W kolorowy świat trzynastolatki Avy niespodziewanie wkrada się mrok - dziewczyna coraz gorzej widzi, a po zmierzchu otacza ją już tylko czerń. Matka jest przerażona i obiecuje córce, że spędzą razem najlepsze wakacje w życiu. Szybko poznaje jednak przystojnego faceta i wszystko inne przestaje się dla niej liczyć. W takiej sytuacji Ava nie zamierza biernie czekać na wykonanie smutnego wyroku i na swój sposób postanawia zmierzyć się z rzeczywistością. Ucieka z domu, by zanim pochłonie ją ciemność, jak najwięcej doświadczyć, poczuć, kolekcjonować emocje i przeżycia.
Motyw inicjacji pojawia się w kinie ze sporą częstotliwością i jeśli nie zostaje przefiltrowany przez jakąś względnie egzotyczną kulturę, trudno z niego wyłuskać coś prawdziwie oryginalnego. Francuska reżyserka Léa Mysius wyraźnie ma tego świadomość, nie zamierza udawać, że odkrywa Amerykę i pod względem fabularnym snuje dość konwencjonalną opowieść o buncie, dojrzewaniu, odkrywaniu swojej seksualności, młodzieńczych wybrykach oraz mierzeniu się przy tym wszystkim z postępującą, nieuleczalną chorobą. Czyni to jednak umiejętnie i nienachalnie, bez idealizowania młodzieńczej siły i odwagi, narzucania jedynie słusznej interpretacji czy zbędnego moralizowania. Najważniejsza okazuje się dla niej intensywność obrazu, nie narracja, ale to, co widoczne i zmysłowe, smakowanie tego, z czym sama główna bohaterka niedługo będzie musiała się na zawsze pożegnać.
Od pewnego momentu "Ava" zamienia się jednak bardziej w owoc galopującej wyobraźni niż twórczej kalkulacji - realistyczna konwencja płynnie przekształca się w realizm magiczny, chwilami, szczególnie w scenach przedstawiających dziewczęce koszmary, zahaczając o surrealizm. Niewinne spacery po plaży z psem wagabundą Lupo przeplatane są energetyczną zabawą z cygańskim wyrzutkiem w Bonnie i Clyde'a okradających przypadkowych plażowiczów, a nawet ujęciami nagich ciał, które choć ukazywane są w sposób niezwykle naturalny, to jednak potrafią wywołać poczucie niepewności. Ale spokojnie - pierwszorzędnie odgrywająca trzynastolatkę debiutantka Noée Abita w rzeczywistości ma 18 lat.
Zarówno siłą, jak i słabością "Avy" jest to, że film okazuje się dość wyważony, jeśli chodzi o fragmenty pozwalające zatopić się w opowieści oraz te, które potrafią wyrwać ze strefy komfortu. Chętnie zobaczyłbym tę samą historię opowiedzianą w sposób bardziej radykalny, mocniej skupioną na motywie choroby, który gdzieś po drodze zupełnie się w tym zmysłowym pędzie gubi. Nie jestem jednak w stanie odmówić filmowi energii i temperamentu, a reżyserce lekkości i swobody w ukazywaniu na ekranie młodzieńczego rytuału przejścia. Czy pod koniec będziemy sobie zdawać z tego sprawę, czy też nie, po drugiej stronie na dziewczynę czeka świat, który wkrótce całkowicie utonie w mroku.
Adam Horowski
- "Ava"
- reż. Léa Mysius
© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2018