstawówki jeździłam tramwajami do popołudniowej szkoły przy Głogowskiej-Hetmańskiej. Ale mówiłam: "chcę się uczyć muzyki". Pierwszy stopień skończyłam w pierwszej klasie gimnazjum i uznałam, że już dość. Było to przyjemne, ale męczące. Stwierdziłam, że i tak nie będę wirtuozem fletu poprzecznego.

To nie miałaś życia poza szkołą.

Teraz mam nawet gorzej, bo jeszcze koncertuję. Bartek Borówka, zajmujący się moimi występami, przysłał mi ostatnio zdjęcie z informacją, że przez dwadzieścia jeden dni zagrałam osiemnaście koncertów - a ja byłam w szoku. Chodzę do szkoły dwujęzycznej w Krzesinach, która jest bardzo wymagająca. Trzeba się dużo uczyć i niektórzy nie dają sobie z tym rady. Ludzie z tej szkoły często mi się dziwią: "Jak ty dziewczyno masz czas i na naukę w K r z e s i n a c h, produkcję muzyki, koncertowanie i jeszcze masz czas na spotykanie się ze znajomymi i picie wina?". Ale jeżeli się chce - to zawsze można ten czas znaleźć.

Co robiłaś po szkole muzycznej?

Wiedziałam, że chcę występować i śpiewać. Stwierdziłam: dobrze, pierwszy stopień jest już skończony i teraz jest czas, bym sama uczyła się produkcji muzyki, kształciła swój głos i pisała piosenki. Dużo piosenek.

Kiedy były te pierwsze występy?

Odkąd pamiętam, chciałam występować. Jeszcze w przedszkolu lubiłam przedstawienia: zawsze chciałam mieć najdłuższy tekst do czytania. Gdy w podstawówce były jakieś festyny czy występy, to zawsze się pchałam i robiłam, ile się da. Byłam i jestem nadal dzieckiem "hej, do przodu". Wiem, czego chcę - i idę w to. Gdy chciałam bookować swoje koncerty - zaczęłam pisać do klubów. I gdy desperacko napisałam kolejnego mejla do jednego z nich, dostałam odpowiedź: "Za wynajęcie sali bierzemy 5000 zł". Pomyślałam wtedy: skąd mam w ogóle wziąć takie pieniądze? Nie będę przecież prosić rodziców o taką kasę na występ, nie wiedząc nawet, czy ktokolwiek na niego przyjdzie. To było bardzo frustrujące doświadczenie. Poznanie, przez absolutny przypadek, Bartka z agencji Borówka Music było jak wybawienie. Bez wsparcia agencji muzycznej jesteś w stanie zrobić bardzo mało.

Jak doszło do tego, że występowałaś z Ragnarem Ólafssonem i poznałaś Bartka?

Rok temu dowiedziałam się, że ten islandzki muzyk szuka na dwie piosenki damskiego głosu do duetu. Zgłosiłam się. Magdzie z Borówka Music, która dobiera te wokalistki w różnych miastach, przypadł do gustu mój głos. Zaśpiewałam więc z Ragnarem na koncercie w Jankowicach, niedaleko Poznania. Potem powiedział, że za pół roku znowu będzie miał trasę w Polsce i stwierdził, że chce, żebym występowała z nim wtedy w Poznaniu i Puszczykowie. Właśnie wtedy, w Puszczykowie, poznałam Bartka. Poczuliśmy od siebie od razu dobrą energię. Bartek usłyszał też, że mam dobry głos, który świetnie współgra z wokalem Ragnara. Po koncercie rozmawialiśmy i przyznałam mu, że szukam miejsc, w których mogłabym się pokazać, ale samodzielne bookowanie koncertów zupełnie mi nie wychodzi. Zamyślił się i powiedział: "No dobra, to zagraj jutro support przed Ragnarem. Wchodzisz w to czy nie?". A ja: "Super, świetnie - jestem przygotowana i gotowa, żeby grać!". Bartek uznał, że skoro chcę zagrać ten support, to wezmą mnie z Ragnarem w trasę. Spojrzałam na mamę, mama spojrzała na mnie i stwierdziłyśmy, że warto odpuścić testy w szkole, a zwłaszcza jeden z matematyki, na rzecz czterodniowej trasy koncertowej z Łysym i Wikingiem, jak o sobie mówią.

Jak było?

Mała blondynka, plecaczek, gitara... i jadę w trasę koncertową z nieznajomym facetem, którego poznałam dzień wcześniej. I w sumie nie było tak "po prostu", bo wyruszyliśmy też do Czech i Niemiec. Żartowaliśmy, że to moja pierwsza w życiu trasa - i od razu jestem międzynarodową wokalistką. Tak właśnie było. To bardzo dziwne. Wszystko działo się na przełomie lutego i marca tego roku.

Letnie koncerty miałaś zaplanowane bardzo intensywnie.

Miałam dwutygodniową sekretną trasę koncertową. Graliśmy po domach - i nawet gospodarze nie wiedzieli, kto dla nich zagra. Bartek świetnie to wymyślił: "Przyjdźcie, posłuchajcie tej dziewczyny, ma coś do powiedzenia. Jest nowa, ale zdolna". Po czternastu koncertach miałam trzy dni wolnego i chodziłam nerwowo: "Ja chcę grać, ja chcę grać, już za dużo tego wolnego od koncertów!". Potem grałam jeszcze od 6 do 9 sierpnia. Wiem, że są muzycy, dla których pięć dni pod rząd w trasie koncertowej to maks. Ale ja takie sobie wymyśliłam wakacje i nie jestem tym zupełnie zmęczona ani wypalona - być może dlatego, że jestem w tym nowa, mam świeżość i chcę się w to pchać, ile się da. Ostatniego dnia czułam się tak, jakbyśmy dopiero zaczęli tę trasę. Dziś czuję się świetnie - i trasę koncertową mogę mieć do końca życia. Jak na razie.

Czy tak gęsto zaplanowana trasa odbyła się bez przeszkód?

Mamy zasadę, że to, co jest w trasie, to zostaje w trasie. Wszystko poszło płynnie: nie zdarzyło się nam spóźnić czy odwołać koncert. Gospodarze byli cudowni. Widać było, że ludzie potrzebują muzyki po lockdownie. Ale o jednym "farfoclu", który nam się przytrafił, mogę ci opowiedzieć. Grałam do wódki na biesiadzie, podczas gdy ludzie wokół gadali i pili. To był mój najkrótszy koncert w życiu. Grałam pół godziny i stwierdziłam, że już dłużej nie mogę. Wzięliśmy z Bartkiem po butelce wina pod pachę i poszliśmy ze śmiechem do pokojów. Paradoksalnie - zarobiliśmy wtedy najwięcej pieniędzy. Życie w trasie koncertowej to wiele nieprzewidzianych przygód. Mogę to stwierdzić mając nawet tak małe doświadczenie.

Rozmawiał Marek S. Bochniarz

*Kathia - 18-letnia songwriterka i producentka z Poznania, która dysponuje wyjątkowym, oryginalnym głosem. Sama pisze muzykę i teksty - zarówno po polsku, jak i po angielsku. Młoda wokalistka jest na samym początku swojej artystycznej drogi. Podczas koncertów gra na gitarze i pianinie. 21 sierpnia wyda EP Town. Jej debiutancka płyta jest zaplanowana na przyszły, 2021 rok.

  • koncert Ragnara Ólafssona i Kathii
  • 8.09, g. 19
  • Meskalina
  • bilety: 35 zł

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2020