Komunikaty

pagina

Aktualności

Pominąłeś menu

menu

Pele-mele i rzeczy najważniejsze

Nie ma wątpliwości, że Lor od kilku lat zajmuje na polskiej scenie miejsce osobne i coraz trudniejsze do podrobienia. Z płyty na płytę ten żeński kwartet z Krakowa powoli odsłania swój coraz ciekawszy język, gdzie każda kolejna przynosi przesunięcie akcentów, poszerzenie formuły i nowy sposób opowiadania o emocjach. 

. - grafika artykułu
Lor, fot. materiały prasowe

Droga Lor jest kręta i warto przejść nią choć raz - prowadzi od subtelności "Lowlight" (2019), przez pełne znaczeń wejście w polszczyznę na "Pannach młodych" (2023), przez konceptualny dualizm "Żon Hollywood" (2024), aż po dzisiejsze "Pele-mele" (2026) - płytę, która z jednej strony opiera się na kolorowej nostalgii, a z drugiej pokazuje Lor w chwili wyjątkowej swobody formalnej, której zapewne poczujemy jeszcze więcej podczas koncertu dziewczyn w klubie Tama. Ten album ma w sobie energię pozornego rozgardiaszu, czułość pamiętnika, puls późnych lat dwutysięcznych, błysk szkolnej dyskoteki i ciężar rozmów, które zaczynają się od żartu, a kończą w miejscach najbardziej prywatnych. Takich, do których zwykle nikogo nie chcemy dopuścić.

Siła Lor od lat bierze się z przyjaźni. Julia Skiba, Paulina Sumera, Jagoda Kudlińska i Julia Błachuta tworzą organizm oparty na współobecności i wzajemnym słuchaniu. W ich przypadku skład zespołu pozostaje czymś więcej niż zestawem funkcji. Oczywiście można opisać role - Skiba odpowiada za muzykę i pianino, Sumera za teksty, Kudlińska za śpiew, Błachuta za skrzypce - ale taki zapis mówi jedynie o konstrukcji, nie o prawdziwym charakterze, o którym decyduje chemia. A przecież w Lor tak wyraźnie słychać ją choćby w sposobie prowadzenia melodii, w tym, jak wokal spotyka się z instrumentarium, jak emocjonalny ciężar tekstów układa się w przestrzeni. Czuć wyjątkową jedność, którą słuchacz może się łatwo ukoić.

Debiutancki "Lowlight" ustawił Lor jako polską formację zanurzoną w przemyślanym chamber folku, subtelnym songwritingu i nastroju, w którym pianino oraz skrzypce tworzyły ramę dla pieczołowicie budowanych kompozycji. To był materiał pełen skupienia, delikatności i kompozytorskiej precyzji. Z kolei "Panny młode" przyniosły moment bardzo istotny - wejście w pełni w język polski i jednocześnie otwarcie nowego rozdziału tematycznego. Ta płyta miała ciężar formacyjnego manifestu: opowiadała o dorastaniu, o wchodzeniu w role społeczne, o relacjach rodzinnych, o utracie, o nostalgii związanej z dzieciństwem i o zawieszeniu między młodością a dorosłością, z wielobarwnym folkiem w tle, pełnym kameralności i aranżacyjnego rozmachu.

Potem przyszły "Żony Hollywood" - album, na którym Lor bardzo wyraźnie zaznaczył własny dualizm. Podział na część "Żony" i część "Hollywood" pięknie odsłaniał dwa kierunki obecne w tej twórczości: prywatność i spektakl, codzienność i kulturowe widowisko, relacyjność i komentarz do świata sławy. Muzycznie zespół zyskał też większą swobodę w poruszaniu się między folkową tkanką a już bardzo współczesnym popem. Tekstowo tymczasem jeszcze odważniej przyglądał się mechanizmom społecznego wystawiania siebie na pokaz, idolizacji, iluzji wielkości i zużyciu obrazów, którymi karmią nas kultura popularna oraz show-biznes.

Dopiero co wydane "Pele-mele" jest w tym kontekście kolejnym zdecydowanym krokiem w przód, ale równocześnie zwrotem ku źródłom emocjonalnym jego autorek. Dziewczyny z Lor wracają na nim do podstawówki, do szkolnych dyskotek, do pierwszych empetrójek, do estetyki brokatu, cekinów i różu, do popkultury późnych lat dwutysięcznych. Wracają jednak z arsenałem środków, którego wtedy jeszcze nie miały - z doświadczeniem scenicznym, z dojrzałością kompozycyjną, z uchem wyćwiczonym na niuans i z coraz większą odwagą producencką. Do tego dochodzi sama historia powstawania płyty, która brzmi niemal jak materiał na osobny reportaż o współczesnej produkcji popowej pod presją czasu. Całość powstała bowiem w ekspresowym tempie - od pierwszych prac do gotowego mastera minęły niespełna trzy miesiące.

Ciekawe jest też to, jak zespół zarządza napięciem między formą a treścią. Bo owszem - na tej płycie wraca dyskoteka z lat zerowych, czytelne popowe refreny, słodki, taneczny vibe i pastelowy błysk. Ale w samym środku tej migotliwej powierzchni pracuje jednak typowa dla Lor melancholia oraz przebojowość i emocjonalna głębia, symbiotycznie funkcjonujące dokładnie w tym samym kadrze. Dziewczyny wiedzą, że pop pamięta się często przez chwytliwość, ale przeżywa się go przez rysy, pęknięcia i drobne ukłucia.

Single promujące materiał to zestaw, który dobrze pokazuje rozpiętość tego materiału. "Mario" - mający już imponujące zasięgi na streamingach i mocny wynik na Airplay Chart Polska - jest wręcz wizytówką "nowego" Lor - nostalgicznego, popowego, lekko gitarowego i pełnego wspomnień, które układają się w portret relacji poprzez szczegół. "Najgorsze restauracje" wprowadzają z kolei typ codzienności, który w piosenkach Krakowianek zawsze wypada szczególnie przekonująco - jest rozpoznawalny, lekko ironiczny, osadzony w konkretnym obrazie, a przy tym otwarty na emocjonalny dopis słuchacza. "Jet Lag" pulsuje syntetycznie, niesie w sobie ruch ludzi w stanie permanentnego bycia pomiędzy. "Płuca" są z kolei jednym z najbardziej urokliwych momentów płyty - kołyszące, ciepłe, zostające w głowie nie przez swoją działającą jak balsam atmosferę.

Jednak już otwierające album "Na oścież" ustawia bardzo ważny ton - zamiast prostego wejścia w estetyczny retro-pop dostajemy utwór ściskający, mocniej dociążony, mówiący o dorosłości i zmęczeniu jej ciężarem. "Obcy (1979)" zanurza się w rozmarzonej wersji popu, "mp3" prowadzi ten świat w stronę nowoczesnej balladowości, ale to finałowe partie płyty wydają się szczególnie istotne dla zrozumienia całości. Tam właśnie pojawiają się dwa duety, które rozszerzają pole znaczeń albumu. "Twój tata nie płakał" z Patrykiem Pietrzakiem dotyka stereotypów związanych z męskością i emocjonalnym wychowaniem mężczyzn. W ustach Lor ten temat wybrzmiewa przekonująco również dlatego, że artystki dojrzewały z nim prywatnie przez lata i w pewnym momencie postanowiły nadać mu piosenkową formę. Z kolei "Jak wtedy" z jak zwykle bezbłędnym Błażejem Królem wnosi na płytę szczególny rodzaj miękkiej tajemnicy. Chóralny refren, nastrojowość, subtelne napięcie - wszystko to składa się na jeden z najmocniejszych momentów "Pele-mele".

Lor coraz mocniej staje się zespołem pokoleniowego przejścia. Piosenki tego projektu wciąż noszą w sobie młodość, a jednocześnie coraz wyraźniej przyglądają się temu momentowi życia, gdy dawne wyobrażenia ścierają się z realnością dorosłości, pracy, związków, społecznych ról. To bardzo współczesna sytuacja emocjonalna - żyć intensywnie teraz, a jednocześnie stale przeglądać się w obrazach z początku wieku, w technologicznych drobiazgach, w estetyce, którą pamięta się bardziej ciałem niż głową. Być może właśnie dlatego "Pele-mele" to album, który trafia w nas tak szybko, a zarazem tak miękko. Jest zwiewny, ale niesie w sobie całkiem duży ładunek rozpoznań. I tkwi w nim świadomość, że pamięć już sama w sobie stanowi twórczy instrument - można na niej zbudować płytę, która wywoła uśmiech, wzruszenie, a czasem także ten specyficzny rodzaj ukłucia, jaki pojawia się wtedy, gdy wraca się do siebie sprzed lat. A to już naprawdę dużo. Zwłaszcza dziś, kiedy tak wiele muzyki działa przez chwilę, miga i znika.

Sebastian Gabryel

  • Lor
  • 28.03, g. 18
  • Tama
  • bilety: 106 zł

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2026

Powiązane wydarzenia

Logo obiektu.
Logo obiektu.
Klub Tama, ul. Niezłomnych 2