Kultura w Poznaniu

Opinie

opublikowano:

JA TU TYLKO CZYTAM. Molly Bloom na sterydach

To opowieść o odchodzącym w niepamięć świecie, w którym doskonale odnalazłby się Nowakowski. Pisana z pazurem Himilsbacha i olbrzymią świadomością językową. Smutna i zabawna, prosta i dopracowana. Ten się śmieje, kto ma zęby, nagrodzona Literacką Nagrodą "Nike" 2023, a także Poznańską Nagrodą Literacką powieść Zyty Rudzkiej, to miejska ballada, w której pobrzmiewają echa pieśni ulicznych bardów. A jednocześnie supernowa wśród utworów opowiadających o odchodzeniu i stracie.

Rysunkowy, utrzymany w pastelowych barwach baner przedstawiający siedzącego na ławce i czytającego książkę ptaka. Ptak ma ciało małego chłopca, ubrany jest w kardigan i krótkie spodenki. - grafika artykułu
rys. Marta Buczkowska

"Roboty fryzjerskiej nie da się odpękać i świńskim truchtem do domu. Robotę fryzjerską człowiek wlecze za sobą, robota jest w nogach, w rękach, w głowie szczęk nożyczek, szum wody, suszarki". Wera, przez dekady właścicielka "Wera. Zakład fryzjerski męski" (nie odmieniamy!), to weteranka bojów z kudłami. Każdego ostrzyże "do twarzy", zgodnie z modą albo tak, żeby wydobyć jego moralną ohydę, jednocześnie zachowując pełny profesjonalizm. A także weteranka bojów na wielu innych polach. Jest wyszczekana, stanowcza, nie da sobie wejść na głowę. Również jej Dżokej "to był ktoś". "Za galop po płaskim duże pieniądze. Puchary, mikrofon pod pysk, gadka do radia, taksówka do domu". Niestety - po zakończeniu kariery popadł w apatię, "kiedyś zajeżdżał konie, teraz leżał bykiem". Markotniał, słabł, aż zgasł. Teraz Wera musi go pochować. I to z przytupem. Cóż jednak począć, kiedy tu ani butów, ani porządnego garnituru, a co najgorsze - pieniędzy brak? Wypada odświeżyć dawne znajomości i zdać się na cwaniacki instynkt, który dotychczas niezawodnie wiódł przez życie. Wera wyrusza zatem w miasto w towarzystwie brzydkiego psa Waciaka, by załatwić pogrzebowe sprawunki i formalności. Chodząc od drzwi do drzwi, pozwala rozgorzeć na nowo dawnym namiętnościom i ukazuje świat ginących zawodów - szewców, drobnych handlarzy, jubilerów, gorseciarzy - mistrzów sztuki użytkowej skazanych na wymarcie. Taki sam los zawodowy czeka zresztą Werę, której lokal zajął przerysowany barber.

Nie oznacza to jednak, że kobieta, pożegnawszy swojego życiowego partnera, cierpliwie czeka na biologiczną - czy towarzyską - śmierć. Ależ skąd. Opowieść Wery to siarczysty policzek wymierzony starości, śmierci oraz instytucji wdowieństwa. Ars moriendi i tradycjom żałobnym. Wera funkcjonuje niejako poza czasem - nie wiemy, ile ma lat, ile lat mają jej dawni kochankowie czy kochanki. Wymiar symboliczny zyskuje zegarek po zmarłym ojcu, który bohaterka próbuje sprzedać kolejnym napotkanym na swej drodze osobom. Na dobrą sprawę nie możemy nawet precyzyjnie określić, kiedy rozgrywa się akcja powieści Rudzkiej - w każdym razie jest to znana nam współczesność, która funkcjonuje w opozycji do gloryfikowanej przeszłości. Choć i ta ma liczne mroczne sekrety, o których dowiadujemy się z twistów fabularnych.

Ten się śmieje to lingwistyczny fenomen. Książkę przepełnia niespożyta energia językowa, która uwydatnia dynamikę monologu Wery i zatopionych w nim strzępów rozmów. Niemalże każdy dialog przeradza się w teatralną potyczkę słowną, w której mądrości ludowe, przysłowia czy frazeologizmy lądują w nowych kontekstach. Język Wery żyje w galopie, w skokach przez płotki, kolizjach i przetarciach, przez co nieustannie iskrzy. Na przestrzeni jednego zdania narratorka przechodzi od trywialnych spostrzeżeń do głębokich refleksji, choćby zestawiając wygodę użytkowania butów z cierpieniem bydła. Niesamowita jest ta gonitwa myśli, ta giętkość języka, zdolność dopasowania go do okoliczności. Gdy do nieboszczyka przychodzi lekarz, bohaterka uruchamia cały zasób frazeologizmów środowiskowych i adekwatnych przenośni. Gdy natomiast odwiedza kancelarię parafialną w sprawie pogrzebu, szafuje biblizmami, bawi się homonimicznymi dwuznacznościami, szarga świętości. Każde wspomnienie Dżokeja spływa zaś potokiem konizmów. Te natomiast, poddane autorskim modyfikacjom, aż jeżą się od igieł nakłuwających bańkę antropocentryzmu.

Zyta Rudzka mówi o nieuchronności przemijania, ale udowadnia, że można odejść z hukiem, na swoich warunkach. Uniwersum polskiej prozy o łotrzykowskim powabie, zdominowane przez bohaterów męskich i męskie sprawy, wzbogaca o wyrazistą postać kobiecą - wyszczekaną Werę z ćmikiem w gębie, mistrzynię grzebienia, nożyczek i pokątnego handlu. A jednocześnie kobietę kipiącą erotyzmem, potrafiącą bez skrępowania i żenady mówić o swoich potrzebach seksualnych oraz je realizować. Jeśli miejskie powieści drogi, tułaczki zakrapiane wódką i przypalane petem, nieustannie zderza się z Ulissesem Joyce'a, wypadałoby przyznać, że Werze najbliżej do bezpruderyjnej Molly Bloom ze słynnego monologu zamykającego dzieło. To jej dojrzalsza i w pełni wyemancypowana wersja. W monologu Wery nie ma jednak miejsca na chaotyczny strumień świadomości - to przemyślana w każdym calu opowieść narratorki, która w pełni kontroluje swoje życie.

Jacek Adamiec

  • Zyta Rudzka, Ten się śmieje, kto ma zęby
  • Wydawnictwo W.A.B.

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2023