Kultura Poznań.pl

Rozmowy

opublikowano:

Na podniebnym poziomie

- Dlaczego zatem mogę tak długo pracować w tej samej instytucji? Odpowiedź jest prosta: bo prawie codziennie trafiam na coś nowego, staję przed różnymi wyzwaniami. Jest tak ogromna różnorodność ludzi, postaw, idei, kolorów, dźwięków, obrazów, że mam poczucie nieustającego wchodzenia do nowej rzeki - mówi Jerzy Moszkowicz*, od 1991 dyrektor Centrum Sztuki Dziecka w Poznaniu.

. - grafika artykułu
W 1994 roku, już jako dyrektor Centrum Sztuki Dziecka, fot. archiwum prywatne

30 lat minęło... jak jeden dzień?

O, tak! Pewnie dlatego, że kiedy codziennie w pracy robi się coś ciekawego, coś, czemu się człowiek poświęca, to czas szybciej płynie. Kiedy zaczynałem pracę w dzisiejszym Centrum, a wówczas Ogólnopolskim Ośrodku Sztuki dla Dzieci i Młodzieży, byłem najmłodszym dyrektorem instytucji kultury w Poznaniu. Małe 30 lat - i już jestem dyrektorem seniorem.

Zanim trafiłeś do Ogólnopolskiego Ośrodka Sztuki dla Dzieci i Młodzieży, miałeś własną grupę teatralną Jan, tworzyłeś widowiska, byłeś szefem Masek i kierownikiem Eskulapa. To działania z kategorii twórczości "dorosłej". Skąd zainteresowanie dziećmi i młodzieżą?

Już wtedy moi odbiorcy byli trochę młodsi ode mnie, choć nie wszyscy, bo ani Maski, ani Eskulap nie zamykały się na inną niż studencka publiczność. Tworzyliśmy tam mnóstwo kultury, która była ważna dla miasta i kraju. Eskulap, szczególnie w pierwszych latach mojej kadencji, stał się poznańską mekką nowej polskiej muzyki rockowej. Z drugiej strony byliśmy bardzo teatralni. Próbował w Eskulapie Teatr Ósmego Dnia, grał Jan, przyjeżdżały grupy z całej Polski, to u nas na Festiwalu Start debiutował Teatr Biuro Podróży. Eskulap był ważnym miejscem na mapie polskiej kultury alternatywnej. Pokazywaliśmy np. "zakazane" filmy wyświetlane przez konsulat amerykański, zdarzało się, że panowie z UB pracowicie przecinali w tym czasie opony samochodu z tabliczką CD.  

A jeśli pytasz o moje wcześniejsze związki z kulturą dziecięcą, to pierwsze datuję bodajże na stan wojenny. Zwolniono mnie z Masek i znalazłem pracę w Domu Kultury na osiedlu Kopernika. Miałem za sobą praktykę teatralną, więc założyłem tam dziecięcy teatrzyk osiedlowy. W połowie lat 80. zaproszono mnie też do wyreżyserowania festynu dla dzieci na lotnisku w Goleniowie, którego gwiazdą była Krystyna Janda. Pamiętam gigantyczny wysięgnik przywieziony przez wojsko. Miałem wjechać  na górę i stamtąd kierować wydarzeniem. Z tym że ja mam trochę lęk wysokości... A może tak właśnie, na podniebnym poziomie, wykuwało się moje oddanie sprawie dziecięcej? Potem był Andrzej Maleszka, który zaproponował, żebym wyreżyserował jego Wielkoludy w Koszalinie. Ja na to, że uprawiam teatr społeczny, zaangażowany, polityczny, studencki, wszystko, tylko nie dziecięcy. Jednak ciekawość zwyciężyła. I zobaczyłem, że w teatrze dla dzieci dobrze się odnajduję, choć ciągle jeszcze myślałem, że to tylko epizod w moim życiu zawodowym.

A jak trafiłeś do Ogólnopolskiego Ośrodka Sztuki dla Dzieci i Młodzieży?

To znów Andrzej Maleszka, który rok później powiedział mi, że będzie konkurs na dyrektora i szukają chętnych. Mówię: "Andrzeju, mogłem coś wyreżyserować dla dzieci, ale żeby zostać dyrektorem, to już chyba nie...". A on wyjaśniał, że to ciekawe i otwarte na różne pomysły miejsce. Dostrzegał to, na czym ja później budowałem całą strategię Centrum Sztuki Dziecka: że jest to instytucja bardzo plastyczna, że można robić w niej wszystko, co ważne dla szeroko pojmowanej kultury dziecięcej i młodzieżowej. Przekonał mnie, wystartowałem w konkursie i wygrałem. W czerwcu 1991 roku zostałem dyrektorem i od razu milionerem. Moja pierwsza pensja wynosiła 1,6 mln zł, a już po roku 3,5 mln, i to nie dlatego, że ja byłem taki cenny, ale dlatego, że tak galopowała inflacja. Dzisiejsza inflacja może aż tak nie szaleje, dopiero się rozkręca, a ja z pewną nostalgią wspominam czasy, kiedy indeksowano płace w instytucjach kultury ze względu na nią.

Ogólnopolski Ośrodek Sztuki dla Dzieci i Młodzieży do 1993 roku był instytucją prowadzoną przez Ministerstwo Kultury i Sztuki, w 1996 roku stał się instytucją miejską. W 1999 roku zmienił się w Centrum Sztuki Dziecka. I wciąż pojawiały się nowe pomysły...

W początkach ośrodka, a przypomnijmy, że powstał w 1984 roku, postrzegano go trochę jak Ministerstwo Kultury dla Dzieci, w związku z czym uważano, że powinien być z obowiązku reprezentowany w każdej dziedzinie twórczości. Ja zaś twierdziłem, że to projekt bardziej autorski. Do dziś uważam, że jesteśmy na tyle wyjątkową firmą, iż nie powinniśmy dublować tego, co robią instytucje działające w sposób tradycyjny. Stąd na przykład nasz projekt związany z teatrem dla dzieci i młodzieży. Chciałem wszystkie dotychczasowe działania instytucji w tej dyscyplinie powiązać w strukturę, u której podstawy będzie dramat współczesny. Po to, aby zmieniać oblicze repertuarowe ówczesnego, dość konserwatywnego w swoich wyborach, polskiego teatru dla dzieci. Inny ciekawy koncept  w tej dziedzinie jest związany ze Zbyszkiem Rudzińskim, wieloletnim pracownikiem Centrum, dziś już stypendystą ZUS. To pomysł na teatr dla "najnajmłodszego" widza - taka nasza autorska nazwa. Na początek ściągnęliśmy do Poznania pionierów tego ruchu, "La Baracca" z Bolonii, zorganizowaliśmy seminarium, zaprosiliśmy do współpracy specjalistów, bo mieliśmy przekonanie, że ten rodzaj sztuki wymaga szczególnego rozeznania w potrzebach i możliwościach percepcji aż tak młodego odbiorcy. Takich nowatorskich koncepcji i działań, z których jestem dumny, mamy w swoim portfolio znacznie więcej, w dziedzinie teatru, ale także muzyki, plastyki i filmu czy wreszcie wyjątkowe w skali światowej, interdyscyplinarne Biennale Sztuki dla Dziecka.

A które z tych projektów czy programów są Ci najbliższe?

Bliskie mi są oczywiście wszystkie działania Centrum, ale moje emocje rozkładają się  głównie na teatr i kino. Jednym z celów, które sobie postawiłem, było otwarcie instytucji na Europę i świat. Polska wychodziła z socjalistycznej izolacji, a ja chciałem uczyć się od każdego. Po krótkim czasie miałem pewność, że my również mamy światu sporo do zaoferowania. Podjęliśmy wiele współpracy, jesteśmy aktywni w różnych organizacjach międzynarodowych. Od 1996 do 2002 roku miałem zaszczyt być prezydentem Międzynarodowego Centrum Filmów dla Dzieci i Młodzieży CIFEJ. To prestiżowa organizacja, skupiająca kilkuset członków z całego świata. Byłem również wiceprezydentem Europejskiego Stowarzyszenia Filmu dla Dzieci ECFA, a także współzałożycielem europejskiej sieci centrów sztuki dla najmłodszych, EUNETART.

A jakie były najtrudniejsze momenty w Twojej karierze jako szefa CSD? Twój znany, rozbrajający uśmiech pomaga w zażegnywaniu konfliktów, dość oczywistych w takim twórczym konglomeracie?

Pomaga i jest bardzo potrzebny, ale niestety nie jest panaceum. Myślę, że na dyrektorowanie miejskiej instytucji kultury składają się co najmniej dwie płaszczyzny działania. Jedna, której nigdy nie kochałem za bardzo, czyli bycie urzędnikiem. Choć jakoś to ogarniam, ale bez większego entuzjazmu. Druga to praca kreatywnego menadżera kultury - i to bardzo lubię. W moim przypadku jest też trzecia możliwość, czyli twórczość artystyczna, głównie reżyseria. Moja pierwsza w Centrum miała miejsce już w 1993 roku. To był Ramdam. Gadające lustro według Philippe'a Dorina z Dorotą Lulką i Marią Rybarczyk, ze scenografią Izy Gustowskiej i muzyką Krzesimira Dębskiego. Tak! Uwielbiam reżyserowanie, nie tylko teatralne, ale także koncertów i różnego rodzaju widowisk. Jednak bywały momenty, kiedy trudno było powiązać te wszystkie trzy poziomy obowiązków, trzy kryzysy naraz! Co jakiś czas zatem nachodziła mnie myśl, żeby rzucić to wszystko w diabły i zostać tylko reżyserem. Ale kiedy patrzę na te 30 lat, mam poczucie, że się dobrze spełniam w tak różnych rolach. Nie lubię monokultury zawodowej. Choć to wymaga sporej dawki energii, którą wydatkuję z siebie w Centrum. Ale wchłaniam też. Z ludzi, których spotykam i którymi się otaczam, za co jestem im wdzięczny. I to jest chyba ta chwila, w której muszę bardzo mocnym głosem powiedzieć, że wszystko to, co osiągnąłem w Centrum, było możliwe wyłącznie dzięki pracy całego zespołu, do którego zawsze miałem wiele szczęścia, a chyba także całkiem niezłą rękę.

Dlaczego zatem mogę tak długo pracować w tej samej instytucji? Odpowiedź jest prosta: bo prawie codziennie trafiam na coś nowego, staję przed różnymi wyzwaniami. Jest tak ogromna różnorodność ludzi, postaw, idei, kolorów, dźwięków, obrazów, że mam poczucie nieustającego wchodzenia do nowej rzeki.

Energii Ci jednak nie brakuje! Co przed Tobą?

Tak, mam jej ciągle sporo, chociaż coraz bardziej zdaję sobie sprawę, że nie będzie płynęła bez końca, niczym złote monety z czarodziejskiego kociołka. Chciałbym, żeby Centrum funkcjonowało programowo tak, jak w tej chwili. Mamy w statucie zapisane Ale Kino! i Biennale Sztuki dla Dziecka. Pragnę, żeby te festiwale się rozwijały, ale bez trzęsienia ziemi, bo to im nie jest dziś potrzebne. Jako urzędnik jestem dumny z tego, że współtworzę powszechnie chwalony program, a jednocześnie nigdy nie zadłużyłem swojej instytucji. Marzę jednak o tym, żeby wreszcie praca w instytucji kultury nie oznaczała wyrzeczenia materialnego dla pracowników - pasjonatów i profesjonalistów wysokiej klasy zarazem, a tak niestety jest "od zawsze" i to mocno podcinająca skrzydła konstatacja. Na tym polu żaden chyba dyrektor instytucji kultury większego sukcesu nie osiąga, za mało tu od nas zależy. Jest jeszcze coś... Od początku miałem przekonanie, że powinniśmy mieć własne miejsce na pracę twórczą. Dwadzieścia parę lat mi zajęło, by to miejsce, Scenę Wspólną, z pomocą przyjaciół, z Jerzym Hamerskim z Łejerów na czele, i życzliwych ludzi we władzach miasta wychodzić. Marzenie się spełniło i cel został osiągnięty. Niezwykle mi zależy na tym, aby Scena się rozwijała. Jest to znakomita przestrzeń dla kultury i ciągle można by tam zrobić jeszcze więcej, ale z pustego nawet Moszkowicz...

A Twoje twórcze cele, jako reżysera?

Zapraszam na premierę mojego nowego przedstawienia Rozbudzanki. To będzie trochę nietypowe, kameralne widowisko - skrzyżowanie opowiadania historii z teatrem piosenkowym dla młodszych dzieci. Scenariusz powstał na podstawie opowiadania Justyny Bednarek, której pozycje aż trzykrotnie były nominowane do tytułu Książki Roku Polskiej Sekcji IBBY. Pozwoliłem sobie napisać takie ministreszczenie, a pani Justyna cudownie mnie zaskoczyła, rozwijając je w niezwykłym kierunku. W powstawanie spektaklu włączony był też poeta Michał Zabłocki. Poprowadził warsztaty, na których dzieci stworzyły teksty piosenek. Muzykę pisze Gabriel Kaczmarek. Ten sam, który stworzył piękną muzykę do spektaklu Morfeusz Sen, ponieważ jest to w pewnym sensie prequel - w obu opowiada się o tych samych postaciach. Morfeusz to historia nocna, a Rozbudzanki - poranna. To będzie spektakl plenerowy, grany na patio Sceny Wspólnej, choć w razie deszczu przeniesiemy się do wnętrza. Grają: mój ulubiony aktor Radosław Elis oraz dwie niezwykle energetyczne i rozśpiewane aktorki z Teatru Muzycznego - Katarzyna Tapek i Joanna Rybka. Spektakl powstaje w koprodukcji z Teatrem Muzycznym. To ważne, bo wymiana doświadczeń i łączenie wysiłków to też jeden z sensów w naszej działalności. Premiera już 5 września.

Rozmawiała Agnieszka Nawrocka

*Jerzy Moszkowicz - teatrolog, reżyser przedstawień teatralnych i programów telewizyjnych, juror festiwali, założyciel grupy teatralnej Jan, był kierownikiem Eskulapa, prezydentem Międzynarodowego Centrum Filmów dla Dzieci i Młodzieży CIFEJ. Od 1991 roku jest dyrektorem Centrum Sztuki Dziecka w Poznaniu.

  • Rozbudzanki
  • reż. Jerzy Moszkowicz
  • od 5.09
  • Centrum Sztuki Dziecka
  • bilety: 23 zł

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2021